Kategorie blog
Czarne i złote. Zbiór opowiadań
Czarne i złote. Zbiór opowiadań

 



















S
PIS TREŚCI


1. Manuał Elki............................................................................................7
2. To nie Szekspir......................................................................................25
3. Prząśniczka ...........................................................................................55
4. Pielgrzymka ..........................................................................................97
5. List do S. ............................................................................................163
6. Światło i mrok......................................................................................179
7. Wycieczka do Imperium .......................................................................229






1. MANUAŁ E
LKI


I


        Wielekroć zabierałam się do prowadzenia tych zapisków, dziennika (pamiętnik – to tak infantylna nazwa, że nie myślałam o jej użyciu nigdy), które czy który pozwoliłby mi zgromadzić czarno na białym dowody szeregu przyczyn czyniących mnie takim, a nie innym ich rezultatem. Zawsze chciałam znaleźć wytłumaczenie powodów (nigdy nie uwierzę, że był tylko jeden), dla których moje życie tak się skrzywiło. Otóż to – skrzywiło.
        Zabierałam się do jego rejestrowania w różnych momentach i zarzucałam ten zamiar po jakimś czasie. Uważałam to za niemożliwe i nadal tak uważam. Nie można bowiem zdobyć się na obiektywizm wobec faktów, które nas samych dotyczą, kiedy fakty owe rejestrujemy na gorąco. W ogóle nie wiem, czy kiedykolwiek w stosunku do siebie można się zdobyć na obiektywizm. Dlatego wpadł mi do głowy (w tej chwili myślę, że genialny) pomysł.
        Przyjechała tu do nas jedna taka… Wypisz, wymaluj jak ja kiedyś. Jak ja w odległej epoce. Właśnie przed paroma godzinami zaprezentowała się nam. Nieśmiałe, niewinne dziewczę, jakby wyszło z obrazu Axentowicza: doprawdy wstyd mi nawet,



8                     CZARNE I ZŁOTE. ZBIÓR OPOWIADAŃ




że nie wytrzymałam i z „właściwym sobie cynizmem”, jakby powiedziała Maryla, próbowałam zedrzeć jej z oczu ową pozłotkę niewinności. Zastanawiam się teraz, co mnie, u diabła, napadło. Co mną powodowało? Zawiść czy przyrodzona mi złośliwość? Nie, nie zazdroszczę jej. Bo niby czego? – No i proszę – otóż i szczerość w stosunku do samej siebie. Dobrze, że zniszczyłam wszystkie bazgroły, które kiedykolwiek napisałam na swój, pożal się Boże, temat. Nie mogłabym ich nigdy powtórnie przeczytać bez dojmującego uczucia wstydu. Więcej – upokorzenia. Podejrzewam, że nawet wstrętu. Często czuję do siebie wstręt, ale to byłoby stokroć gorsze. Wracam jednakże do sprawy: dlaczego piszę to oto… Otóż chcę prześledzić proces rozwoju naszego „dziewczęcia z dzbanem” – tak jakoś mi się z tą akwafortą skojarzyła od razu – w naszym, ha, ha, uzdrowisku.
        Chcę zobaczyć, jak pełna świętego zapału będzie się zabierać do wiadomej orki na niwie oświaty i wychowania. Jak będzie przebiegała jej walka z tym kapcanem – K. i jego żoną, kretynką. Jak miejscowa inteligencja, czyli te wały, będą próbowały nawiązać z nią stosunki towarzyskie i jak w świętej naiwności ona sama wytrzeszczy swoje lazurowe oczęta, kiedy skończy się to zaciągnięciem jej przez tego czy owego do wyra. Nie mówię już o tym, jaką będę mieć uciechę, kiedy poczną ją rozrywać na sztuki heroiny naszych donżuanów i obnosić na krwawych ozorach.
        Będzie tak samo jak ze mną niegdyś. Ani na jotę w to nie wątpię.
        Jedyna, zdaje mi się, między nami różnica to ta, że ja tu przyjechałam – jak to się pięknie mówi w literackim języku, m e t a f o r y c z n i e – z sercem pełnym Marcina. Tak. W oczach uroda naszej jesieni, prawdziwie tu pysznej. Niestety, w mózgu i sercu pełno Marcina, a w całej sobie, aż po paznokcie u nóg, po korzonki włosów (nieładnie, prawda? Ale jakże szczerze, głupio i sentymentalnie) niezgłębionego, mrocznego, najsmutniejszego, jaki można sobie wyobrazić – żalu. W owe dni ten wiersz, jakże mu tam… aha, Odjazd snuł mi się nieustannie po ścieżkach pamięci.



1. MANUAŁ ELKI                            9




Żal mój – to było owe „krakanie ramp”. Ale o wiele bardziej oddawała mój nastrój prościutka piosneczka, która gdzieś tam w zakamarkach mózgu się przytaiła. Piosenka o wietrze. Szło to tak, mniej więcej:

                Czemu ty jęczysz, ty zimny wietrze
                I czemu tak zawodzisz
                Czy nie masz chatki, rodzonej chatki
                Tylko po polu chodzisz…

        I tak dalej. Jednym słowem – czułam się jak ten wiatr. Czyż jeden człowiek zdolny był zaważyć na moim życiu tak, że stało się niczym korzeń mandragory? Nie! To nie do uwierzenia. To nie mogło się zdarzyć w tej dobie. Mamy prawie XXI wiek! Nie można być tak przywiązanym do kogoś jak pies do budy. To nie tylko nieetyczne, to śmieszne zarazem. Tym śmieszniejsze, im żałośniejsze. Tym żałośniejsze, im śmieszniejsze. Mogłabym tak w kółko. Kim ja jestem? Czyż nie jestem złą, zepsutą kobietą? Nawet nie wiem, kiedy stałam się kobietą… Złą, cyniczną… No, dobra! Skończmy już z tą spowiedzią. Otóż wydaje mi się, że serduszko naszej Małej jest dotąd puste – na szczęście. Tym większa będzie uciecha.
        Swoją drogą – to na marginesie, żebym nie zapomniała – nasz proboszczunio jest cokolwiek bezczelny. Po tym, jak spadłam w zeszłym roku z jego szacownej ambony, teraz, kiedy tu jechałam, podwiózł mnie swoim fordem. Czekałam właśnie na krzyżówce na autobus, kiedy się zatrzymał. Słodki jak cukierek. Miałam właściwie ochotę zrobić ten plugawy gest jako całą odpowiedź na jego propozycję zapakowania się do tego wozu, ale nie wypadało po prostu. Czasami mam szalone pragnienie w niektórych sytuacjach zmienić się na przykład w panią Jadzię z kiosku, oborową czy traktorzystę. Słyszałam kiedyś, jak ten ostatni na jakieś pretensje dyrektorskie odpowiedział po prostu: „Stul jadaczkę, ty ch…, bo rzucę robotę”. Ja bym tak swojemu



10                       CZARNE I ZŁOTE. ZBIÓR OPOWIADAŃ




szefowi odrzec nie mogła, bo jestem niby to nieco bardziej ucywilizowana. Także nie mogłabym zagrozić rzuceniem roboty, bo jak nasz bonza mówi: „Wystarczy mi wyskoczyć na ulicę i tylko gwizdnąć”. Tyle mu się zleci chętnych, by za mnie uprawiać te ugory. Boże mój, Boże… Ale nie o tym chciałam. Tak więc wypasiony proboszczunio z lukrecjowym uśmieszkiem na czerstwej, jeszcze jak!, twarzy jowialnego wuja zagadnął z właściwym sobie jadem:
        – Pani nadal u nas?
        – Hm, hm – odrzekłam na wszelki wypadek. Jechaliśmy przez dobrą chwilę w milczeniu, po czym księżulo począł ubolewać: a co to się z ludźmi porobiło teraz, jakie to rozdźwięki powstały (jakby ich przedtem nie było), a jak to tak może być, że brat bratu itp. Wywnioskowałam z jego monologu, że ludzie rozżarli się na niego, że niby te paczki, co przysyłają nam biedakom zza granicy różni miłosierni samarytanie, niesprawiedliwie rozdziela.
        Siedziałam jak głucha, uśmiechając się chwilami głupawo, no bo niby co, u Boga Ojca, miałam mu powiedzieć? Pocieszać go czy jak? Cisnęli się tam różni w jego kruchcie, ale wiadomo, że dostał ten, co bliżej koryta. Alboż to niespodzianka? A zresztą, dobrze mu tak! I do kogo on się skarżył, pacan jeden? Do mnie – demona tej parafii – jak to mnie ślicznie swego czasu nazwał.
        Po tych żalach przeszedł ostrożnie do wywiadu: A jak to tam teraz w szkole stosuneczki, bo to różnie się układało. Jak to teraz będzie, kiedy pan Kazio, wiadomo, na zieloną trawkę poszedł.
        – A jaki to był człowiek, mój Boże! Tyle że – zaznaczył ten obskurant z naciskiem – tyle że naiwny; za gorący był, za mocno ludziom zawierzył. Poza tym brak mu było delikatności…
        – A ten tam, ten od muzyki? – spytał znienacka.
        Wzruszyłam ramionami. Skąd mogłam wiedzieć, kto się wykruszył, a kto ostał?



1. MANUAŁ ELKI                       11




        Księżulo począł mi się przypochlebiać: A jaka to ja rozsądna, zawsze na boku, neutralnie. Ile to trzeba mieć taktu, ile poczucia rzeczywistości… i inne tam duperele. Wiedziałam, do czego zmierza. Wszystko się miało zawrzeć w solennej deklaracji, że on sam, hm, tak samo uważa, iż ludziom potrzebna jest przede wszystkim zgoda. Że on robi, co może, że dużo zależy od współpracy.
        Na koniec zaprosił mnie na szklaneczkę wina. Byliśmy przed plebanią. Co mi tam, weszłam. Alboż pierwszy raz mam do czynienia z takim człowiekiem? Niejeden jest jeszcze gorszy hipokryta. Wino okazało się koniakiem, nawet to wolę. W sumie chodziło o salkę katechetyczną w tej budzie, co to jest własnością oświaty i niby ma być przerobiona na dom nauczyciela. Stanowi lewe skrzydło pałacu i straszy zabitymi na głucho oknami już od wojny. Teraz dopiero, kiedy wyjeżdżałam w czerwcu, coś tam poczynali robić. Podobno RSP funduje nam robotników. Zrozumiałam, że mam urobić Jasia, bo szef się, rzecz jasna, nie wychyli. On pierwszy obnosił się z plakietką, więc tym bardziej musi siedzieć cicho. A ja? Wiadomo jaka. Proboszcz dał mi paczkę kawy – pół kilograma, myślałam, że padnę, i śliczności kozaki. Włoskie. Wzięłam, czemu nie? Jaś będzie się miał z pyszna, kiedy mu powiem, co i jak. Niech główkuje. A salka mnie oczywiście nie zawadzi. Po co dzieciaki mają się gdzieś zbierać po chałupach?
        Wygląda na to, że wzięłam coś na kształt łapówki. Ale już i tak jestem na dole. Tu ścieżynka prowadzi poziomo. Sądzę, że tylko poziomo.
        Ciekawe, po co mi zapis takich oto powyższych kawałków? Chyba po to, że to samo życie. Zapisujmyż więc samo życie… i pomniejsze, skromnej mojej głowy, spostrzeżenia tudzież filozoficzne uwagi.
        Nasza nieskalana (jeszcze) dziewoja ma na imię Magdalena. Czy to nie kpiny?



12                     CZARNE I ZŁOTE. ZBIÓR OPOWIADAŃ




II

        L. mnie wpieprza! (A co tam! Mogę się wyrażać tu, jak chcę. Kto mi zabroni?). Zdenerwował Małą. Była tak speszona, że oczy jej nabrały łzami i stały się jak świetliste kule. Było mi jej żal, bo przypominała dziecko, któremu ktoś znienacka dał po łapach, gdy się tego najmniej spodziewało. Próbowała mężnie znieść ów stan, ale jej się to nie udawało – w żaden sposób nie udawało. Wyobrażam sobie, jakie w tej głowie roiły się cięte kwestie, jakie skrzące się dowcipem i złośliwością riposty, kiedy wszystko było już esprit d’escalier.
        Lubię tego drania. Muszę go lubić, skoro jest czymś czy kimś na kształt mego czarnego anioła stróża, ale dziś miałam ochotę wywalić go za drzwi. Zwłaszcza że – moja ty śliczna, szczerozłoto- -szczera duszko – f. wyszedł z Dzidzią, prawda? Prawda. Będę pisała go małą literą, jako że mnie nic nie obchodzi ten f. Co mu do mnie, co mnie do niego? Hej! Kropka.

III


        Maryla znów poczyna się bawić w coś, co mi się nie podoba. Nie na jej móżdżek takie numery.

IV


        Mam w nosie opisywanie przygód czy też obserwacji dokonywanych na życiu jakichś tam… Mam gdzieś grzeszne Magdaleny i głupie Marie. Opiszę sobie jesień. Tę tu, śliczną, jarzącą się złotem platanów. Marylka marzy, więc na chwilę przymknęła jadaczkę i przestała wlewać mi w uszy swoje pytlu-pytlu. Zatem piszę. Szłam wczoraj parkiem. Sama. Lubię tak chodzić. Są tu wąskie, tak wąskie ścieżynki, że …Tylko na dwoje. Aby można



1. MANUAŁ ELKI                       13




było iść ramię przy ramieniu, zachwycać się tym samym, czuć, że jedno drugiemu jest bliskie, serdeczne jak krew serdeczna, jak bijące wspólnym rytmem serca. Czułam się taka czysta, gdy patrzyłam na pergaminowo gładkie liście, jakbym sama była powleczona złocistym, błyszczącym lakierem. Jak politurowana, a jednocześnie świeża jak skórka dopiero co zerwanego jabłka. Głupie to chyba, ale tak właśnie się czułam. Czułam się taka dobra. Pomyślałam sobie, że gdybym tak mogła teraz iść z Marcinem, nie robiłabym mu już wyrzutów. Nie żądałabym niczego. Gdybym tylko mogła z nim popatrzeć na liście platanów, pośledzić z nim wzór, jaki układają na ścieżce ich cienie. Wiem, że… Ach, znów wrócił tamten ból. Czuję go nawet teraz, kiedy to piszę. Nie mogę pojąć, z czego on się rodzi. Na co wtedy spojrzałam, że go tak wywołałam nieopatrznie? To doprawdy dziwne, że godzę się, iż obejmuje inne ramiona niż moje. Łatwiej mi się z tym pogodzić, niż z wydarciem z pamięci gestu, jakim zapala papierosa. Ten gest zapadł we mnie tak głęboko. Tak głęboko. Mój Boże, dlaczego ja przegrałam? Dlaczego? To się tylko tak wydaje, że człowiek może się podnieść po każdej klęsce. A jeżeli traci wszystko? Jeżeli traci każde miejsce, do którego przyrosło mu serce, bo snuje się po nim cień, którego należy się pozbyć? Zatem trzeba wyrzucić z pamięci i to miejsce. Albo nałożyć na nie nowe barwy. Jak na namalowane już płótno. Tak też zrobiłam. Zamalowałam wszystko na czarno. Wszystko na czarno. Mój Boże, dlaczego przegrałam?…
        Parę dni temu pojechaliśmy z Jasiem nad jezioro. To tu niedaleko. Miejsce odosobnione. Przepięknie tam jest. Wokół las, a w dół po skarpie, po piasku, miałkim jak mąka, schodzi się do wody. Jej turkusowe lustro w otoku ciemnozielonego wału sosen lśni przeczystą głębią. Jaś oczywiście jest perwersyjny, więc kąpaliśmy się na golasa. Potem próbował robić mi zdjęcia. Ale tak daleko moja perwersja nie sięgała. Był nieco naburmuszony. Próbował mi wciskać taki kit, że mnie kocha itepe. Nie wiem, po co? Dziwne, że bardziej lubię jego żonę niż jego. Czy to nie wygląda



14                       CZARNE I ZŁOTE. ZBIÓR OPOWIADAŃ




na wariactwo? Słuchałam jego bajdurzenia jednym uchem i wcale nie czułam satysfakcji. Tak w głębi ducha to przecież wiadomo, co on o mnie myśli. Przyjeżdża tu wtedy, kiedy pokłóci się z żoną. Tylko na szczęście nie wie, co ja o nim myślę. Nie wie, że mówiąc mi takie bzdury, próbuje mnie i siebie oszukać, przydać naszym stosunkom głębi, której przecież nie ma. Nie może sobie szczerze powiedzieć, że to sprawa naskórkowa? Właściwie to nie lubię tego bufona. Teraz powiedział mi, że jedno moje słowo, a rozwiedzie się z żoną. Paradny jest, nie ma co. Musiało tam u nich być istne trzęsienie ziemi. Nie wiem, dlaczego czułam jedynie dojmujący smutek. Myślałam sobie z goryczą (poznałam wielorakie smaki goryczy i nadal poznaję nowe), jak to jest i dlaczego tak jest. Co powoduje, że jesteśmy tak zakłamani i jednocześnie tak nieszczęśliwi. Bo fakt faktem Jaś w swej bezdennej głupocie jest nieszczęśliwy. I myślałam: dlaczego Marcin jest jedyny, jedyny na całej ziemi, choć tak podobny w rozumowaniu do Jasia, jakby był jego bliźnim bratem?… Nie! To nieprawda. Nikt, nikt nie jest do niego podobny. Nikt nie ma tego, co Marcin. Nie potrafię tego dokładnie określić, co więcej – nie potrafię tego nazwać, ale jest w nim coś tak wspaniałego, co obezwładnia. Próbuję sobie uzmysłowić, na czym to polega, i… nie mogę. Nie mogę. A przecież gdybym to pojęła, nie szukałabym tego w innych po omacku. Jestem przekonana, że to by mi pomogło. Kiedy mi, niestety, skarży się na swoją żonę, podobnie jak Jaś zresztą, uznać należałoby to za bezczelność po prostu. Tymczasem ja głupia mu współczuję. Dlaczego nie współczuję Jasiowi, tylko jego żonie, że ma takiego bufona? Nie wiem. Marcin mówi mi: Jestem smutny. I mówi to z taką jakąś straceńczą pogodą, że cała wprost poczynam skowyczeć z żalu, że mu smutno, zamiast logicznie zapytać, dlaczego mnie porzucił dla tamtej. I wszystko wokół mnie, zawsze i teraz, i tam, nad tym prześlicznym jeziorem, wszystko wokół mnie i we mnie jest żałobą po nim. Jedynym. Nieodżałowanym. Jak moje ulubione książki z tamtych lat, jak miejsca, jak wszystkie zamalowane na czarno wspomnienia,



1. MANUAŁ ELKI                          15




jak pamięć, jak życie. Nienawidzę tego, a jednocześnie wiem, że to jedno jest we mnie dobre jak świetlista, nieskalana plama. To moje czarne, czarne światło. Nawet i dobrze, że przegrałam, jeśli to światło…
        Mój Boże! Cóż ja za brednie tu wypisuję?! Czyż nie jestem kretynką, która wymyśliła sobie faceta, aby móc się jego draństwami biczować jak jakaś masochistka? Bo chyba jestem masochistką. W tym cała rzecz. Już dawno powinnam przepędzić go ze swego życia, bo kto tu kogo w końcu zrobił w konia i robi go nadal? Czy ciągle mam się wić z tęsknoty jak robak na szpilce, a on będzie mi się z uwagą przypatrywał, bo to zajęcie rozpędza mu nudę? Niech to diabli! Przez jego nauki i moją bezdenną głupotę zrobiłam się taką dziwką, że matka w grobie by się przewróciła, gdyby, rzecz jasna, nie żyła.
        Jej szczęście, że żyje – to primo, bo tak to nic o mnie nie wie, sekundo – gdyby wiedziała, to by się oburzała, a nie „współczuwała”. Tertio – szczęście, że wykopałam ze swego sentymentalnego serca wszelkie mity, a szczególnie o miłości matczynej. Fine! Femme fatale. Fine!

V


        Otóż, dlaczego ja w tych zapiskach nie oznaczam dat? Otóż – bo mi to niepotrzebne. Czas i miejsce jest nieważne. Nieważna też jest fabuła. Ważny jest tylko zapisek. On bowiem jeden jest upamiętnieniem chwili. Chwili zresztą przez zapisek zniekształconej. Nie da się inaczej. Chciałam zniszczyć to, co napisałam o sobie wcześniej. A dlaczego? A, panienko złota, ze wstydu fałszywego. Ale coś mnie w tym uderzyło i nie zniszczyłam. I chyba dobrze zrobiłam, bo oto, co zauważyłam: dwoma nurtami toczy się moje tzw. życie wewnętrzne – ubożuchne ono, a jednak… Czarne światło i biała ciemność – szydercza, och, jak szydercza. Skoro się toczy dwoma (jak zarejestrowano), to może toczyć się



16                       CZARNE I ZŁOTE. ZBIÓR OPOWIADAŃ




i kilkoma, prawda? A co śmieszniejsze, człowiek sobie uświadamia, że są one krańcowe, kontrastowe, wykluczające się, a jednak harmonijnie tu oto we mnie się nieustannie snujące. Zatem: …
        Wracam do tego, z jakiego powodu zaczęłam te zapiski.
        Nasza Madzia zabrała się ostro do roboty, czym pokazała, że jest dobrym materiałem na robola. Stary wyczuł to natychmiast psim swędem i dowalił jej bibliotekę (chwała mu za to, nie będę ciągnęła dłużej tej kuli u nogi) i wszelkie możliwe kółka, zespoły- -pierdoły, tak że dziewczyna ze szkoły nie wyłazi.
        Ja natomiast mam święte życie i mogę z czystym sumieniem oddawać się lekturze u siebie w domu, nie to, co dawniej, jak jakaś smarkata pensjonarka, dukać z szuflady stronice, strzygąc uszami, czy połowica K. nie idzie na swój zwykły obchód inspekcyjny po różnych zakamarkach budy.
        Madzia nadal zastraszona, rozmawia na przerwach jedynie chętnie z M., tą pruderyjną dziwką, i oczywista – z panem wirtuozem. Wirtuoz nieco osowiale plącze się po szkole. Cud, że nie wyleciał razem z Kaziem; teraz pewnie przetrawia w sobie tenże cud, bo ze mną nie rozmawia w ogóle. Za to z Madzią – ho!, ho!, zawsze prince charmant.
        Ludzie są nad wyraz dziwni. Bo czego, na ten przykład, nie może mi wybaczyć pan P.? Otóż mojego, swego czasu prezentowanego, sceptycyzmu, kiedy to toczyliśmy ze sobą tzw. boje polityczne. Pan P. nie chciał uwierzyć, że pro publico bono, w rozumieniu większości, to nie demokracja, a anarchia. A najbardziej nie chciał uwierzyć w to, że – z powodów powyższych – przegrają. Zemściła się na nim jego własna w tym względzie naiwność, a ich wszystkich indolencja też. Za to ma do mnie głuchy żal. Niedobrze jest przewidywać, a co gorsza, przepowiadać komuś klęskę. Weźmy Norwida – że ośmielę się z nim porównywać w tymże sekretniku.
        Otóż – Magdzia haruje jak wół i za nagrodę dziś dostała opeer od naszego wezyra, że nie zdążyła z jakimś tam planem do jego wszechwładnego zatwierdzenia. Ona biedulka jest tymczasem



1. MANUAŁ ELKI                        17




całkiem ogłupiała. Onegdaj widziałam, jak ganiała po parku z zuchami. Cała spocona, aż przykro patrzeć.
        Swoją drogą, z naszego K. jest kawał sk…, że się tak wyrażę.
        Używa sobie na niej, ile wlezie. Wczoraj na przykład pyta ją ten gad z obleśnym uśmiechem:
        – A jakiż to do pani alfons na noc zajeżdżał?
        (Skądinąd f. – ciągle od małej! – był późnym popołudniem i wiem, że Dzidzia nie śmiałaby nawet pomyśleć o tym, co ten prostak K. miał na myśli).
        Spłonęła cała; formalnie myślałam, że krew jej tryśnie z policzków. Po chwili wybiegła. Pewnie gdzieś tam popłakała sobie w kącie. Ach, jak nie lubię takich plugawych docinków! I po co szargać taką szczerozłotą nić, która przecież nikomu nie wini tym, że się snuje? A czy się snuje? Kto wie. Kto wie…
        Smutno mi jakoś. Ech, ty f. Ty f.!
        Swoją drogą, pan P. – bo któż by inny? – przyjął postawę bohatera i próbował dać Staremu po nosie. Ale że jest spalony, to tamten tylko popatrzył mu bezczelnie w oczy i skwitował to głupim: he, he, he. Szczęście, że sobie przypomniałam tę sprawę z salką, więc mu dopiekłam. Mówię:
        – Eee (czego on bardzo nie lubi, ale musi znosić ze względu na Jasia), szefie, może pan powiedzieć waszemu plebanowi, że to, wie pan, da się załatwić.
        Myślałam, że go szlag trafi. Niech nie myśli, że jeżeli taki ktoś jak on zawsze spada na cztery łapy, to tego w ogóle nie widać. Widziałam, jak się przestraszył, że maczał w tym palce, ale nie śmiał, a może nie wiedział, jak zapytać, jaki ten strach ma być duży. Przetrzymałam go tak w napięciu do końca swoich lekcji i dopiero wtedy zdjęłam z niego owo brzemię, mówiąc niedbale:
        – Co jest, na Boga Ojca, szefie? Sprawa była między księdzem a wie pan kim. Pan nic o tym nie wie. Dopiero za parę dni pan się dowie, jasne? – I pod jego pełnym łajdackiego uwielbienia spojrzeniem wymaszerowałam sobie z pokoju nauczycielskiego.



18                      CZARNE I ZŁOTE. ZBIÓR OPOWIADAŃ




        A gdyby tak – myślę sobie – Marcin nie zaszczepił we mnie owej wspaniałej filozofii? Dziś pewnie byłabym zgorzkniałą starą panną (choć podobno to niemodne określenie, u nas jednak jeszcze funkcjonuje), zastraszoną przez tego łobuza, zaharowaną, że proszę siadać. Już dla samej satysfakcji, że trzymam nad nim mój starannie wymanikiurowany pazurek, warto było zapalić w sobie ową białą ciemność. Warto było. Warto było?! – Miły mój, przyjedź. Ucisz we mnie te wichry. Te bezpańskie, żałosne chichoty. Jak długo będę ci potrzebna? Czy można aż tak spodleć?!
        No cóż. Napisałam to i nie przekreślę. Napisałam. Basta.

VI


        Wczoraj dostałam od Lucyny list. Oto, co mi pisze: „Twój Kizio szasta się po mieście z jakąś ryżą k. Cud, że go papa żony nie przyłapał. Miałby się z pyszna. Piszę ci tak otwarcie, bo mam nadzieję, że już o tym fircyku nie myślisz”. Koniec cytatu. A to żmija! Nie myślę. Pewnie, że nie. Cholerny drań. Czuję do siebie nie tylko pogardę, ale wprost fizyczny wstręt. Jasiu chciał się wybrać do mnie, ale mu odburknęłam przez telefon, że nie mam czasu. Guzik mnie obchodzi, że czuje się urażony. Nienawidzę go. To kabotyn. Nie wiem, jak ta jego żona go znosi.

VII


        Dzidzia zdobyła się dzisiaj na rozmowę ze mną. Poczęła coś bajdurzyć o konieczności oświecania tutejszych ludzi. Co jej się też plącze w tej pensjonarskiej głowinie? Jak nic chce się wykreować na siłaczkę. A tu nie czas po temu. Nie ten wiek, nie ta kamienna epoka. Ona patrzy niby na tych ludzi, a jakby jej oczy odbijały wszystko – niczym lustra. Nic do niej nie dociera. Pozwoliłam sobie na perorę, aż mi niesmaczno. To i tak nic nie da.



1. MANUAŁ ELKI                         19




Szkopuł w tym, że ona w tym tłumku wcale ludzi nie dostrzega. A nie dostrzega dlatego, że są inni. Znaczy – nie ludzie prawdziwi, tylko jakieś stwory, którym się przygląda cielęcymi oczyma i w dodatku się ich boi. Bo są obcy. Bo są nieznani.
        Znam to, znam. Coś mi tam bajdurzy o Cyganach, ale prawdzie w oczy spojrzeć nie chce albo po prostu nie umie. Jeszcze teraz pewnie nie potrafi. Ale wydaje sądy, ohoho, jeszcze jak śmiałe. No, zobaczymy, co będzie dalej.
        Panu P. osowiałość przeszła, jak mi się zdaje, w ostrą depresję. I po co się tak było angażować?
        Mówię do niego: Panie szanowny, i po cóż pan się tak zadręcza? Trzeba tańczyć, tańczyć zorbę. A on patrzy na mnie sowim okiem, tylko na dnie źrenic pełga ostry, płowy płomyk. Ot, patriota.
        Ale, swoją drogą, czczo mi. Nieznośnie. Marylka dalej brnie i brnie w ten las pełen czarnych drzew. (P. natomiast – muszę to zapisać na dowód chwili – zabrnie wiadomo gdzie, jeśli nie oszaleje. Ten jego wzrok… No. Dosyć).
        Dziś wieczór właśnie nad głupią gąską szanowny mój przyjaciel L. zatrzasnął pułapkę. Wspaniały jest. Prawdziwy z niego stary lis. Nie ma co Maryli ostrzegać, bo jak się nie nauczyła przez te lata niczego, to się już nie nauczy; to darmo. Zresztą, każdy jest kowalem własnego losu – jak powiedział pewnie jakiś mędrzec. Marcin mi to kiedyś wyłożył w sposób iście doskonały: Jak komuś zaufałaś, to czyja to jest wina? Jego, że cię zawiódł? No, nie żartuj, miła. Wszystko jest przecież w tobie. Chcesz się sparzyć, to chwytasz wrzątek. Nie chcesz – nie chwytasz. Wolność, miła. Pamiętaj, że wolność masz zawsze. Wolność – to prawo wyboru. Wybierasz cierpienie – to cierpisz. Ale przecież nie musisz go wybrać, prawda? Prawda, mój ty filozofie. Przede wszystkim nie musiałam wybierać sobie ciebie. Raczej powinnam uwiesić sobie kamień u szyi, niż cię wybrać. A pamiętasz… miły, jak mówiłeś mi, że w każdym z nas jest iskra nieśmiertelności. Przejęłam tę iskrę od ciebie i zapłonęła we mnie jasnym płomieniem. A ty się



20                       CZARNE I ZŁOTE. ZBIÓR OPOWIADAŃ




jej wyrzekłeś. I ilekroć się z tobą zetknę, zabijasz ją we mnie; zabijasz bez końca, aż wreszcie nie zmartwychwstanie i pozostawi po sobie czarną dziurę. Czyż nie rozumiesz, że ty prawdziwy, jedynie prawdziwy, zawarty jesteś w tej iskrze? Więc po co ją zabijasz? Czy chcesz zabić siebie?
        I co mi wówczas pozostanie? Smak klęski? Smak miodu? Jest już głęboka jesień. Wszystko we mnie skowyczy z tęsknoty… więc przyjedź. Czy ci tam tak dobrze samemu? Nie. Lepiej niech nie przyjeżdża. Mam już dosyć tego błędnego koła. Jedynie, co mi potrzebne, to spokój. Spokój – czyli martwota.
        Czuję się w niej jak ryba w wodzie. Osobliwie wówczas, kiedy mogę obserwować sprawy, które mnie nic a nic nie obchodzą.
        Onegdaj w mieście spotkałam naszego byłego działacza. Towarzysz N. teraz to biznesmen, że ho, ho. Ma butik w rynku, ale też wyższe aspiracje, bo wybiera się za granicę. Tu, dziecinko – mówi mi – nie sposób żyć. I kto to mówi? „Dziecinko” – takiego to protekcjonalnego tonu użył. A jakże. Na milę śmierdzi forsą. Usilnie zapraszał mnie na kawę, ale chyba bym się porzyg… Nie do wiary, jakiego nosa mają niektórzy. Wywęszą właściwy wiatr, nim zacznie w ogóle wiać. Ponieważ nie przyjęłam jego propozycji, począł mi tu konspiracyjnie nadawać i wymacywać przy tym, czy wiem o… a podobno kombajn musieli sprzedać, bo nie mieli forsy na wypłaty… puchną, bo puchną… Wszyscy popuchną. Śmiał się sardonicznie, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że wiem, iż kto jak kto, ale on chyba lepiej od innych zorientowany był w polityce bankowej. Wezbrała we mnie taka odraza do tej tłustej glisty, że czym prędzej wyszłam. I pomyśleć, że nasz pan P. hoduje, a hoduje w sobie, zgryzotę. Biedny naprawiacz świata. Tak mi było po tym spotkaniu ohydnie, że płakać mi się chciało. Ale teraz dość. Ty mi się dziewczyno nie roztkliwiaj i trzymaj na wodzy swoje społeczne uczucia. A najlepiej nie posiadaj ich wcale. Różne szczury niech sobie czmychają, gdzie pieprz rośnie, niech sobie misternie wyplatają swoje norki. Tobie nic do tego.
        Ty masz własną pajęczynkę.



1. MANUAŁ ELKI                         21




VIII


        Dostałam kartkę od Zośki Kazia z Kanady. Wśród serdecznych pozdrowień napomyka mi, że są tam na azylu. Cała treść skierowana była raczej do tutejszych, wiadomych organów. Zośka bez ogródek informuje na przykład o czymś takim: „Szczęśliwi jesteśmy, żeśmy się z tego czerwonego interna wyrwali”. To, rzecz jasna, informacja dla ogółu. A potem: „Kazek, gdyby mógł, wyrzuciłby nawet slipy z samolotu. Nic od nich nie chcemy”. Rozgoryczenie uzasadnione: jak się było po klasycznej palaczem c.o. i po każdej mszy św. na progu katedry pisało informację, po co się tam poszło, jednakże…
        Dziś pani M. poinformowała mnie konspiracyjnym szeptem, że pan P. był na rozmowie. Niewątpliwie poinformowała równie konspiracyjnie o tym i naszego wezyra dużo wcześniej, bo zachowuje się w stosunku do P. okropnie. Jego płaskie złośliwostki tyleż samo mają polotu co dowcipu, widzę jednak, że wytrącają P. z już i tak zachwianej mocno równowagi. Pyta go na przykład z głupia frant: „Pan będzie jeszcze u nas w drugim półroczu? Bo słyszałem, że się pan gdzieś wybiera…”. I pomyśleć, że ta szmata obnosiła się z plakietką takich rozmiarów, iż go zza niej widać nie było. Teraz zresztą jego połowica, fakt, że kuchennymi drzwiami, ale też z kruchty wynosi. No, cicho. Alboż nie jestem zaopatrzona w obuwie na zimę?

IX


        Ten jest kłopot ze mną, że nie potrafię nic referować beznamiętnie i obiektywnie. Bo tak sobie myślę, że obiektywizmu w tym nie ma, skoro nie ma chłodnego oka.
        Rejestruję zatem, że Marylka uchwyciła się tak kurczowo spraw damsko-męskich, że aż dziw bierze. Oby ta deska ratunku nie okazała się aby spróchniała. Nasz nowo nabyty robol pracuje,



22                       CZARNE I ZŁOTE. ZBIÓR OPOWIADAŃ




że hej. Co się jednakże z nami porobiło? Wady się nasze uwypukliły, że aż strach. Trudno się dziwić starej M. Zawsze była to histeryczka i lizus – nie wiem, jak ona to godzi, ale godzi, i teraz już całkiem bez żenady wprowadza średniowieczne zwyczaje, hołdując powiązaniom typu: suweren–wasal.
        Myślę, że byłaby całkowicie szczęśliwa, gdyby szef użyczył jej tej łaski i pozwalał całować siebie tudzież swoją kaśkę w rękę – przynajmniej na powitanie. Co jej nie przeszkadza ryć pod nimi, aż miło. Za to Maryla zawsze żyła niby ptaszek Boży i przeważnie dbała o to, by mieć komu ćwierkać. Teraz tylko to ćwierkanie ją obchodzi, nawet nie wie, jak niebezpiecznym eksperymentatorem jest L. – mój czarny anioł stróż. Zresztą mówiłam jej to wielokrotnie, ale ona nic, bo wydaje jej się, że jest wyjątkowa i wlazła w zastawioną przez niego pułapkę z butami, kretynka jedna. Ten drań też jest niezły. Czasem aż mnie mdliło od jego „eksperymentów”. Psycholog zakichany!
        Za to Miśka – ta to typowa chłopka. Twarda jak kwarcowy łupek. Ją nic nie złamie. Ta jedna idzie równo za pługiem, ani się obejrzy. Pamiętam, świat się wokół niej walił, a ta nic. Włażę tam kiedyś zadyszana, patrzę, telewizor z tą obrzydłą mordą ogłasza armagedon, a ta robi cacka na choinkę! Zatkało mnie. Doprawdy, nie wiem, co myśleć o niej. Czasem przyłapuję się nawet na niejakim cieniu szacunku. Ale nie. To po prostu tylko brak wyobraźni, nic więcej. A ja? Myślę, że w tym, co tutaj robię, jest niejakie oszustwo. Nie to, że uczę czytać, pisać itepe. Nie o to chodzi. Ale te wszystkie szumne treści, które chcąc nie chcąc trzeba przecież… A, do diabła! Mam takie kwiatki w klasie, że szkoda gadać. Rozmawiamy na ten przykład o jakimś wierszu, celem – wiadomo – uzmysłowienia dzieciom pewnych treści… no i tam w ogóle. Mówimy o wierszu Różewicza Koncert życzeń na ten przykład, no i, rzecz jasna, trzeba nawiązać do dekalogu. A tu co się okazuje, proszę wycieczki? Cała klasa ani me, ani be. Nie znają dziesięciu przykazań, żeby ich cięli i kroili na paski. Smutne to, oj, smutne. Takie cwane dzieci. Niegłupie są,



1. MANUAŁ ELKI                          23




żeby w szkole socjalistycznej przyznawać się, że umieją to i owo. Będą z nich ludzie interesu, jak sądzę. Nie gorzej od towarzysza N. poprowadzą w przyszłości swoje butiki. A może i lepiej.
        Za to na przerwie podchodzi do mnie grupka takich to przyszłych biznesmenów i wali prosto z mostu:
        – My, proszę pani nie przyjdziemy dziś na kółko (wszak prowadzę owo – recytatorskie), bo mamy spotkanie z księdzem.
        Takie buty. Czekają zadziorni i chmurni, kiedy mówię:
        – Jasne. Przesuniemy to na inny termin. Mnie dziś też nie pasuje, bo mam zebranie partyjne. (Guzik prawda, tym bardziej, że jestem bez, ale skąd im to wiedzieć?). I oto tak nawzajem uczymy się demokracji i ze wszech miar tolerancji, choć moja młódź odchodzi nieco rozczarowana bezzgrzytowym obrotem sprawy. A tak, bez żartów, czego to dowodzi? Czego dowodzi fakt, że pociechy nasze w jednym miejscu umieją to, w innym tamto? Pocieszające (nie dla nas nauczycieli laickiej szkoły) jest to, że potrafią czasem postawić coś na ostrzu noża. Tylko czy ten nóż jest tu akurat potrzebny, aby na nim cokolwiek stawiać? Te i inne moje skromne spostrzeżenia poddaję pod rozwagę sobie samej przede wszystkim i… Stąd myślę, powtarzam, że w tym, co tutaj robię, jest niejakie oszustwo…

X


        Spadł śnieg. Świat wokół zdaje się tak czysty, jakby wszystkie brudy zostały wymiecione precz, nawet z dusz ludzkich. Spadł tak wcześnie zapewne, aby nam przynieść jakie takie ukojenie. Mimo to w pamięci plącze mi się jakaś ciągliwo-błotna ohyda. P. nie przychodzi do szkoły. Krążą różne tam pogłoski, ale…
        Nasza Dzidzia jakoś tak rozbłysła od wewnątrz. Czyżbyś to ty f. ową tak rozświetlił? Ech, ty stary kocurze! Łza się w oku kręci, gdy na to patrzę. Tymczasem ja mam nowego wielbiciela. Takiego głupiego gogusia. Och, Marcin, Marcin! Potrzebuje cię jak powietrza w tej swojej, z wyboru, wolności.



24                          CZARNE I ZŁOTE. ZBIÓR OPOWIADAŃ




XI


        Ohydztwo z Dnia Nauczyciela nadal się za mną ciągnie. Co jest z tym P., do licha? Czuję się niezbyt. Czuję się chora. Mój kochany braciszek przysłał mi list z wymówkami, że do mamy nie piszę. A co mam jej niby pisać, kiedy ona czeka jednego – zawiadomienia o moim ślubie. Nic więcej jej nie obchodzi.
        Słuchałam piosenek w radiu i całkiem się rozkleiłam. To dlatego, że jestem chora. I samotna. I przegrana. A, do diabła z tym! Śnieg pada.

XII


        Jedynie kogo mogłam znieść w szpitalu, to mojego czarnego anioła stróża. Ale teraz go znieść nie mogę, choć przyznać muszę, że winnam mu wdzięczność, bo do pewnego momentu był mi pomocny. Kiedy jeszcze wydawało mi się, że już więcej ran na sobie nie pomieszczę. Okazało się, że się myliłam. Bo cóż w istocie człowiek może o sobie wiedzieć? Nic. Zupełnie nic. Ale o tym nie będę pisać, bo nie warto. Tylko kiedy pomyślę, że liczyłam na jakieś tam w sobie światło, to mnie pusty śmiech bierze. Nie ma światła ani mroku; są zwyczajne dni i noce, tyle że koszmarnie nudne. Zatem jedynie ta nuda może mnie zabić. Tu, w szpitalu, w zasadzie zostały mi odsłonięte sprawy ostateczne.





do góry

Wykonane przez Onisoft.pl

2017 Wszelkie prawa zastrzeżone oceanksiazek.pl

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl