SPIS TREŚCI
Prolog.......................................................................................................... 7
Rozdział I.....................................................................................................11
Rozdział II ...................................................................................................13
Rozdział III...................................................................................................17
Rozdział IV....................................................................................................23
Rozdział V.....................................................................................................27
Rozdział VI....................................................................................................33
Rozdział VII ..................................................................................................37
Rozdział VIII..................................................................................................41
Rozdział IX....................................................................................................47
Rozdział X.....................................................................................................53
Rozdział XI....................................................................................................59
Rozdział XII...................................................................................................65
Rozdział XIII..................................................................................................71
Rozdział XIV..................................................................................................77
Rozdział XV...................................................................................................87
Rozdział XVI..................................................................................................93
Rozdział XVII.................................................................................................97
Rozdział XVIII..............................................................................................103
Rozdział XIX ................................................................................................117
Rozdział XX..................................................................................................121
Rozdział XXI ................................................................................................129
Rozdział XXII................................................................................................135
Rozdział XXIII..............................................................................................143
Rozdział XXIV ..............................................................................................147
Rozdział XXV................................................................................................153
Rozdział XXVI ..............................................................................................159
Rozdział XXVII..............................................................................................169
Rozdział XXVIII............................................................................................175
Rozdział XXIX...............................................................................................179
Rozdział XXX................................................................................................187
Rozdział XXXI...............................................................................................197
Rozdział XXXII..............................................................................................205
Rozdział XXXIII ...........................................................................................215
Rozdział XXXIV.............................................................................................223
Rozdział XXXV..............................................................................................229
Rozdział XXXVI.............................................................................................233
Rozdział XXXVII............................................................................................245
Rozdział XXXVIII...........................................................................................255
Rozdział XXXIX.............................................................................................263
Rozdział XL..................................................................................................267
Rozdział XLI.................................................................................................273
Rozdział XLII................................................................................................281
Rozdział XLIII ..............................................................................................285
Epilog .........................................................................................................293
O autorze ....................................................................................................299
Inne książki autora.......................................................................................301
PROLOG
Widok, który Justyna miała przed oczami, niczym nie różnił się od stanu jej ducha. Był może nawet mniej ponury od myśli, które kłębiły się w jej głowie.
Wsparta o szklaną balustradę tarasu znajdującego się na dziesiątym piętrze apartamentowca, górującego nad wąskim pasmem zadrzewionych wydm, patrzyła w intrygującą przestrzeń. Tuż przed nią szalało wzburzone morze. Wysokie, pieniące się fale, pędzone ku brzegowi sztormowym wiatrem, zalewały szeroką plażę.
Morze przybrało ponurą ołowianą barwę, podobną do wiszącej nisko warstwy chmur, zwiastujących rzęsistą ulewę. Żywioł sprawiał, że widnokrąg przybliżył się w nienaturalny sposób ku brzegowi i był niemal na wyciągnięcie ręki. Sina mgła wypełniająca przestrzeń pomiędzy wodą a niebem zacierała linię horyzontu. Można było odnieść wrażenie, że obie przestrzenie przenikają się wzajemnie, tworząc jednolitą całość.
Widok tyleż ponury, co imponujący.
Nie to jednak absorbowało uwagę Justyny, nie to kazało jej stać desperacko na tarasie, zmagać się z porywistym wiatrem, który smagał jej twarz drobinkami słonej mgiełki. Ubrana stosownie do pogody, z głową owiniętą
7
turkusową chustą, której końce łopotały niczym chorągiewki, patrzyła przed siebie, bijąc się z myślami.
Gdyby ktoś spojrzał na nią z boku, mógłby odnieść wrażenie, że kobieta stojąca przy balustradzie zamierza posunąć się do czegoś nieprzewidywalnego, że jest gotowa na desperacki krok.
Ale nie taki miała zamiar. Mimo targających nią emocji coś podobnego nie przychodziło jej do głowy.
Wpatrzona w rozszalały morski pejzaż doznawała, wbrew logice, czegoś w rodzaju ulgi. Miała wrażenie, że jej nastrój jest taki, jak otaczająca ją rzeczywistość, że się z nią komponuje, że jest jej w jakiś sensie bliski. Zacierające się granice pomiędzy żywiołem a myślami zdawały się łagodzić stan przygnębienia.
Nawet niebo użala się nad moim losem – pomyślała zwyrzutem. To było jej ulubione porównanie, które powtarzała sobie w trudnych życiowych sytuacjach, choć takich jak obecne nigdy wcześniej nie doświadczyła.
Dlaczego on mi to zrobił? Jak to się stało, że nie dostrzegłam tego wcześniej? Na co ten drań liczył…? To były jedne z wielu pytań, które zadawała sobie od wielu dni, nie znajdując na nie żadnej sensownej odpowiedzi.
Teraz, stojąc na tarasie, próbowała wyrzucać z siebie ponure myśli, puścić je z wiatrem, mając nadzieję, że ulecą, znikną raz na zawsze, że trafią tam, gdzie ich miejsce – w niebyt.
Od tamtej przełomowej chwili, która zburzyła ostatecznie jej świat, minęły dwa tygodnie. Niewiele, stanowczo za mało, aby pogodzić się z niesprawiedliwym losem.
8
Justyna nadal cierpiała, a co gorsza odnosiła momentami wrażenie, że ten nieznośny stan, zamiast tracić na sile, na ostrości, staje się chwilami jeszcze boleśniejszy.
* * *
Katarzyna i Marcin Parzyccy, jej najbliżsi przyjaciele, widząc, jak przyjaciółka cierpi, z jakim trudem radzi sobie z traumą, usiłowali namówić ją do ucieczki od codzienności, do zmiany otoczenia, przynajmniej na jakiś czas. Oferowali jej pobyt w swoim nowym apartamencie, który kupili pół roku wcześniej. Byli nawet gotowi pojechać razem z nią, aby nie czuła się samotna.
Ona jednak z uporem odrzucała ich propozycję. Zamykała się w mieszkaniu i próbowała leczyć rany na swój sposób.
Kiedy w końcu dała się przekonać do wyjazdu, podziękowała za ich towarzystwo. Wolała zostać sama, aby z dala od znajomych, od miejsc, które tak boleśnie przypominały jej o wszystkim, spróbować się pozbierać. Miała nadzieję, że w ten sposób uda jej się uporządkować chaos, który zawładnął jej myślami, jej życiem.
Obiecała przy tym solennie, że więcej już nie sięgnie po alkohol, będący dotąd jedynym lekiem na jej problemy
ROZDZIAŁ I
Jeszcze nie wybiła siódma, a Justyna była gotowa do wyjścia. Orzeźwiona porannym prysznicem, umalowana i ubrana stosownie do czekających ją okoliczności, niecierpliwie spoglądała na zegarek.
Wstała stanowczo za wcześnie. Zależało jej na tym, aby nie spóźnić się na umówione spotkanie. Była podekscytowana do tego stopnia, że nie mogła dopić porannej kawy.
To był niezwykle ważny dla niej dzień. Drugi taki od czasu ukończenia studiów. Po raz kolejny przyszło jej zaczynać swoje zawodowe życie od początku.
Po dwóch latach pracy w dużej firmie, w której szczęśliwym trafem zatrudniła się tuż po odebraniu dyplomu, postanowiła coś zmienić. Etat w dziale finansowym okazał się zajęciem na tyle nudnym i wyczerpującym, że dłużej nie zamierzała tego ciągnąć. Brak perspektyw, które stwarzały choćby cień nadziei na zbliżający się awans, na możliwość dalszego rozwoju, popychał ją do szukania nowych możliwości.
Tę smutną prawdę Justyna odkryła pół roku temu. Doszła do wniosku, że wybór miejsca pracy, a co gorsza także kierunku studiów, był jednym wielkim nieporozumieniem.
11
Przyjęła tę konstatację jak karę od losu za niefrasobliwość w planowaniu swojej przyszłości, za owczy pęd do świata, który mamił młodą dziewczynę mitami życia akademickiego pełnego swobody i beztroski, o nieograniczonych wręcz perspektywach. Była przekonana, że wystarczy wybrać uczelnię, kierunek studiów, jakikolwiek, aby wyrwać się z domu, z nierokującego środowiska i znaleźć się w wymarzonym świecie, który tylko czekał na takich jak ona.
Na początku faktycznie tak było. Pierwsze miesiące, a nawet pierwsze lata studiów upływały w atmosferze spotkań towarzyskich, szalonych imprez, kończących się jakże często tuż przed wschodem słońca. Poznała i zaprzyjaźniła się z wieloma podobnymi do siebie ludźmi, którzy cenili sobie, ogólnie mówiąc, dobrą zabawę. Mimo wszystko znajdowała czas zarówno na uciechy duchowe, jak i na naukę. Nie opuszczała zajęć, nie powtarzała egzaminów, nie wspominając już o dziekankach, po które sięgali niektórzy z jej znajomych. Uchodziła za osobę odpowiedzialną, ambitną, skoncentrowaną na osiągnięciu celu, który sobie wytyczyła.
ROZDZIAŁ II
Justyna od najmłodszych lat była dziewczynką rezolutną, pełną życiowej energii, zawsze gotową uczestniczyć w czymś ważnym. Ta radosna z natury nastolatka, ze zniewalającym uśmiechem i brązowymi oczami, którymi czarowała otoczenie, koncentrowała wokół siebie liczne grono przyjaciół. Była lubiana, z każdym znajdowała wspólny język.
Mieszkała wraz z rodzicami w pięknie położonym miasteczku u podnóża Gór Izerskich, które było jej jedynym, jak sądziła, wymarzonym miejscem na ziemi. Nie wyobrażała sobie, aby kiedykolwiek mogła je opuścić.
Niewielka kilkutysięczna osada z tradycyjnym na tych terenach rynkiem i ratuszem pośrodku, otoczonym urokliwymi kamieniczkami, zachwycała przybywających do miasteczka turystów. Równie piękne były także okolice. Rozchodzące się od rynku uliczki, zmieniające się tuż za rogatkami w kręte i strome szlaki prowadzące w kierunku okalających miasto gór, były kolejną atrakcją dla przybywających na te tereny gości.
Nieopodal znajdowało się jezioro, spiętrzone gigantyczną zaporą, którego wody rozlewały się krętym korytem wśród porośniętych lasami wzniesień.
13
Na jednym z nich pysznił się gotycki zamek warowny, będący prawdziwą perłą architektoniczną, cenioną w skali kraju.
Po ukończeniu gimnazjum Justyna podjęła naukę w ogólniaku, do którego musiała dojeżdżać każdego dnia po kilkanaście kilometrów. W niczym jej to jednak nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Codzienne dojazdy busikami były swego rodzaju atrakcją, okazją do poznawania nowych ludzi, do kontaktów z rówieśnikami.
Z łatwością weszła w nowe środowisko i niemal natychmiast włączyła się w rytm szkolny, realizując swoje rozliczne zamiłowania w ramach działających grup zainteresowań. Miała do tego wszystkiego naturalny pęd, wrodzoną ciekawość rzeczy i zdarzeń ocierających się o szeroko rozumiane piękno, o kulturę. Z tym wszystkim było jej wyraźnie po drodze.
Jej artystyczne roztrzepanie nie do końca cieszyło rodziców, którzy napominali niesforną jedynaczkę, prosili, szczególnie po okresowych wizytach w szkole, aby więcej uwagi poświęcała temu, co najważniejsze – nauce. Wprawdzie nie miała najgorszych ocen, ale zdaniem nauczycieli „mogłyby być dużo lepsze”.
– Mamuś, no nie martw się – prosiła pokornie zatroskaną rodzicielkę, całując ją przepraszająco w policzek. – Obiecuję, że w klasie maturalnej zrobię wszystko, żebyś była ze mnie dumna. Maturę już teraz mamy w garści – żartowała z głębokim przekonaniem, że tak właśnie będzie.
14
– Ty mnie tu nie czaruj tymi swoimi oczami. Dziecko, pani Wisłocka ostrzegała mnie, że w ostatniej klasie może być już za późno – nie dawała za wygraną pani Teresa.
– Za późno, za późno – przedrzeźniała wychowawczynię Justyna. – Co ona gada?! Skąd może wiedzieć, co we mnie siedzi?!
– No właśnie, Justysiu, co tak naprawdę w tobie siedzi? Czasem sama już nie wiem, tracę orientację. No, bo… ja już za tobą nie nadążam.
– Nic nie siedzi, co ma siedzieć! – obruszyła się w nieco wyreżyserowany sposób. – To nie moja wina, że świat jest taki ciekawy, że mnie wciąga. Chciałabym wszystkiego popróbować, dotknąć, wszystko zobaczyć, poznać. Ot i cała prawda. Wiem, wiem… – uprzedziła ewentualną ripostę mamy. – Szkoła jest najważniejsza!
– No właśnie, przecież zamierzasz pójść na studia.
– Jasne, na tym polu nic się nie zmieniło. Zamierzam i pójdę, o to możesz być spokojna. – Podbiegła do mamy, objęła ramionami i zakręciła wraz z nią pirueta.
– Przestań już, ty… wariatko – wzbraniała się przekornie mama, zdradzając tym samym, że nie chowa do córki głębszej urazy. Chciała jedynie wykorzystać nadarzającą się okazję, aby nieco zdyscyplinować niesforne dziecko.
Podobnych rozmów w domu Burzyńskich odbywało się wiele. Troska o przyszłość jedynaczki była czymś naturalnym w tej rodzinie. Chcieli przecież dla niej jak najlepiej.
ROZDZIAŁ III
Zapewnienia Justyny dotyczące nauki w ostatniej klasie, składane po wielokroć zatroskanej mamie, nie pozostawały obietnicami bez pokrycia. Będąc w klasie maturalnej, a w zasadzie już wcześniej, pod koniec roku poprzedzającego, odsunęła na boczne tory swoje rozliczne zainteresowania i zabrała się do pracy. Mniej angażowała się w zajęcia pozalekcyjne, koncentrując się na nauce.
Na wyniki nie trzeba było długo czekać. Nie stanęły temu na przeszkodzie nawet dramatyczne wydarzenia, które dotknęły rodzinę Burzyńskich.
W czasie wakacji niespodziewanie zmarł mąż pani Teresy, ojciec Justyny – Tomasz. Przyczyną jego śmierci był niczym niezapowiadany zawał serca. Nigdy wcześniej nie uskarżał się na dolegliwości kardiologiczne, co tym bardziej wstrząsnęło rodziną. Matka i córka długo nie mogły dojść do siebie, nie umiały pogodzić się z losem, który tak boleśnie zmienił ich życie.
Pierwsza wywiadówka Justyny w klasie maturalnej była miodem wylanym na matczyne serce. Tylu pochwał i słów uznania ze strony sceptycznej dotąd
17
wychowawczyni pani Teresa nigdy jeszcze nie słyszała. Różane wykwity na policzkach, jako dowody rodzicielskiej dumy, były widoczne jeszcze po powrocie do domu.
– Kochanie, dziękuję! Sprawiłaś mi ogromną radość! – zawołała od progu, a potem zaczęła ze wzruszeniem tulić ukochaną córkę.
– Mamuś, no coś ty… – odpowiedziała Justyna, zaskoczona oznakami matczynego wzruszenia. Sama również poczuła, że jej wzrok zaczął się niespodziewanie pogarszać, tracić ostrość, a oczy pokryła szklista powłoka.
– Teraz już wiem, że można ci zaufać, mój ty roztrzepańcze – dodała pani Teresa, ocierając zewnętrzną częścią dłoni łzy spływające po policzkach. – Ach, gdyby tata mógł tego doczekać – westchnęła z ciągle jeszcze żywym bólem w sercu. – Byłby bardzo szczęśliwy.
Po tych słowach obie, stojąc naprzeciwko siebie i trzymając się za ręce, spuściły głowy, aby połączyć się myślami z nieżyjącym mężem i ojcem, którego tak bardzo im brakowało.
– No tak… – przerwała przedłużającą się chwilę milczenia pani Teresa z zagadkowym wyrazem twarzy, z nutką zadumania, które, mimo tylu miłych słów od wychowawczyni, było łyżeczką dziegciu w matczynej beczułce miodu. – Żebyś ty jeszcze, moje dziecko, ukróciła te swoje eksperymenty z wyglądem.
Justyna, słysząc te słowa, błyskawicznie odsunęła się od mamy o krok z wyraźnym zaskoczeniem w oczach.
18
– Eksperymenty… z wyglądem? – powtórzyła z wyrzutem pytanie, w którym zawarła nie tylko zdziwienie, ale i oburzenie. – O czym mówisz, mamuś?
– Bo widzisz, pani Wisłocka skarżyła się na twoją… zaraz, jak ona to wyraziła… ekstrawagancję, jeśli dobrze to powtórzyłam.
– Chyba żartujesz! Czy ona już całkiem zgłupiała?
– Chodzi o to, że… jej zdaniem przesadzasz z makijażami, z kosmetykami w ogóle. Uczennica nie może tak wyglądać, apelowała o umiar – wypowiadając te słowa, pani Teresa czuła się wyraźnie bezradna. Wiedziała, że to, co mówi, i tak nie trafia do celu. Znała zamiłowanie córki do kobiecego piękna, dbałości o ciało, włosy, twarz, o makijaż.
Mimo młodego wieku Justyna, jak mało która z jej rówieśniczek, znała właściwości kremów, balsamów, kosmetyków, nie wspominając już o kanonach mody. Bardzo się tym wszystkim interesowała. Być może czasem ponosiła ją fantazja i przekraczała granice wytyczane przez szkołę, przez nauczycieli. Ona sama nie widziała w tym niczego niestosownego. Jej zdaniem w szkole najważniejsze są oceny, zachowanie, aktywność, a nie czyjś wygląd.
Godzinami przesiadywała przed lustrem, nakładając na twarz warstwy najprzeróżniejszych preparatów upiększających, maseczek, pudrów, cieni, używając palety pomadek, choć wcale nie było jej to wszystko potrzebne. Miała przecież młodą, jędrną, gładką jak aksamit, oliwkową skórę, która stanowiła naturalne piękno. Prawdą jest, że od czasu do czasu chodziła na zajęcia szkolne z wyrazistszym makijażem,
19
czym drażniła niektórych nauczycieli. Natomiast wśród koleżanek budziła podziw, a nawet zazdrość, a więc mimowolnie stawała się wzorcem do naśladowania. Coraz częściej w jej ślady szły inne uczennice, co stało się w końcu tematem jednej z rad pedagogicznych.
Po tej dosyć przykrej rozmowie z mamą Justyna ograniczyła swoje eksperymenty, te bardziej śmiałe, co nie oznaczało, że całkowicie przestała się malować.
Musiała dbać o swój wygląd, choćby po to, żeby podobać się Łukaszowi, z którym spotykała się od początku roku szkolnego. Ich znajomość, początkowo niepozorna, koleżeńska, z biegiem czasu stała się czymś więcej. Ten sympatyczny, inteligentny i ambitny chłopak robił na Justynie wrażenie swoimi pomysłami, pasjami. Miał ich wiele, ale jedna była szczególna – miłość do koni. Mógł o nich mówić całymi godzinami, snuć plany na przyszłość. Zamierzał założyć stadninę. Mieszkał na wsi, w przeuroczej osadzie położonej wśród wzniesień, łąk i lasów, które sprzyjały rekreacji jeździeckiej. Na brak zainteresowanych taką formą spędzania czasu z pewnością by nie narzekał. Zamierzał również wykorzystywać swoją działalność do hipoterapii, służącej niepełnosprawnym dzieciom. Idea była tak szlachetna, że Justyna miała nie lada problem. Robiła wszystko, aby przekonać Łukasza, niezwykle zdolnego ucznia, żeby po ukończeniu szkoły wyjechali razem na studia.
Stało się jednak inaczej.
Ich rozstanie było dla obojga dużym przeżyciem i wyzwaniem. Obiecywali utrzymywać ze sobą bliski kontakt, spotykać się najczęściej, jak to będzie możliwe.
20
Początkowo rzeczywiście tak było. Dzwonili do siebie, spotykali się, kiedy Justyna przyjeżdżała do domu, do mamy. Ale z czasem ich kontakt stawał się coraz rzadszy, mniej emocjonalny, aż w końcu Łukasz zamilkł. Bez słowa wyjaśnienia przestał odbierać telefony, nie odpowiadał na pytania zadawane mu w SMS-ach.
Ich obiecująca znajomość się skończyła. Najwyraźniej nie wytrzymała próby czasu.
ROZDZIAŁ IV
Rozmowa kwalifikacyjna w firmie zajmującej się wytwarzaniem preparatów kosmetycznych wypadła nad podziw dobrze, dzięki czemu Justyna otrzymała propozycję pracy. Przy jej ocenie wzięto pod uwagę nie tylko staż pracy, magisterium z ekonomii, które od jakiegoś czasu traktowała z pogardą, ale także ukończone kursy z zakresu dermatologii i zabiegów pielęgnacyjno-upiększających.
Okazało się, że czas, który Justyna poświęciła na dokształcanie się, nie poszedł na marne, podobnie jak wydane na ten cel pieniądze, które okazały się dobrą inwestycją. Zdecydowała się na kursy w chwili, kiedy uświadomiła sobie, że prędzej czy później będzie musiała zmienić pracę. Jednak zanim stamtąd odeszła, poświęciła swój wolny czas na pogłębienie wiedzy na temat tego, co tak naprawdę fascynowało ją od najmłodszych lat, czyli sfery dbałości o piękno kobiecego ciała.
Justyna została asystentką szefa nadzorującego trzy linie produkcyjne, na których powstawały zestawy kremów do pielęgnacji twarzy.
Od pierwszego dnia wiedziała, że to był właściwy wybór. Spodobały jej się sterylne warunki pracy,
23
przyjemna kwiatowa woń unosząca się w przestrzeni, śnieżnobiałe stroje obsługi, maseczki na twarzach. To wszystko robiło wrażenie.
Miejscem pracy Justyny był niewielki przeszklony kantor, znajdujący się na wysokości pierwszego piętra, skąd roztaczał się widok na halę, na linie produkcyjne, przy których krzątali się pracownicy, głównie kobiety. Drugie biurko zajmował jej szef, kierownik wydziału Mirosław Popecki, mężczyzna w wieku około czterdziestu lat, szczupły, z lekko zarysowującą się łysiną, który cierpliwie wdrażał ją w nowe obowiązki. Zadaniem Justyny było, najogólniej mówiąc, czuwanie nad reżimem technologicznym wytwarzanych kosmetyków, nad stosowaniem właściwych komponentów. Produkt finalny stanowiły różnego rodzaju słoiczki, flakoniki, tubki, dozowniki wypełnione pachnącą zawiesiną, które na końcu taśmy pakowano w kartony, ekspediowano do magazynu, a następnie rozsyłano po sklepach.
Pracy biurowej było całkiem sporo. Justyna musiała każdego dnia rozliczać produkcję, zużycie materiałów, złożyć zamówienia, sporządzić raporty magazynowe. Stosunkowo szybko opanowała swoje obowiązki, za co pochwalił ją całkiem sympatyczny – jak się okazało – szef, z którym niebawem przeszła na ty.
W wolnych chwilach zaczęła wykorzystywać Mirka do pogłębienia swoich zainteresowań kosmetologią. Jej przełożony był doświadczonym technologiem, posiadającym dużą wiedzę na temat kosmetyków, ich formuł, składników oraz wpływu na organizm ludzki.
24
Justyna korzystała z każdej nadarzającej się okazji, aby dowiedzieć się czegoś więcej o preparatach upiększających. Dużo też czytała na te tematy, słowem: wciągnęło ją to wszystko jak „bagno”, choć adekwatniejsze byłoby porównanie z „kremem” czy „balsamem”.
Jej wiedzę na temat kosmetyków zaczęły z czasem wykorzystywać przyjaciółki. Nierzadko radziły się, jakich preparatów powinny używać na te bądź inne niedoskonałości swojego ciała. Chętnie służyła radą, czerpiąc z tego nie tylko satysfakcję, ale i motywację do dalszego doskonalenia swoich umiejętności, do pogłębiania wiedzy. Szczególnie, kiedy koleżanki dziękowały jej za skuteczne diagnozy.
Z czasem coraz poważniej myślała nad innym wykorzystaniem swoich zainteresowań. Coraz częściej zastanawiała się nad tym, czy nie powinna pokusić się o własny „salon kosmetyczny”.
ROZDZIAŁ V
– Zapewne się nie domyślasz, ale od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pewien pomysł. Marzy mi się coś…
– No nareszcie, nie kończ, proszę, ja to powiem, okej? – przerwała jej w połowie zdania Katarzyna, aby ogłosić ową tajemnicę poliszynela. – Marzy ci się własny „salon kosmetyczny”, tadam!
– Ale jesteś, skąd ty…? To było aż tak widoczne? – nie kryła zaskoczenia Justyna. – Nikomu nie wspominałam. Mówię o tym głośno po raz pierwszy. Nawet mama tego nie wie.
– Weź przestań, wszyscy to wiemy – i to od dawna, tylko czekaliśmy, kiedy nam to w końcu ogłosisz. – Zaśmiała się w twarz przyjaciółce, która wytrzeszczała na nią swoje duże zdziwione oczy, jakby usłyszała sensacyjną wiadomość.
– A to ci dopiero, nic nie rozumiem… Ale niech ci będzie… Wobec tego co o tym sądzisz, moja ty bizneswoman? – zapytała wprost Kasię.
Znały się od najmłodszych lat, od podstawówki. Razem chodziły też do liceum. Łączyła je wieloletnia bliska znajomość. Jedynie w okresie studiów ich drogi rozeszły się na pewien czas, ale zaraz po zdobyciu
27
dyplomów zbiegły się na powrót. Kasia od dwóch lat jest szczęśliwą żoną i prowadzi wraz z mężem firmę motoryzacyjną. Spotykają się dosyć regularnie, najczęściej przy tego rodzaju babskich wypadach do galerii. Obwieszone torbami pełnymi zakupów, siadają zwykle przy kawie, aby pogadać, podsumować miniony czas. Tak, jak to ma miejsce w tej chwili.
– Myślę, że od dłuższego już czasu jesteś na to gotowa. Masz wystarczająco dużą wiedzę i umiejętności, nie mówiąc już o wieloletniej pasji, aby zacząć rozglądać się za lokalem – radziła rozemocjonowana Katarzyna. – Wbrew pozorom nie jest to takie bez znaczenia, jakby się mogło wydawać. Dobra lokalizacja, to w dużej mierze gwarancja sukcesu.
– Hola, hola… nie pędź tak, kobieto. Ty mi tu o lokalizacji, a ja na razie potrzebuję jedynie wsparcia duchowego, rady ze strony kogoś doświadczonego. Nie masz żadnych wątpliwości co do mnie, do samego pomysłu? – wróciła czym prędzej do tematu. – Nie dostrzegasz żadnych, nie wiem… przeciwwskazań, zagrożeń? Sądzisz, że sobie poradzę?
– Wiesz co? Jedynym zagrożeniem jesteś ty sama i ten twój brak wiary w siebie – wypaliła nieco zniecierpliwiona przyjaciółka. – Zawsze, od kiedy cię znam, byłaś osobą niezwykle obrotną, przebojową, gotową na wszystko, ale ostatnimi czasy wyraźnie oklapłaś. Wyglądasz, jakbyś przestała wierzyć w siebie, w swoje możliwości. Skąd ten brak wiary, te kompleksy? Nie wiem, nie rozumiem… Nawet na chłopa nie możesz się zdecydować.
– O czym ty mówisz, na jakiego znowu chłopa?
28
– Normalnie, chłopa, mężczyznę! – wyjaśniała, kładąc przesadny akcent na rzeczowniki. – Jeśli pytasz, to ci powiem. Chcesz?
– Wal, niby na kogo się nie mogę zdecydować? – Niespodziewanie rozmowa zeszła na zupełnie inny temat.
– Chociażby Michał… Czego mu brakowało? No, czego? Pasowaliście do siebie jak mało kto. Przystojny, dobrze ułożony, wpatrzony w ciebie jak w obrazek, na dodatek podobał ci się, sama mi mówiłaś – podparła się argumentem nie do zbicia.
– No wiesz! Na początku może… faktycznie mi się podobał, ale z czasem zaczął mnie wkurzać tymi swoimi dość – przyznasz – prymitywnymi umizgami. Zgadzał się ze mną we wszystkim, nawet podyskutować z nim się nie dało. Zawsze miał takie samo zdanie jak ja. – Justyna odpierała zarzuty przyjaciółki. – Nie mówiąc już o tym, że nie dbał o siebie w taki sposób, w jaki ja bym to widziała.
– No tak, spełnić twoje oczekiwania w tym względzie to spore wyzwanie. Mówisz, że ci ulegał. Jasne, bo się w tobie podkochiwał, wariatko. Nie zauważyłaś tego? Mężczyźni tacy są. Kiedy poczują do kobiety miętę, tracą rezon, pewność siebie.
– W ten sposób to ja straciłam zainteresowanie nim. I tak długo wytrzymaliśmy ze sobą, jakieś trzy, może cztery miesiące.
– No tak, rzeczywiście długo! Według ciebie to niemal pół życia, nieprawdaż? – ironizowała Katarzyna. Wcześniej było zresztą podobnie, choćby z tym, jak mu tam, Wiktorem, a jeszcze wcześniej z Hubertem.
29
– Ależ ty masz pamięć. Tobie książki pisać, najlepiej romanse, w których wszyscy kochaliby się wzajemnie, bez względu na to, czy do siebie pasują, czy nie.
– Nie przeginaj. Nie chciałaś to nie, nikt cię do niczego nie przymuszał – próbowała wybrnąć z niefortunnego tematu, w który nieopatrznie zabrnęły. – Zawsze robiłaś to, co chciałaś, i ja to ostatecznie szanuję.
– No właśnie. I niech tak zostanie. Wracając do naszego tematu, bo wywiodłaś mnie na jakieś manowce. Myślisz, że powinnam się na to odważyć?
– Jeszcze raz to powtórzę, całkiem serio. Kto, jeśli nie ty. Masz wszystkie atuty w rękach: fachową wiedzę, umiejętności praktyczne, przygotowanie ekonomiczne niezbędne przy prowadzeniu firmy. To całkiem spory kapitał, z którym można realizować marzenia.
– Wspomniałaś o kapitale, choć w innym znaczeniu. Ten finansowy jest tu równie ważny, jeśli nie najważniejszy, a ja go niestety nie posiadam. – Spokorniała jeszcze bardziej. – Prawdę mówiąc, coś tam odłożyłam, ale nie jest tego zbyt wiele. Myślę, że mogłabym też liczyć na jakąś pomoc ze strony mamy.
– Na początku zawsze tak jest. – Katarzyna próbowała umniejszyć znaczenie pieniądza, aby nie zniechęcać przyjaciółki. Dobrze pamiętała, jak oni zaczynali swój interes. – Myśmy też przez to przechodzili.
– I jak sobie poradziliście?
– Nie mogliśmy liczyć na rodzinę, sami zresztą też nic nie mieliśmy, po prostu – wzięliśmy kredyt w banku. Teraz chyba jest trochę łatwiej.
30
Słyszałam, że urzędy pracy wspierają bezrobotnych, tych, którzy próbują założyć własną działalność gospodarczą. Podobno dają na to całkiem spore pieniądze. Pochodź, popytaj.
– No tak, ale ja przecież pracuję, nie jestem na zasiłku – odrzucała rady przyjaciółki.
– No to się zwolnij, a po pewnym czasie… Wielu tak robi.
Ta przypadkowa pogawędka w galerii handlowej dała Justynie do myślenia. Wzięła sobie do serca słowa Katarzyny, jej obiektywne rady i zaczęła bardziej serio przymierzać się do realizacji krystalizujących się w głowie planów.