SPIS TREŚCI
ROZDZIAŁ I ..................................................................................................5
ROZDZIAŁ II.................................................................................................13
ROZDZIAŁ III................................................................................................17
ROZDZIAŁ IV ...............................................................................................23
ROZDZIAŁ V.................................................................................................28
ROZDZIAŁ VI ...............................................................................................33
ROZDZIAŁ VII...............................................................................................42
ROZDZIAŁ IX ...............................................................................................55
ROZDZIAŁ X.................................................................................................63
ROZDZIAŁ XI ...............................................................................................67
ROZDZIAŁ XII...............................................................................................71
ROZDZIAŁ XIII..............................................................................................78
ROZDZIAŁ XIV..............................................................................................84
ROZDZIAŁ XV..............................................................................................101
ROZDZIAŁ XVI ........................................................................................... 111
ROZDZIAŁ XVII........................................................................................... 114
ROZDZIAŁ XVIII.......................................................................................... 119
ROZDZIAŁ XIX ............................................................................................125
ROZDZIAŁ XX..............................................................................................139
ROZDZIAŁ XXI ............................................................................................141
ROZDZIAŁ XXII............................................................................................147
ROZDZIAŁ XXIII...........................................................................................154
ROZDZIAŁ XXIV............................................................................................158
ROZDZIAŁ XXV.............................................................................................170
ROZDZIAŁ XXVI............................................................................................175
ROZDZIAŁ XXVII..........................................................................................181
ROZDZIAŁ XXVIII.........................................................................................185
ROZDZIAŁ XXIX............................................................................................191
ROZDZIAŁ XXX.............................................................................................197
ROZDZIAŁ XXXI............................................................................................201
ROZDZIAŁ I
Białystok, 1 października 2016 roku, godz. 9.30.
Detektyw Arkadiusz Zgoda wszedł do swojego biura mieszczącego się w Białymstoku przy ulicy Mickiewicza, nieopodal siedziby sądu. O godzinie dziesiątej umówiony był z klientką, pięćdziesięcioletnią żoną znanego białostockiego biznesmena z branży budowlanej. Kobieta wynajęła Zgodę, bo podejrzewała, że jej mąż ma romans ze swoją sekretarką. Historia klasyczna i stara jak świat. Dzisiaj detektyw miał jej ujawnić wyniki dwutygodniowej obserwacji męża, które potwierdziły jej przypuszczenia. Małżonek istotnie spotykał się ze swą sekretarką, trzydziestoletnią ponętną blondynką. Arek wyjął z kasy pancernej teczkę ze zdjęciami mężczyzny wychodzącego z bloku, gdzie mieszkała jego wybranka, oraz wykonanymi w czasie spaceru w jednym z podmiejskich lasów. Parę na zdjęciach najwyraźniej łączyło coś więcej niż sama praca. Małżonek biznesmen, pięćdziesięciopięcioletni łysawy jegomość z widocznym, dość dużym mięśniem piwnym przytulał młodą blondynkę. Być może przechodził drugą młodość, chorobę wielu klientów Arka. O dalszych losach zebranych fotografii i materiałów miała zadecydować klientka. Większość takich spraw kończyła się w sądzie rozwodem. W takim przypadku każdy skład niezawisłego sądu, widząc te zdjęcia, orzekłby winę męża pani Haliny.
Arek włączył ekspres. Zamierzał poczęstować kobietę kawą i spokojnie przedstawić całość zebranego materiału. Nie umiał przewidzieć dalszych losów małżeństwa. Z doświadczenia wiedział, że niekiedy zdradzeni i upokorzeni małżonkowie
5
przemawiali drugiej stronie do rozumu i wszystko kończyło się potulnym powrotem na łono rodziny. Zwłaszcza gdy w grę wchodził podział majątku. A w przypadku wiarołomnego biznesmena do podziału były grube miliony.
Zgoda układał w głowie plan rozmowy, gdy ktoś zapukał do drzwi. Spojrzał na zegarek – 9.40. „Spieszno jej do poznania prawdy” – pomyślał. Jednak w drzwiach, zamiast pani Haliny, ujrzał mężczyznę w sile wieku, w czarnym garniturze i płaszczu z przyczepioną żałobną wstążką.
– Dzień dobry. Nazywam się Witold Jagielski – przedstawił się mężczyzna. – Moje nazwisko nic panu nie powie. Przychodzę do pana z polecenia mecenasa Mariana Czerwca.
– A, skoro z polecenia mecenasa Czerwca, to od razu ma pan zniżkę na moje usługi. – Arek gestem zaprosił gościa do środka. – Za kwadrans mam umówioną klientkę. Pańska sprawa będzie krótka czy wymaga dłuższej rozmowy?
– Moja sprawa… – westchnął mężczyzna – moja sprawa wymaga chwili. Chciałem się zorientować, czy podjąłby się pan wyjaśnienia pewnych okoliczności.
– Proszę, niech pan siada. – Detektyw wskazał na małą kanapę ze stoliczkiem. – Napije się pan kawy?
– Nie, nie – podziękował przybysz. – Nie chcę niepotrzebnie zabierać panu cennego czasu.
– Więc proszę, niech pan mówi. – Arek usiadł obok.
– Mecenas Czerwiec reprezentuje moją firmę od piętnastu lat i mam do niego pełne zaufanie – zaczął gość. – Zapewnił mnie, że panu też mogę zaufać. Jeżeli powie pan „nie”, chcę, by cała sprawa została między nami.
– Jak u księdza na spowiedzi – pospieszył z zapewnieniem detektyw. Było oczywiste, że gdyby opowiadał postronnym o klientach, stałby się spalony na mieście i w branży. – Zresztą w umowie, o ile ją podpiszemy, ma pan odpowiedni paragraf o konieczności dochowania tajemnicy.
6
– Rozumiem. Lecz ta sprawa jest bardzo, ale to bardzo… – mężczyzna zrobił przerwę, tak jakby szukał odpowiedniego słowa – niebezpieczna.
– A czego dotyczy? – zapytał Zgoda.
– Śmierci mojej córki i zięcia, do których doszło w wyniku wypadku drogowego – odparł Jagielski wyraźnie drżącym głosem.
– Takie rzeczy się zdarzają – stwierdził Zgoda.
– Tak. Ale mój zięć Tomek był policjantem pracującym w komendzie w Białej Podlaskiej, w wydziale kryminalnym, i odkrył coś, co wpędziło go do grobu – oświadczył Jagielski.
– Skąd pańskie przypuszczenia, że to nie był zwyczajny wypadek? – zapytał detektyw.
– Ciężarówka, która staranowała samochód mojej córki Kasi i Tomka, została skradziona poprzedniego dnia z miejscowej firmy, a po wypadku porzucona. Świadek zdarzenia twierdzi, że ciężarówka celowo zjechała na przeciwny pas ruchu i na łuku z całą siłą wjechała w samochód moich dzieci – wyjaśnił mężczyzna.
– Kiedy to się stało? – spytał Arek.
– Dwa tygodnie temu.
– Niech pan słucha. Lada chwila nadejdzie tu moja klientka, lecz na dole jest otwarta kawiarnia. Byłby pan tak uprzejmy i chwilę tam zaczekał? Zejdzie mi tutaj z pół godziny.
Jagielski wstał, kiwnął głową i bez słowa wyszedł z gabinetu.
Po pięciu minutach zjawiła się pani Halina, elegancka pięćdziesięcioletnia blondynka o miłej aparycji. Uważny obserwator mógł dostrzec na jej twarzy z trudem skrywany niepokój.
– Proszę, proszę siadać. Napije się pani kawy? A może kieliszek koniaku?
– Nie, nie, dziękuję. I tak nie śpię od paru dni. Udało się panu coś ustalić? – Kobieta szybko przeszła do konkretów.
7
– Tak. Oto zdjęcia i raporty z obserwacji pani męża. – Arek podał kobiecie teczkę. Ona wzięła do ręki zdjęcia i rozpłakała się na widok męża.
– Ten bydlak zaczynał pracę jako pomocnik mojego ojca. Nawet ślubny garnitur dostał od moich rodziców. A dziś, po trzydziestu jeden latach małżeństwa, taka zapłata…
Detektyw, przyzwyczajony do podobnych reakcji, pozostał niewzruszony.
– Wie pani, z zawodowego doświadczenia wiem, że takie historie mogą skończyć się albo rozwodem, albo poważną i szczerą rozmową między małżonkami i propozycją podarowania drugiej szansy.
– Pan na serio uważa, że mogłabym dać temu łajdakowi drugą szansę?! – oburzyła się kobieta.
– Pani Halino, co trzecia para godzi się po takich trudnych przejściach. Ale prawdą jest, że dwie na trzy rozstają się definitywnie.
Zaległa cisza. Kobieta wyjęła z torebki staromodne batystowe chusteczki.
– A co pan by zrobił na moim miejscu? – zapytała po chwili, starannie ocierając łzy.
– Porozmawiałbym rzeczowo z mężem, pokazał mu te zdjęcia i poczekał na reakcję. Może pani sprawdzić, czy będzie skruszony, czy nie.
– Myśli pan, że mogłabym mu to wszystko wybaczyć?
– Myślę, że tak. Do sądu może pani pójść w każdej chwili. Mam nawet godnego polecenia adwokata, ale myślę, że on również doradzałby pani rozmowę z małżonkiem.
– Może… Ale muszę to wszystko spokojnie przemyśleć. Mogę zabrać te zdjęcia?
– Naturalnie. Zdjęcia są pani własnością. W myśl umowy w razie konieczności potwierdzę w sądzie okoliczności,
8
których byłem świadkiem. – Arek podał kobiecie protokół zakończenia sprawy. Po przeczytaniu pisma kobieta pokwitowała je i zapytała:
– Ile mam panu zapłacić?
– Jako zaliczkę dała mi pani dwa i pół tysiąca złotych, więc pozostało drugie tyle.
Kobieta wyjęła portfel, odliczyła należną sumę, podała Arkowi, a ten schował gotówkę do kieszeni.
– Nie przeliczy pan? – spytała.
– Ufam pani. Jeśli zajdzie potrzeba, jestem do pani usług.
– Dziękuję – odpowiedziała pani Halina i skierowała się do wyjścia.
– Jeszcze jedno, pani Halino. Mam do pani prośbę…
– Tak?
– Czy byłaby pani tak uprzejma i polecała moje usługi innym? Byłbym zobowiązany.
– Ależ naturalnie – odparła kobieta. – Co zaś do mojej sprawy – wszystko zostaje między nami? Wolę się upewnić…
– Szanowna pani Halino, już zapomniałem, w jakiej sprawie pani u mnie była – zapewnił Arek.
***
Po pięciu minutach Zgoda wszedł do kawiarni. Znalazł Jagielskiego pijącego kawę przy stoliku. Detektyw przysiadł się bez słowa. Kawiarnia o tej porze była wyludniona, bez typowego dla takich miejsc gwaru rozmów. Jedynie obok baru cicho grało radio.
– Jeżeli pan chce, możemy porozmawiać tutaj. Niech pan spokojnie dopije kawę.
– Nie, nie. Wolałbym rozmawiać u pana w gabinecie – odparł mężczyzna.
Już po chwili ponownie siedzieli na kanapie w biurze.
– Proszę kontynuować. Zakończył pan na świadku widzącym nadjeżdżający samochód. Ten, który wjechał w pana córkę i zięcia…
9
– Tak. Jak już wspomniałem, pewien mężczyzna widział, tuż po wypadku, jak kierowca ciężarówki wyskakuje z kabiny i przesiada się do samochodu, który zatrzymał się za samochodem Kasi i Tomka. Było to czarne bmw na warszawskich numerach. Niestety, świadek albo nie chciał, albo rzeczywiście nie zapamiętał numerów – wyjaśnił Jagielski.
– Ale za co ktoś chciałby zabić pana zięcia? – zapytał Arek.
– Tydzień przed wypadkiem była u nas mała impreza rodzinna. Po niej moja świętej pamięci córka pokłóciła się z mężem. Mieszkali u nas w domu, więc słyszałem wszystko. Córka mówiła podniesionym głosem o jakichś pieniądzach wchodzących w grę, o ludziach, którzy mogą posunąć się nawet do morderstwa, o jakichś zabójstwach. Błagała zięcia, by zostawił tę sprawę w spokoju.
– Ciekawe. Opowiedział pan to wszystko policji? – spytał detektyw.
– Nie, nie opowiedziałem, moja żona zabroniła mi tego.
– Dlaczego?
– Została nam wnuczka. Antosia ma sześć lat i po śmierci rodziców jej świat się zawalił. Zresztą mój także – skończył Jagielski, a łzy napłynęły mu do oczu. – Mamy ją jedną i musimy ją bezpiecznie wychować.
– Rozumiem pana. Ale dlaczego chce pan mnie wynająć, skoro boi się pan rozmawiać z policją? – dopytywał Zgoda.
– Ja... Widzi pan, domyślam się, kto za tym stoi. Tylko ktoś musiałby posklejać to w całość. Odkryć to, co musiał odkryć mój zięć – odpowiedział Jagielski.
– Mogę trochę powęszyć, ale zanim podpiszę z panem umowę, muszę zrobić wstępne rozeznanie. Dopiero wtedy będę mógł podjąć decyzję, czy podejmę się tego zlecenia.
– Rozumiem – odparł gość i dodał po chwili: – A o pieniądze pan nie zapyta?
10
– Nie. Najpierw wolałbym podjąć decyzję, czy podejmę się pracy dla pana. Ale skoro pan zaczął, to proszę o propozycję.
– Sto tysięcy złotych. Pięćdziesiąt tysięcy, jeśli pan się zdecyduje, drugie pięćdziesiąt, jeśli dowie się pan, dlaczego musiała zginąć moja córka i zięć – zaproponował łamiącym się głosem Jagielski. W jego oczach znowu pojawiły łzy.
– Kusząca propozycja, ale powtórzę: najpierw rozeznanie, potem decyzja. Sprawa wygląda na bardzo poważną. Muszę na koniec zapytać – czy kogoś konkretnego pan podejrzewa?
– Wiem, że w sprawę zamieszany był partner Tomka, niejaki Krystian Borkowski.
– Skąd taka informacja?
– W czasie pogrzebu Kasi i zięcia ktoś włamał się do naszego domu. Nie zginęło nic oprócz laptopa, twardego dysku i jednej teczki, którą zięć zawsze trzymał w swoim biurku.
– A ta teczka, widział ją pan? – zapytał Arek.
– Ja nie. Ale moja żona kiedyś sprzątała dom i zajrzała przez kobiecą ciekawość do biurka. W szufladzie była teczka, a w niej zdjęcia osób opisanych jako zaginione w ostatnich kilku latach oraz jedno zdjęcie mężczyzny, który żyje, a na dodatek trzęsie całą okolicą.
– Kto to taki? – spytał zaciekawiony Zgoda.
– To Andrzej Fryst. Słyszał pan to nazwisko? – Jagielski bezwiednie ściszył głos.
– Słyszałem. Gość ma wiele interesów, jest dobrze ustawiony. Nieraz pisały o nim lokalne gazety, ale jedynie w superlatywach.
– Wie pan, że za pieniądze można wszystko?
– Jasne – potwierdził Arek. – Ale wróćmy... Co z tym Borkowskim, partnerem z pracy pańskiego zięcia? Dlaczego podejrzewa pan akurat jego?
– No cóż, ten osobnik wypytywał moją żonę po śmierci Tomka, czy rodzina coś wie na temat prowadzonych przez niego spraw.
11
– I co? Powiedziała mu coś?
– Nie, nie. Ale widzi pan – ciągnął swoją opowieść Jagielski – ja na to wtedy nie zwróciłem uwagi, bo byliśmy pogrążeni w żałobie. Lecz ludzie powiedzieli nam później, że ten Krystian opuścił ceremonię pogrzebową w połowie jej trwania, a właśnie mniej więcej w tym czasie doszło do włamania do naszego domu.
– To bardzo ciekawe, co pan mówi, ale to jeszcze żaden dowód, że dokonał tego właśnie partner pańskiego zięcia – powiedział Zgoda.
– Tyle że mnie zastanawia jeszcze jedna rzecz. Do czasu wypadku jeździł starą skodą. A teraz ma nowe audi A4. Skąd wziął na to pieniądze? I to akurat teraz? Z pensji dwa i pół tysiąca złotych? Jego rodzice nie prowadzą żadnej działalności, żyją bardzo skromnie.
– Może wygrał w Lotto – zażartował Arek.
– Niech pan nie będzie dzieckiem, za darmo w dzisiejszych czasach nawet nie obiją panu gęby.
– Znam takie miejsca, gdzie obiją. – Arek się uśmiechnął. – Wróćmy do tematu…
– No właśnie! Więc co pan o tym wszystkim sądzi?
– Proszę dać mi tydzień. To jest moja wizytówka, a pan niech poda numer telefonu do siebie – odparł Arek.
Mężczyzna podyktował numer komórki, po czym dodał:
– Mam małą prośbę. Moja żona o niczym nie wie i nie może się dowiedzieć. Rozumie mnie pan? Jeśli przypadkiem odbierze telefon…
– Jeśli przypadkiem odbierze telefon – przerwał mu Zgoda. – powiem, że jestem… Jaką działalność pan prowadzi?
– Hoduję pieczarki – odpowiedział Jagielski.
– O, to będę dzwonił jako potencjalny odbiorca i zapytam o cenę. Jeżeli będzie pan mógł rozmawiać, niech pan powie, że jest pan sam, natomiast jeżeli będzie w pobliżu żona lub inna osoba,
12
niech pan mi odpowie, że na razie ma pan wszystko zakontraktowane i żebym zadzwonił za pół roku. Może być?
– Oczywiście – zgodził się mężczyzna i wstając, popatrzył pytająco na portret syna Arka.
– To mój syn, ma dwadzieścia jeden lat i obecnie studiuje pożarnictwo w Warszawie – wyjaśnił Arek z dumą.
– Gratuluję, ale niech pan na niego uważa. Strażak to bardzo niebezpieczny zawód – zauważył Jagielski.
– To prawda. Odezwę się do pana za tydzień.
Arkadiusz Zgoda pożegnał interesanta i wyjął telefon, zamierzając skontaktować się ze swoim przyjacielem, emerytowanym oficerem Komendy Miejskiej Policji w Białymstoku, Jackiem Siarczyńskim. Wiedział, że będzie to najlepsze źródło informacji na temat wydarzeń w S. oraz działalności niejakiego Andrzeja Frysta.
ROZDZIAŁ II
Czterdziestoletni więzień zakładu karnego w Sztumie, Mariusz Słaboń, pseudonim Godzilla, siedział w izolatce. Doskonale zdawał sobie sprawę, że za chwilę w drzwiach celi ukaże się klawisz, który zaprowadzi go na zaplanowane spotkanie. To miała być jego ostatnia szansa na uniknięcie długoletniego więzienia. Słaboń odliczał dni, godziny i minuty do tej chwili. Nie wystarczyło się jednak dogadać w sprawie odsiadki. Chodziło o bezpieczeństwo poza murami więzienia, zarówno dla niego, jak i jego bliskich.
Nagle usłyszał kroki na korytarzu, a po chwili chrzęst otwieranego zamka i zasuwy. W drzwiach stanął klawisz, ale nie był to żaden ze znanych mu funkcjonariuszy. Godzilla poderwał się z pryczy i chwilę się zawahał. Nie znał tego człowieka.
13
– Nie bój się. Nie przyszedłem, abyś popełnił samobójstwo. – Nieznajomy klawisz zaśmiał się szyderczo. – Jesteś proszony na gabinety. – Wskazał ręką na drzwi.
Godzilla ruszył przodem. Znał drogę do pomieszczeń, gdzie przesłuchiwano więźniów, ale gdy do nich doszli, nieznajomy klawisz wydał polecenie:
– Idź dalej.
Po chwili doszli do kraty. Klawisz wyjął klucz, otworzył ciężkie drzwi, przepuścił Godzillę, zamknął kratę, po czym ruszył przodem. Kiedy minęli zakręt, oczom Godzili ukazał się korytarz z drewnianymi drzwiami. Klawisz zapukał, a po chwili je otworzył. W pokoju za biurkiem siedział ponadczterdziestoletni mężczyzna w eleganckim, granatowym garniturze i okularach. Kiedy klawisz i Godzilla weszli do gabinetu, mężczyzna oderwał wzrok od ekranu laptopa i przemówił:
– Dzięki! A teraz przypilnuj, żeby nikt nam nie przeszkadzał. – Przeniósł wzrok na Godzillę. – Niech pan siada.
Osadzony usiadł na krześle i zaczął wpatrywać się w godło państwowe, które wisiało na ścianie. Jego pseudonim był uzasadniony: ogromna sylwetka sprawiała wrażenie monstrum, na którego widok każdy normalny obywatel poczułby się nieswojo. A co dopiero człowiek znający jego kryminalną przeszłość. Lecz tutaj karty rozdawał mężczyzna w eleganckim granatowym garniturze i to on decydował o przyszłości groźnego bandyty.
– Napije się pan kawy? Albo wody? – zagaił uprzejmie.
– Nie, ale zapaliłbym – odparł Godzilla.
– Niestety, nie palę. I nie znoszę zapachu nikotyny – odrzekł elegancki jegomość.
– To może jednak poproszę tę kawę.
Mężczyzna podszedł do stolika, po chwili zapach aromatycznego napoju wypełnił pomieszczenie. Gangster delektował się kawą, a nieznajomy tylko zamieszał w filiżance i pełną odstawił na stolik.
14
– Czy zastanowił się pan nad naszą propozycją? – zapytał wprost.
– Zgadzam się, ale pod pewnym warunkiem...
– Nie ma warunków z pańskiej strony – ostro uciął tamten. – Warunki ustalamy my. Dziesięć lat więzienia i nadzwyczajne złagodzenie kary w zamian za współpracę i pomoc w naszej operacji.
– Ale ja tylko chcę gwarancji… – zaczął tłumaczyć Godzilla.
– Niech pan mi tu nie pierdoli o żadnych gwarancjach. Wie pan, że jeżeli prokurator wskaże pana jako przywódcę gangu, organizatora napadu i porwania tego gościa spod Łodzi… Jak on się nazywał? – zapytał retorycznie.
Godzilla zaczął nerwowo kręcić się na krześle, jakby usiłował zaprzeczyć temu, co zaraz usłyszy.
– Nafciarz? – spytał mężczyzna w garniturze. Nie czekając na odpowiedź, dodał: – Nafciarz, tak, taką miał ksywę. Więc jeżeli przybijemy ci przywództwo grupy przestępczej, porwanie i pobicie ze skutkiem śmiertelnym, to najbliższe piętnaście lat masz jak w banku do odsiadki.
W pokoju nastała cisza, tylko tani zegar na ścianie odmierzał spokojnie czas.
– Co pan proponuje? – zapytał zrezygnowany Godzilla.
– Proponuję ci dziesięć lat więzienia. Za dobre sprawowanie masz szansę wyjść po siedmiu. Później wyjedziesz. Daleko. Na przykład do Londynu. Twój brat ma firmę budowlaną, a z tego, co wiem, dałeś mu kasę na maszyny i start. Chyba cię nie wykiwa?
– Dużo pan wie – mruknął Godzilla.
– Owszem, dużo. I potrzebuję twojej pomocy. – Mężczyzna w garniturze się uśmiechnął.
– Okej. Zgadzam się – westchnął gangster.
– Teraz więc wyjdziesz stąd, a jutro wyślesz gryps o tej treści. – Podał kartkę więźniowi. Ten przeczytał ją uważnie i oddał.
– Zapamiętałeś?
15
Godzilla pokiwał głową.
– Tylko nie próbuj nas wykiwać. Proces rozpocznie się po zakończeniu operacji – zakończył rozmowę elegant i wskazał drzwi.
Godzilla wstał z krzesła, haustem wypił resztę kawy, po czym bez słowa skierował się do wyjścia.
– Jeżeli operacja wystartuje po mojej myśli, odwiedzą cię twój syn i żona. Zadbam, abyś dostał cztery godziny na widzenie – dodał jeszcze przybysz.
Godzilla odwrócił się w drzwiach i po namyśle rzucił:
– Dzięki.
– A, jeszcze jedno.
Bandzior nerwowo przestąpił z nogi na nogę.
– Ile pieniędzy oddałeś Korkociągowi?
W oczach gangstera pojawił się strach.
– Dlaczego pan pyta? – Nie zdołał ukryć niepokoju w głosie.
Przybysz się uśmiechnął i podszedł bardzo blisko do bandyty.
– Z protokołu zeznań twoich i twoich kolegów wynika, że pieniędzy u Nafciarza było cztery miliony – powiedział, nie spuszczając wzroku z Godzilli. – A ludzie Korkociąga rozpowiadają po Białymstoku i okolicach, że pojechaliście po dwanaście milionów, które winny był Nafciarz. Nie obchodzi mnie, ile zwinąłeś Nafciarzowi, ale wiedz, że jeżeli mnie zawiedziesz, twoi niedawni mocodawcy dowiedzą się, że przytuliłeś osiem milionów. Wtedy nie tylko ty będziesz miał przejebane, ale twoja rodzina za tymi murami również. Czy obaj to rozumiemy?
Godzilla bez słowa skinął głową.
Przybysz wyjął telefon i wysłał SMS-a: „Zgodził się. Możemy zaczynać”.
15
ROZDZIAŁ III
Było późne, piątkowe popołudnie, kiedy rozklekotany dostawczy żuk podjechał pod bramę prowadzącą do magazynu dyskoteki „Klepisko” w S. Po chwili z budynku wyszedł barczysty młody mężczyzna w czarnej koszulce i spodniach bojówkach. Mimo chłodu na dworze raźno otworzył zamkniętą klapę samochodu i zaczął rozpinać plandekę. Z samochodu wysiedli dwaj mężczyźni. Kierowca, który przywitał się z pracownikiem dyskoteki, i mężczyzna około trzydziestopięcioletni, wysoki, o wysportowanej sylwetce i czarnych, kręconych włosach. Na jego lewym policzku widoczna była blizna, wyglądająca na pozostałość po spotkaniu z ostrym przedmiotem. Kierowca żuka wskazał na mężczyznę z blizną i zwrócił się do pracownika dyskoteki:
– Przywiozłem wam gościa. Chce gadać z Tołdim.
Pracownik dyskoteki zlustrował przybysza uważnie, zatrzymując wzrok na jego twarzy.
– To od kosy? – Pokazał palcem bliznę.
– Nie, od golarki – odparł z sarkazmem przybysz i poprawił ręką włosy. – Pomóc wam? – zapytał.
– Byłoby miło – przyznał pracownik dyskoteki.
Po chwili mężczyźni przystąpili do rozładunku kontenerów z winem. Kiedy skończyli, mężczyzna zapytał:
– Na długo starczy ta ilość?
Pracownik i kierowca ryknęli śmiechem.
– Na długo. Aż do jutra. Jeżeli masz dobre serce, możesz jutro o tej samej godzinie tu czekać i nam pomóc – rzucił kierowca, nie przestając się śmiać.
– Nieźle. To jakiś miejscowy specjał? – drążył temat przybysz.
– Specjał, specjał, znany od dwudziestu lat na tym rynku – odparł pracownik dyskoteki.
17
Kiedy skończyli, chłopak pracujący w dyskotece zadał pytanie:
– Chcesz gadać z Tołdim?
– Tak – odparł przyjezdny.
– To chodź za mną.
Przybysz pożegnał się z kierowcą żuka, zarzucił worek na ramię i ruszył za rosłym pracownikiem. Kiedy byli już w budynku, zaczął dopytywać:
– Pracujesz tu?
– Tak.
– Co tu robisz?
– Wszystko.
– To znaczy?
– No, wszystko. Pomagam w knajpie, w restauracji i generalnie wyrzucam śmieci – objaśnił.
– Śmieci? Lejesz niegrzecznych klientów? – zapytał przybysz.
Pracownik dyskoteki tajemniczo się uśmiechnął.
– Wiesz, ilu ludzi bawi się tu w każdy piątek i sobotę?
– Nie mam pojęcia. Przyjechałem z odległej części Polski – odparł nieznajomy.
– Jeżeli przyjeżdża tu jakaś gwiazda disco polo, to potrafią być nawet cztery tysiące gości.
– Nieźle! – Nieznajomy mężczyzna gwizdnął z uznaniem.
Po chwili stali przed solidnymi, drewnianymi drzwiami. Pracownik dyskoteki zapukał. Z wnętrza dało się słyszeć okrzyk:
– Wlazł!
Pracownik zostawił przybysza za drzwiami, a sam wszedł do środka.
– Szefie, jakiś gość do szefa. Mówi, że go szef wysłucha.
– Niech wejdzie – odezwał się głos z pomieszczenia.
Pracownik machnięciem ręki przywołał przybysza do środka. Kiedy ten wszedł do pokoju, jego oczom ukazał się mężczyzna lat około czterdziestu, o długich, przerzedzonych, kręconych blond włosach,
18
z łysiejącym czołem, z twarzą uzbrojoną w krzywy nos, noszący ślady wielokrotnego złamania, i z nienaturalnie dużymi wargami, spotykanymi często u Murzynów. Osobnik ten siedział na skórzanym fotelu, z nogami wyciągniętymi na biurku. Ubrany był w skórzane, znoszone spodnie, buty kowbojki z metalowymi szpicami i kwiaciastą koszulę. W jednej ręce trzymał papierosa, w drugiej szklankę z brązowym płynem, wyglądającym na whisky. Przybysz popatrzył na gospodarza i omal nie parsknął śmiechem. W myślach nagradzał Oscarem człowieka, który nadał mu przezwisko. „Przecież ten gość wyglądał jak stwór z bajki, wypisz wymaluj jak Tołdi z Gumisiów” – pomyślał i ruszył w jego stronę.
– Jestem Zderzak – przedstawił się i wyciągnął rękę w stronę gospodarza. Zorientował się, że tamten nie reaguje na wyciągniętą dłoń, więc szybko dodał: – Od Godzilli.
Gospodarz spuścił nogi ze stołu, poprawił się na krześle, spojrzał w stronę pracownika dyskoteki i ryknął:
– A co ty, kurwa, jeszcze tutaj robisz!
– Przepraszam, już się zmywam.
– Wypierdalaj i nie waż się podsłuchiwać.
Kiedy został w pomieszczeniu tylko z gościem, zapytał już spokojniej:
– Co u naszego przyjaciela Mariusza słychać?
– Nic ciekawego. Grozi mu nawet ćwiartka – odparł Zderzak.
Gospodarz napił się łyk whisky, skrzywił się i zaczął z politowaniem:
– Mógł żyć jak człowiek, ale zachciało mu się, kurwa, brylować. Mówiłem: „Skończ robotę dla tych od paliw, bo prędzej czy później pójdziesz z nimi siedzieć”. Ale on zawsze był, kurwa, mądrzejszy. No i się doigrał – zakończył wywód, zaciągając się papierosem.
– Kazał ci podziękować za kasę dla rodziny i poprosił o regularne comiesięczne wpłaty – powiedział Zderzak. Na te słowa człowiek siedzący za biurkiem się poderwał i zbliżył do przyjezdnego.
19
– Nie przeszliśmy na ty – warknął. – Dla ciebie jestem pan Tołdi. Rozumiesz, gnoju?
Mężczyzna pokiwał potakująco głową.
– Ogłuchłem? Bo nie dosłyszałem „przepraszam”.
– Przepraszam pana – odparł grzecznie Zderzak.
Tołdi zaciągnął się papierosem, usiadł na fotelu i z pogardą popatrzył na przybysza.
– Jak się nazywasz? – zapytał.
– Mówią mi Zderzak.
– Ile kiblowałeś?
– Osiem lat.
– Słyszałem, że za trzy napady na jubilera w Niemczech – powiedział Tołdi.
Zderzak kiwnął potakująco głową.
– Wiem z grypsu, że wspólnicy cię wystawili – dodał Tołdi.
– Jeden wspólnik – poprawił przybysz.
– A drugi?
– Drugi dostał ćwiartkę i wcześniej niż za siedem lat nie ma szans na wyjście.
– Ile miałeś zamelinowane?
– Na nasze około miliona peelenów.
– W czym to było?
– W kamieniach szlachetnych i złocie.
Tołdi podszedł do przybysza, zaciągnął się papierosem i po chwili zastanowienia zapytał z cicha:
– Ile odpalisz, jeżeli pomogę ci znaleźć twojego niewiernego kolegę?
– Nie będzie to proste, bo zwiał gdzieś na zachód – odparł Zderzak.
– Ma rodzinę?
– Ma matkę, ale siedziałem tam miesiąc – bieda, aż piszczy. Olał ją i nie dał znaku życia – wyjaśnił Zderzak.
20
– Ale jakby mamusia była chora, zachorowałaby znaczy się? No to może synek chciałby pomóc – dedukował Tołdi.
– Może, choć uważam, że spróbuje wpaść na święta i wtedy go dorwę – oznajmił Zderzak.
– Spróbujemy go dorwać – odparł Tołdi. – Ile odpalisz mi z tych kamieni?
– Nie potrzebuję wspólnika!
Tołdi się zaśmiał i spokojnie odparł:
– Mam ludzi związanych z pewnymi służbami i w ciągu paru dni namierzą mi tego twojego kolegę, choćby schował się w czarnej dupie. Nie trzeba czekać do świąt. Proponuję ci spółkę, pół na pół. Zastanów się.
– Pomyślę – dyplomatycznie odparł chłopak.
– A właściwie to co ty umiesz robić? – zapytał Tołdi.
– Mogę pracować na bramce.
– Naprawdę? No to chodź do chłopaków, pokażesz, co potrafisz.
Zderzak zarzucił worek na plecy i ruszył w ślad za Tołdim. Po chwili znaleźli się w salce gimnastycznej, gdzie kilku mężczyzn ćwiczyło na przyrządach z siłowni. Jednak Zderzakowi od razy wpadł w oko ogromny, dwumetrowy olbrzym o posturze atlety, ogolony na łyso, z rudą brodą, który sparował na macie z mężczyzną o głowę od siebie niższym. Na widok wchodzących Tołdiego i przybysza olbrzym ruszył na sparingpartnera i zaczął aplikować ciosy na jego twarz i tułów. Wkrótce atakowany padł przed olbrzymem, klepiąc ręką o matę, czyli informując, że ma już dość.
– Brawo, brawo! – krzyknął Tołdi, przywołując olbrzyma do siebie ręką. Dokonał prezentacji:
– Poznaj, to jest Zderzak. Gość chce pracować dla nas na bramce. Sprawdzisz go?
Olbrzym wypluł ochraniacz na zęby i warknął:
– Właź, a wy, chłopaki, dajcie mu rękawice i ochraniacz.
– Co jest niedozwolone? – zapytał Zderzak.
21
– Tu wszystko jest dozwolone, oprócz sypania piachem po oczach – wyjaśnił za śmiechem olbrzym.
Zderzak zdjął worek i położył na drewnianej ławce, zdjął też kurtkę, buty i bluzę i zaczął się rozgrzewać. Ale Tołdi ryknął na niego:
– To nie jest balet! Tu jest ulica! Tu musisz być gotowy w każdej chwili. Zapierdalaj za liny i poznaj pana Żubra. – Tołdi zaśmiał się i wskazał ręką na matę.
Reszta ćwiczących mężczyzn przerwała zajęcia i stanęła przy linach. Jeden rzucił ze śmiechem do Zderzaka:
– Dobrze jest posiedzieć przy żubrze!
Wszyscy wybuchli gromkim śmiechem, tymczasem Zderzak się przeżegnał i wszedł za liny. Chłopak podał mu rękawice i ochraniacz na zęby, ale ten odsunął jego rękę.
– Nieźle, zaraz zalejesz się krwią, a później zlejesz się w majty! – krzyknął Żubr i ruszył raźno w stronę Zderzaka.
Kiedy był trzy metry od niego, stało się coś, czego się nie spodziewał. Chłopak wyskoczył w górę i z półobrotu wyprowadził cios prawą nogą, która wylądował na twarzy Żubra. Akcja była tak zaskakująca, że Żubr, oszołomiony kopniakiem, na chwilę opuścił gardę. To wystarczyło, aby przybysz wyprowadził lewy sierp na jego szczękę. Żubr znieruchomiał jak rażony prądem, a potem próbował zasłonić twarz ręką. Zderzak błyskawicznie założył kastet na lewą dłoń i wyprowadził nią cios na wątrobę. Olbrzym zawył i odruchowo chwycił się za prawy bok. Sekundę później dostał następny cios, na szczękę. Mężczyzna przyklęknął na prawe kolano, podpierając się prawą ręką. W tym momencie Zderzak, nie czekając, chwycił błyskawicznie Żubra za głowę od tyłu i uderzył go kolanem w twarz. Olbrzym runął na matę zalany krwią.
– Dość! – wrzasnął Tołdi. – Masz, kurwa, na rękach obrączki!
Zderzak odwrócił się i warknął:
– Sam powiedziałeś: „żadnych zasad”!
22
W salce zapanował grobowa cisza.
– Bierz rzeczy i wypierdalaj! – wrzasnął znów Tołdi.
Zderzak przeszedł za liny. Za jego plecami Żubr zwijał się z bólu, nie mogąc dojść do siebie po nokaucie.
– Jak sobie życzysz! A Godzilla w tydzień dowie się, że mi nie pomogłeś – powiedział Zderzak i zaczął się ubierać.
– Co, kurwa?! Grozisz mi?!
– Nie! Ale twój kumpel garuje za ciebie, a ty masz w dupie jego przyjaciół. – Zderzak podszedł do Tołdiego. – A jeżeli dorwiemy tego gościa, co mnie wykolegował, jedna trzecia kasy jest twoja, jedna trzecia jest moja, a jedną trzecią dostanie rodzina Godzilli – oznajmił dobitnie i ruszył do wyjścia. Wyszedł na zewnątrz. Był już koło bramy, gdy dogonił go jeden z mężczyzn ćwiczących w salce i krzyknął:
– Tołdi prosi, abyś przyszedł do jego gabinetu. Chce spokojnie pogadać.
– Powiedz mu, że jeżeli chce, to niech przyjdzie tutaj! – odkrzyknął Zderzak.
Po pięciu minutach mężczyzna z siłowni pojawił się ponownie i stanowczo oznajmił:
– Tołdi zaprasza cię do biura! Więcej zaproszeń nie będzie.
Zderzak splunął przed siebie, chwilę postał i ruszył w kierunku dyskoteki.