Kategorie blog
Krawędź otchłani
Krawędź otchłani





















I osądzono zmarłych z tego,

co w księgach zapisano,
według ich czynów.
I morze wydało zmarłych,
co w nim byli,
i Śmierć, i Otchłań wydały
zmarłych, co w nich byli,
i każdy został osądzony według
swoich czynów.
A Śmierć i Otchłań wrzucono
do jeziora ognia.

     Apokalipsa św. Jana, 20, 12–14





PROLOG



Koreańska wojskowa linia demarkacyjna; 37°57ꞌ21ꞌꞌN, 126°40ꞌ36ꞌꞌE Wspólny obszar bezpieczeństwa w strefie zdemilitaryzowanej Poniedziałek, 6 lutego 2017, godzina 08.43 PYT


        Od zawsze czekał na ten dzień. Jeszcze dzisiaj będzie wolny albo zginie, postanowił, a teraz czuł, że serce wali mu jak oszalałe, a żołądek kurczy się ze strachu i głodu. Sung-min od dobrych kilku dni nie miał w ustach niczego poza małymi łykami makgeolli z aluminiowej manierki, popijanego na odwagę. Tylu innym się w końcu powiodło, dlaczego nie miałoby udać się jemu?
        „Plan ucieczki jest dobry, bo niezwykle prosty” – uspokajał się w duchu.
        Terenowy łazik dowożący jak co dzień pocztę i prasę dla oficerów dziś nie stanie przed posterunkiem straży granicznej, tylko pełnym gazem pomknie na most, o ironio! „Wolności”, przerzucony nad rzeką Imjin. Wtedy znajdzie się na drodze prowadzącej prosto do linii demarkacyjnej. Na wysokości błękitnych baraków należących do wojsk rozjemczych ONZ przedrze się, korzystając z zaskoczenia, na stronę południową. Powtarzał sobie w myślach jak mantrę, żeby w sfatygowanym do granic możliwości wojskowym UAZ-ie nie używać trzeciego biegu, który od czasu do czasu nie dawał się włączyć i skutecznie blokował przekładnię. Niewiele brakowało, aby ten jego banalnie prosty plan powiódł się. Znudzeni służbą pogranicznicy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej grali w minhato, kiedy zamiast przepisowo zatrzymać się przed ich budynkiem, łazik pocztowy niespodziewanie przyspieszył i pognał w głąb zakazanej strefy. Zanim się połapali w sytuacji i wybiegając na drogę, otworzyli do niego ogień z kałasznikowów, samochód zdążył oddalić się o kilkaset metrów.


9




Ale to nie był koniec. Sung-min musiał pokonać jeszcze dobrze ponad kilometr strefy zdemilitaryzowanej. Powiadomiony o akcie dezercji drugi posterunek graniczny, położony bezpośrednio przy linii demarkacyjnej, zgotował mu gorące powitanie. W kierunku UAZ-a poleciał grad kul z pistoletów maszynowych. Ostatnią rzeczą, jaką Sung-min zapamiętał, był czerwony rozbryzg jego własnej krwi na przedniej szybie terenówki.







Rivanna Station, Charlottesville, Virginia; 38°45ꞌ11ꞌꞌN, 77°11ꞌ49ꞌꞌW Nicholson Building, National Ground Intelligence Center¹ Wtorek, 14 lutego 2017, godzina 14.54 czasu EST


        Dzwonek telefonu wyrwał Normę z głębin lektury poufnego raportu, który dzisiejszego ranka trafił na jej biurko. Dokument opracowało Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, najwyższa instancja dowódcza amerykańskiej armii, której naczelnym zadaniem jest służenie radą prezydentowi Stanów Zjednoczonych. W ocenie wojskowych jedynym sposobem, aby ze stuprocentową pewnością zneutralizować wszystkie składniki arsenału jądrowego Korei Północnej, była inwazja lądowa. Jej skutki, a zwłaszcza wielkość strat w ludziach, wymykały się przewidywaniom. Zwłaszcza wobec faktu, że przedmieścia Seulu znajdują się zaledwie pięćdziesiąt kilometrów od linii demarkacyjnej, rozdzielającej obie Koree. Według oceny Pentagonu reżim Kima stworzył całe mnóstwo obiektów wojskowych ukrytych głęboko pod ziemią. Na dobrą sprawę należałoby je wszystkie po kolei zlokalizować i zniszczyć, podczas gdy przeciwnik mógłby w odwecie przeprowadzić atak atomowy na stolicę Południa. Raport nie ujawniał szczegółów objętej klauzulą najwyższej tajności taktyki USA i państw sojuszniczych w odpowiedzi na ewentualną północnokoreańską próbę kontruderzenia przy użyciu broni jądrowej.
        Na ekranie stacjonarnego aparatu wyświetlił się numer sekretariatu naczelnego dyrektora. Podniosła słuchawkę po pierwszym sygnale.


¹      Dowództwo Wywiadu Wojskowego Stanów Zjednoczonych.


11




        – Lee!
        – Cześć, Shadow² , szef chce z tobą rozmawiać – oświadczyła sekretarka generała. – Natychmiast.
        – OK. Maureen, już do was biegnę – odpowiedziała analityczka.
        Przezwisko przylgnęło do niej jeszcze podczas studiów w akademii West Point. Było tak trafione, że prawie nikt z kolegów nie pamiętał już jej prawdziwego nazwiska. Na pierwszy rzut oka Shadow nie wyróżniała się niczym. Więcej, była chodzącą kwintesencją przeciętności. Potrafiła wtopić się w każde tło i długo pozostawać niewidoczną. Jeśliby nawet ktoś ją zauważył, już po pięciu minutach nie umiałby opisać jej wyglądu. W tej pracy było to bardzo pożyteczną cechą. Na przekór swojemu niepozornemu wyglądowi, Norma była wybitną analityczką. Umiała czytać pomiędzy wierszami i błyskawicznie wyciągać właściwe wnioski. W swojej pięcioletniej karierze w NGIC jeszcze nigdy nie zdarzyło się jej pomylić. Miała jeszcze jedną, bezcenną zaletę. W sprawach zawodowych potrafiła milczeć jak grób. Dlatego szef zwykł powierzać jej ocenie sprawy najwyższej wagi państwowej. Tak było i dzisiaj.
        – Oglądałaś dzisiaj rano CNN? – zapytał bez wstępów generał, wskazując jej fotel naprzeciw swojego biurka.
        – Nie, a coś się stało?
        – Tydzień temu była strzelanina w strefie zdemilitaryzowanej koło posterunku ONZ, ale dopiero teraz puścili to w telewizji.
        – Czyli co, kolejne naruszenie zawieszenia broni?
        – Coś w tym rodzaju. Dezerter z Ludowej Armii Korei Północnej usiłował przedrzeć się samochodem terenowym na stronę południową. Udało mu się, ale tylko częściowo, bardzo ciężko go postrzelili.
        – Chyba nie nasi? – spytała analityczka.
        – Skąd, tamci! Nasi go tylko ratowali. Ostatecznie przeżył, chociaż zdrowo oberwał serią z AK-47. Stracił większość krwi. Cud, że się tam, na miejscu, nie przekręcił! Teraz dochodzi do siebie po serii operacji w szpitalu uniwersyteckim w Suwon.


²      Cień.


12




        – Ale jaki to ma związek ze mną, panie generale?
        – Po wybudzeniu ze śpiączki złożył zeznanie, czym się tam zajmował. Ten żołnierz twierdzi, że zanim zbiegł, służył w supertajnym, wojskowym ośrodku badawczym w Wonsan. Jest to zapisane, razem z tłumaczeniem, na tym pendrivie – wyjaśnił generał, wręczając jej metalowe zaplombowane pudełko.
        – Chciałbym, żebyś po swojemu oceniła wiarygodność jego zeznania. Bo jeśli to, co on mówi, jest prawdą, to mamy poważny problem. I jeszcze jedno.
        – Tak, szefie?
        – Happy Valentine, Shadow!
        Uśmiechnęła się blado.

* * *


        Po godzinie zadzwoniła, korzystając z bezpiecznej, wewnętrznej linii.
        – Obawiam się, że mamy rzeczywiście problem, szefie. Według mnie ten facet nie zmyśla. Język jego ciała mówi nawet więcej niż same słowa.
        – Na ile jesteś tego pewna?
        – Na dziewięćdziesiąt pięć procent, panie generale.
        – Dziękuję, Shadow. Chyba już wiem, co muszę w tej sytuacji zrobić…


Wyspy Marshalla, środkowy Pacyfik; 11°18ꞌ00ꞌꞌN, 162°11ꞌ60ꞌꞌE Stanowisko testowe projektu „Ivy Mike” Sobota, 1 listopada 1952, godzina 7.00 czasu lokalnego MHT


        Porucznik Michael David Graves nerwowym ruchem poprawił lotnicze gogle z filtrem o gęstości cztery koma pięć na spoconym czole i oblizał suche jak wiór wargi.


13




Trzydziestodwuletni czarnoskóry drugi pilot bombowca typu Convair B-36 „Peacemaker” z jedenastego skrzydła Ósmej Dywizji Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, na co dzień stacjonującej w bazie Carswell w Nowym Meksyku, odczuwał jakiś wewnętrzny niepokój. Na dobrą sprawę sam nie potrafiłby określić, czy był to niewypowiedziany lęk przed nieznanym, czy raczej ów szczególny rodzaj podniecenia, jaki odczuwamy czasem w oczekiwaniu niewiadomego. Tłokowe silniki bombowca strategicznego bulgotały już od kilku minut na jałowym biegu. Temperatura oleju osiągnęła przepisowe 165 stopni Fahrenheita. Ogromne śmigła umieszczone za krawędzią spływu skrzydeł obracały się luźno, nie generując jeszcze ciągu, ale ich drgania, przenoszące się na konstrukcję kadłuba, powodowały lekkie mrowienie na plecach obydwóch pilotów, trzech operatorów kamer, dwóch mechaników i nawigatora, przypiętych pasami do foteli w kabinie, ciaśniej niż zazwyczaj.
        Nad Wyspami Marshalla na dobre wstał już dzień. Niebo lekko tylko zachmurzone białymi cumulusami wyglądało malowniczo i spokojnie. Błękitny ocean falował łagodnie od południowo- -wschodniego wiatru i zupełnie nic nie zapowiadało niewyobrażalnej skali piekła, jakie miało się tu za kilka chwil rozpętać. Elugelab maleńka wysepka połączona ponad dwukilometrową sztuczną groblą z betonowym bunkrem, zawierającym skomplikowaną aparaturę pomiarową, wzniesionym na sąsiadującej wysepce archipelagu, zdążyła już całkiem opustoszeć. Jedynie niewielki, czarny jak asfalt, tymczasowy budynek z płaskim dachem, mieszczący ponad sześćdziesięciotonową instalację pierwszej superbomby w historii przypominał o wielomiesięcznej pracy ogromnego zespołu ludzi, która właśnie dzisiaj dobiegła końca.
        – Jesteśmy gotowi do startu, panie pułkowniku – zameldował Graves.
        – OK, poruczniku, ruszajmy, już czas – odpowiedział Anthony Perna, zajmujący fotel pierwszego pilota dowódca skrzydła, i jakby chcąc dodać nieco otuchy młodszemu koledze, podniósł prawą dłoń z uniesionym kciukiem, potwierdzając zgodę na start.


14




        Graves ustawił dźwignie składu mieszanki, kątów łopat śmigieł i klap do pozycji startowej, a potem popchnął manetki przepustnic. Sześć dwudziestoośmiocylindrowych jednostek Pratt & Whitney R-4360, każda o mocy ponad trzech tysięcy koni mechanicznych, odpowiedziało zgodnym akordem, w mgnieniu oka zamieniając potężne, pchające śmigła w świetliste kręgi. Wówczas Perna zwolnił hamulce i Peacemaker pomknął lekko po asfaltowym pasie lotniska zaimprowizowanego na wyspie Eniwetok. Zupełnie jak gdyby nie ważył swoich stu pięćdziesięciu ton. Praktycznie w ogóle nieobciążony, niosący tylko niewielką załogę, kamery i sprzęt pomiarowy, samolot bez najmniejszego wysiłku oderwał się od runwayu i zaczął szybko nabierać wysokości.
        – Poruczniku, proszę wejść na okrąg na wysokości trzydzieści sześć tysięcy stóp, utrzymywać prędkość dwieście trzydzieści węzłów i trzymać się co najmniej piętnaście mil od punktu zero, zrozumiał pan?
        – Tak jest, sir! – potwierdził beznamiętnie drugi pilot.
        Graves miał stuprocentowe zaufanie do dowódcy, chociaż specjalnie zapamiętał, że instrukcja bezpieczeństwa napisana dla samolotów obserwujących detonację, osobiście zatwierdzona przez samego profesora Tellera przewidywała minimalny dystans dwudziestu mil morskich od epicentrum. Na mostku kapitańskim USS Estes, okrętu dowodzenia klasy Mount McKinley, trwały już ostatnie przygotowania. Do odpalenia eksperymentalnego ładunku pozostała minuta. Sztab naukowców i oficerów marynarki wojennej zastygł w pełnym napięcia oczekiwaniu. Projekt „Ivy Mike” był dopiero pierwszą z całej serii zaplanowanych detonacji ładunków wodorowych, które miały potwierdzić w praktyce słuszność teorii Tellera-Ulama, jako metody wyjścia z impasu, w jakim projekt budowy broni termonuklearnej znalazł się jeszcze niecałe dwa lata wcześniej. Wtedy z obliczeń naukowców wynikło bezdyskusyjnie, że reakcja syntezy jąder helu w środowisku deuteru nie będzie zachodzić samoistnie. Dopiero w pierwszych miesiącach 1951 roku dwaj pochodzący z Europy Wschodniej uczeni, fizyk Edward Teller i matematyk Stanisław Ulam, wspólnie znaleźli rozwiązanie problemu, dokonując przełomowego odkrycia, że dla podtrzymania


15




reakcji syntezy termojądrowej konieczne jest środowisko olbrzymiego ciśnienia, które należy wytworzyć sztucznie, najlepiej poprzez użycie zwykłej bomby atomowej jako zapalnika. Paliwem jądrowym w próbie pod kryptonimem „Ivy Mike” był ciekły deuter, schłodzony do temperatury minus 250 stopni Celsjusza. Stąd wzięły się tak monstrualne rozmiary instalacji.
        Kiedy na pokładzie USS Estes rozpoczęto finalne odliczanie, Peacemaker znajdował się na wysokości 35,800 stóp w odległości szesnastu i pół mil morskich od punktu zero. Perna spojrzał na tarczę wojskowego chronometru Longines, zsynchronizowanego z głównym zegarem okrętu USS Estes i wydał rozkaz:
        – Uwaga, panowie, wszyscy zakładamy gogle z filtrem – zakomunikował przez interkom – a kto nie musi patrzeć, to niech odwróci wzrok albo najlepiej całkiem zasłoni oczy! – Potem pułkownik przeżegnał się dyskretnie. Piętnaście sekund, dziesięć, pięć, cztery, trzy… To, co nastąpiło później, przesądziło o losach świata na najbliższe sześćdziesiąt pięć lat.
       
       
        Skutki eksplozji pierwszej bomby wodorowej przerosły nawet najśmielsze oczekiwania jej twórców. Najpierw na wyspie, gdzie jeszcze przed ułamkiem sekundy widniał niepozorny, czarny budynek, pojawił się upiorny oślepiający rozbłysk białego światła. Każdy, kto choćby tylko spojrzał w jego stronę, nie mając przy tym odpowiedniej ochrony dla oczu, utraciłby wzrok już na zawsze. Następnie jego miejsce zajęła pomarańczowa kula ognia o pięciokilometrowej średnicy, która niczym drugie słońce oderwała się od ziemi i błyskawicznie poszybowała w niebo. Ocean w promieniu wielu kilometrów zamienił się w chmurę formującą w niewiarygodnym tempie gigantyczny grzyb. Piloci i nawigatorzy na pokładzie Peacemakera obserwowali ten niewiarygodny spektakl przez pierwsze kilkanaście sekund w kompletnym milczeniu, przytłoczeni jego nadspodziewanym ogromem.
        „Wielki Panie Boże… co myśmy stworzyli!?” – pomyślał dowódca, a potem jako pierwszy odezwał się przez interkom:


16




        – Poruczniku Graves, kurs 1-8-0! Natychmiast wykonać! – I dodał: – Chłopaki, trzymajcie się mocno, bo zaraz dotrze do nas fala uderzeniowa!
        Anthony Perna wiedział, że za kilkadziesiąt sekund nieuchronnie uderzy w nich front hydrodynamiczny, ściana sprężonego powietrza stanowiąca czoło sferycznej fali uderzeniowej, która pierwsze cztery mile od strefy zero pokonała z prędkością naddźwiękową i chociaż potem zaczęła stopniowo tracić impet, to jednak wciąż poruszała się z prędkością dźwięku. Do samolotu obserwacyjnego doleciała w niecałą minutę. Michael Graves na szczęście zdążył już wykonać polecenie dowódcy i skierować Peacemakera nosem w stronę puchnącego grzyba eksplozji. Przez przednie owiewki kabiny widać było wyraźnie, jak monstrualna chmura, konglomerat unicestwionej właśnie wysepki i wód oceanu, z ich całą żywą i martwą zawartością, wciąż się wypiętrza, osiągając niewiarygodną wysokość. Chmura sięgnęła już dobrych piętnastu kilometrów i nadal nieustannie rosła, kiedy potężna niewidzialna siła miotnęła najcięższym bombowcem świata jak piłeczką pingpongową, wyrzucając maszynę o dobre trzysta stóp w górę. Nagłe przeciążenie wbiło załogę w fotele, ale na szczęście wszyscy byli ciasno przypięci pasami, inaczej nie obyłoby się bez obrażeń. Wydawało się, że dosłownie wszystkie dźwigary i wręgi, stanowiące strukturę metalowego kadłuba samolotu, zatrzeszczały rozpaczliwie z wysiłku, ale solidna konstrukcja płatowca wytrzymała. Potem rzuciło ich jeszcze po kilka razy w górę i w dół, lecz turbulencja nie trwała dłużej niż kilkanaście, co prawda bardzo długich, sekund. Na moment wszystkie przyrządy nawigacyjne zupełnie zwariowały, ale już po chwili wszystko wróciło do normy. Wtedy pilot zmienił kurs i Peacemaker zaczął oddalać się od epicentrum wybuchu. Tymczasem potworny grzyb rósł nadal, sięgając już granic stratosfery. Po pięciu minutach osiągnął wysokość ponad czterdziestu kilometrów, a jego kapelusz przesłonił niebo na obszarze dwóch i pół tysiąca mil kwadratowych. Wybuch na zawsze zmienił geografię archipelagu. Z dawnej wysepki niewiele co pozostało, gdyż niczym pod wpływem erupcji jakiejś gigantycznej


17




kaldery wulkanicznej zamieniła się w ledwo widoczny ponad falami atol, w centrum którego ziała, zalana wodami oceanu, ciemna otchłań krateru. Na pokładzie okrętu dowodzenia USS Estes zapanowała euforia. Ludzie ściskali się za ręce i padali sobie w ramiona. Naukowcy prognozowali teoretyczną moc ładunku wodorowego na jakieś cztery megatony, ale jak ktoś szybko wyliczył, musiało być ich dobrze ponad dziesięć! Fala sejsmiczna wywołana przez detonację Ivy Mike dwukrotnie obiegła ziemski glob i zmieniła odczyty na wszystkich sejsmografach. Edward Teller, który przebywał w swoim domu na Zachodnim Wybrzeżu Stanów, uradowany spektakularnym sukcesem projektu, wysłał do swoich współpracowników w laboratorium Los Alamos telegram o zaszyfrowanej treści: „It is a boy!”. W szaleńczym korowodzie śmierci, składającym się na dzieje ludzkości, otworzył się nowy rozdział.


Berlin-Biesdorf, Walsheimer Strasse nr 2; 52°30ꞌ29ꞌꞌN, 13°33ꞌ49ꞌꞌE Salon samochodowy Autohaus Körner, GmbH Piątek, 7 kwietnia 2017, godzina 11.27 czasu CET


        Johannes Schinne, trzydziestosiedmioletni, tęgawy i lekko łysiejący blondyn, kierownik działu obsługi klientów flotowych, miał dzisiaj wyraźnie dobry dzień. Krótko przed godziną dziewiątą udało mu się ostatecznie dopiąć negocjowane od dobrych trzech tygodni warunki dostawy sześciu nowych hyundaiów typu SUV dla Ambasady Korei Południowej. Ostatecznie zamówiono dwa przedłużane, siedmioosobowe auta Grand Santa Fe, obydwa w kolorze timeless black i cztery krótsze, pięcioosobowe Santa Fe, w tym trzy również przepisowo czarne i jeden w błękitno-srebrnym kolorze hyper metalic. Wszystkie auta miały być dostarczone w najwyższej specyfikacji wyposażenia platinum. Ponieważ w związku z ostatnio bardzo napiętymi relacjami z Północą, zwłaszcza po tym, jak w niejasnych okolicznościach zamordowano przyrodniego brata Wielkiego Przywódcy,


18




o które to zabójstwo oba państwa podzielonej Korei wzajemnie się obwiniały, ambasadora Jae-Shin Kim wezwano tydzień temu do Seulu na konsultacje, sprawą zakupu nowej floty dla ambasady zajmował się teraz chargé d’affaires, któremu wyjątkowo zależało, aby chociaż jeden z zamówionych samochodów można było odebrać od ręki. Dlatego ambasada już w dniu wczorajszym przed godziną jedenastą zdążyła przelać na konto salonu zaliczkę w kwocie stu dwudziestu tysięcy euro. Zgodnie z umową pięć czarnych fabrycznie nowych aut miało zostać dostarczonych odbiorcy w ciągu sześciu tygodni od daty zamówienia. Aktualnie wszystkie znajdowały się na pokładzie samochodowca linii Hoegh Autoliners, gdzieś na Oceanie Indyjskim. Jedyne dostępne od zaraz błękitno- -srebrne auto, które jeszcze do niedawna służyło firmie jako model pokazowy, zostało specjalnie przygotowane i sprzedane ambasadzie z solidnym rabatem. Dzisiaj miało zostać odebrane przez któregoś z jej pracowników. Stało teraz za wielką szybą, na specjalnym stanowisku przeznaczonym do wydawania pojazdów, przykryte miękkim, czerwonym pokrowcem. Schinne przejrzał jeszcze raz arkusz zamówienia i plik faktur proforma, stwierdzając z zadowoleniem, że wreszcie wszystko się zgadza. Złożył starannie wszystkie kartki i już chciał użyć zszywacza, kiedy jego uwagę przykuła szczupła sylwetka młodej kobiety, wysiadającej od strony pasażera z czarnego auta marki Kia Stinger. Auto natychmiast odjechało, ale Schinne zdążył jeszcze uchwycić wzrokiem dyplomatyczną rejestrację, złożoną z samych cyfr rozpoczynających się od zera. Sprzedawca nie był tylko pewien, z przedstawicielstwa jakiego kraju pochodziła. Kiedy przed młodą kobietą rozsunęły się szklane drzwi salonu, Johannes machinalnie wstał od swojego biurka. Nie trzeba było być ekspertem od damskiej garderoby, żeby dostrzec, że klientka ma na sobie nienagannie dopasowany, markowy czarny kostium ze starannie dobranymi dodatkami. Gdyby Schinne trochę bardziej interesował się damską modą, wiedziałby, że pochodzi on z wyróżnionej przez prestiżowy magazyn „Haute Couture” ubiegłorocznej, jesiennej kolekcji Diora, którą po raz pierwszy zaprezentowano w futurystycznym Phoenix Center w Pekinie.


19




Dziewczyna była opaloną, ciemnowłosą Azjatką o powalającej urodzie modelki, a w jej miękkich ruchach było coś kociego.
        – Dzień dobry – odezwała się po niemiecku do Johannesa – czy mówi pan po angielsku?
        – Tak, naturalnie – odpowiedział sprzedawca, jak gdyby w Berlinie było to czymś zupełnie oczywistym. – Czym mogę pani służyć?
        Dziewczyna w odpowiedzi podała mu elegancką wizytówkę, którą zdążyła wyjąć z którejś z przegródek przepastnej, białej torebki, przypominającej sakwojaż dziewiętnastowiecznego lekarza domowego.
        – Nazywam się Im Ji-Min i jestem pracownikiem Ambasady Korei Południowej w Berlinie. – Klientka odezwała się nienagannym, brytyjskim angielskim. – Mam dzisiaj odebrać od państwa nasz nowy samochód. To zdaje się będzie ten? – Wskazała wzrokiem na czerwony kształt widoczny za szkłem.
        – Tak, proszę pani, to ten samochód. Jest zarejestrowany i poza tym, że ma niewiele paliwa, całkowicie gotowy do jazdy!
        – Świetnie – powiedziała Ji-Min – a czy pamiętaliście może państwo o naszej specjalnej prośbie? To auto będzie wozić dla nas pocztę dyplomatyczną.
        – Ależ oczywiście, proszę pani. – Schinne starał się nie gapić zbyt natarczywie na klientkę, ale trudno mu było oderwać od niej wzrok. – Proszę, niech sama pani zobaczy!
        Podeszli do samochodu. Johannes ściągnął pokrowiec, spod którego ukazała się wypolerowana karoseria w jasnym odcieniu srebrnego błękitu. Potem szybkim ruchem przesunął stopę pod tylnym zderzakiem, co spowodowało, że potężna klapa bagażnika otworzyła się prawie bezgłośnie.
        – Zechce pani spojrzeć – powiedział dumny z siebie sprzedawca. – Pierwsza klasa, solidna niemiecka robota!
        Ich oczom ukazał się profesjonalnie wmontowany w podłogę bagażnika sejf HTS 133-01, pochodzący z renomowanej firmy Hartmann Tresore AG z Paderborn.


20




        – Proszę tylko pamiętać, że nawet pusty sejf to dodatkowe 52 kilogramy masy za tylną osią. Musieliśmy zlikwidować koło zapasowe. Za to w schowku po lewej stronie ma pani zestaw naprawczy z pianką i kompresorem, w razie czego. Ale dzisiaj awarie opon już się prawie nie zdarzają, na szczęście… Zresztą nie wyobrażam sobie akurat pani zmieniającej koło na drodze w tym SUV-ie!
        „Oj, żebyś się tylko, kolego, nie zdziwił” – pomyślała w duchu Ji-Min, ale ugryzła się w język i nie skomentowała tego ani słowem. Sprzedawca nie miał przecież prawa wiedzieć, że przeszła specjalne szkolenie na „farmie”, zarezerwowane dla elitarnej południowokoreańskiej formacji znanej jako Batalion 707, obejmujące nie tylko skoki spadochronowe i operacje podwodne, ale również obsługę wszelkich pojazdów mechanicznych, włączając w to lekkie transportery opancerzone i śmigłowce.
        – W razie czego tutaj ma pani numer telefonu do naszej całodobowej pomocy drogowej na terenie całych Niemiec… – Schinne wskazał na niewielką naklejkę na bocznej tylnej szybie auta. – Ten sejf to mercedes w swojej klasie, proszę pani, posiada certyfikat antywłamaniowy klasy B według normy VDMA, podwójne ściany ze stali grubości dwunastu milimetrów, no i zawsze wymaga użycia dwóch kluczy…
        Johannes mówił więcej, niż zwykł w takich razach, starając się pokryć paplaniną piorunujące wrażenie, jakie wywierała na nim uroda klientki i odbierający wszelki rozsądek zapach jej perfum.
        – Jeśli pani pozwoli, opowiem teraz trochę więcej o tym samochodzie.
        Ji-Min spojrzała dyskretnie na zegarek Cartier na przegubie ręki i po raz pierwszy tego dnia uśmiechnęła się lekko do sprzedawcy.
        – Bardzo pan uprzejmy, ale dziękuję, dobrze znam ten model. A poza tym czas mi się już skończył. Proszę mi tylko łaskawie powiedzieć, co mam panu podpisać?



21




Grunau bei Hirschberg; 50°55ꞌ57ꞌꞌN, 15°44ꞌ36ꞌꞌE Lotnisko polowe dawnej szkoły szybowcowej Wolfa Hirtha Czwartek, 12 kwietnia 1945, godzina 23.56 czasu CET


        Kolumnę składającą się z sześciu pojazdów otwierał niewielki, szary łazik VW Kübelwagen typ 82, wiozący dwóch uzbrojonych po zęby mężczyzn w polowych mundurach Waffen SS. Tuż za nim podążały cztery trzytonowe ciężarówki opel blitz w barwach ochronnych Wehrmachtu, a całość zamykał czterodrzwiowy, czarny mercedes V-170. Wszystkie auta miały zaciemnione reflektory. Pozostawiono na nich jedynie wąskie szpary niezamalowanego szkła, gdyż na nocnym niebie mógł w każdej chwili pojawić się wrogi samolot i wykryć konwój, a wtedy cała operacja nie miałaby najmniejszych szans powodzenia. Dowódcą niewielkiego oddziału, któremu powierzono wykonanie zadania, był major Heinrich Reichmann, doświadczony żołnierz i jeden z najbardziej zaufanych ludzi samego generała Wilhelma von Haase, naczelnego wodza XVII Armii, znanej również jako Armeegruppe Ruoff. Reichmann zajmował miejsce z przodu, obok kierowcy mercedesa. Na tylnym siedzeniu podróżowało incognito jeszcze dwoje ludzi. Milczący, szczupły, dobiegający pięćdziesiątki mężczyzna ubrany był po cywilnemu w czarny skórzany płaszcz i kapelusz. Kobieta, blondynka w zbliżonym do niego wieku, ze śladami wielkiej urody na twarzy, miała na sobie krótkie futro ze srebrnych lisów, a na głowie niewielki toczek z czarną woalką. Poza nią oraz Reichmannem nikt z uczestników konwoju nie wiedział, że ów mężczyzna to sam doktor Hans Kammler, generał SS i niezwykle wpływowa szara eminencja III Rzeszy, człowiek odpowiedzialny za wszystkie najtajniejsze projekty badawcze niemieckiej machiny wojennej. Jedynie Kammler znał natomiast prawdziwą tożsamość swojej towarzyszki podróży, którą była Marii Orsitch, przywódczyni tajnej organizacji Vril, mistyczka i najbardziej zaufane medium samego Adolfa Hitlera. W czarnym niepozornym neseserze, którego generał nie wypuszczał ani na moment z ręki, w szarej kopercie zalakowanej państwową pieczęcią III Rzeszy,


22




z orłem i Hakenkreuzem, spoczywała dokładna specyfikacja ściśle tajnego ładunku, transportowanego na skrzyniach ładunkowych ciężarówek. Samochody posuwały się bardzo wolno, jadąc zderzak w zderzak, w prawie zupełnych ciemnościach, z wysiłkiem pokonując górską drogę prowadzącą w kierunku polowego lotniska dawnej szkoły szybownictwa, którą w latach trzydziestych na cały świat rozsławiły sportowe sukcesy skonstruowanego tutaj szybowca Grunau Baby. Teraz jednak nikt już o tym ani nie myślał, ani nawet nie pamiętał. Odliczano już dni do końca straszliwej wojny światowej, a Dolny Śląsk był już jednym z ostatnich skrawków III Rzeszy na wschodzie niezajętych jeszcze przez zwycięską i bezwzględną dla wroga Armię Czerwoną.
        Dowództwo XVII Armii wyznaczyło termin operacji na tę noc ze względu raz na dobrą prognozę pogody, dwa na korzystną fazę Księżyca. Właśnie przypadał nów, co pozwalało żywić nadzieję, że kolumna pojazdów pozostanie do końca niewykryta. Zadanie powierzone Reichmannowi było w zasadzie proste: miał dopilnować, aby ładunek znajdujący się w sześciu pomalowanych na czarno, drewnianych skrzyniach o różnych rozmiarach, oznaczonych jedynie wypalonymi w drewnie gotycką czcionką numerami od 01 do 06, wiezionych przez pierwsze trzy z czterech samochodów ciężarowych konwoju, trafił bezpiecznie na pokład samolotu transportowego, który miał tutaj wylądować zaraz po północy. Czwarty opel przewoził grupę dwunastu polskich więźniów, pilnowanych przez kolejnych sześciu uzbrojonych w pistolety maszynowe MP-40 Parabellum esesmanów, pod dowództwem Scharführera³ Olafa Melke. Więźniowie pod czujnym okiem strażników mieli dokonać błyskawicznego przeładunku. Poza dwojgiem tajemniczych pasażerów mercedesa nikt z uczestników konwoju nie miał pojęcia ani nawet nie próbował się domyślać, co mogły zawierać czarne skrzynie. Reichmann wiedział oczywiście, że w Breslau, Pradze oraz w najtajniejszych podziemiach kompleksu Riese w niedalekich Górach


³      Odpowiednik kaprala w SS.


23




Sowich już od wielu miesięcy trwały prace nad stworzeniem Wunderwaffe, cudownej broni, która miała całkowicie odwrócić losy wojny, pomimo że według wszelkich znaków na niebie i ziemi już definitywnie przegranej. Ale nawet on, nie będąc wtajemniczonym co do zawartości ładunku, został jedynie pouczony, że jego misja może przesądzić o przyszłych losach ojczyzny i że żywo interesuje się nią sam Führer.
        Kiedy kolumna dotarła na trawiaste wzgórze, na którym w latach dwudziestych dwudziestego wieku urządzono lotnisko sportowe dla szybowców, samochody zatrzymały się jednocześnie, z wyjątkiem Kubelwagena, którego dwuosobowa załoga miała wyznaczone jeszcze jedno dodatkowe zadanie. Polegało ono na rozstawieniu co pięćdziesiąt metrów na terenie lotniska osiemnastu karbidowych lamp sygnalizacyjnych mających oznaczyć drogę lądowania. Zapas karbidu w lampach obliczono tak, aby trawiasty pas pozostawał oświetlony tylko przez trzydzieści minut, w czasie których samolot transportowy miał wylądować, przejąć ładunek i ponownie wystartować w niewiadomym kierunku. Razem z cennym frachtem na pokładzie mieli znaleźć się również Kammler i jego towarzyszka podróży. Gdyby jednak samolot nie dotarł tej nocy do Grunau⁴ , zgodnie z rozkazem miano zebrać latarnie, a kolumna w tym samym szyku winna była pokonać powrotną trasę niespełna sześćdziesięciu kilometrów do Zamku Fürstenstein⁵ , koło Waldenburga⁶ . Major Reichmann miałby tam oczekiwać na dalsze rozkazy. Nie okazało się to jednak konieczne.
        Jarzące się trupio sinym światłem karbidowe lampy wyznaczały teren lądowiska od siedmiu minut, kiedy Kammler po raz pierwszy sięgnął do kieszeni kamizelki po płaski złoty zegarek marki Glashutte i oświetlił jego tarczę zapałką, aby sprawdzić godzinę. Generał miał dobre wyczucie czasu, gdyż w niecałe dwie minuty później


⁴      Jeżów Sudecki.
⁵      Obecnie Książ.
⁶      Obecnie Wałbrzych.


24




dał się słyszeć basowy pomruk silników jakiejś bardzo ciężkiej maszyny latającej. Do lądowania na terenie dawnej Segelflugschule Grunau podchodził ogromny samolot transportowy typu Messerschmitt 323-D Gigant.
        Pomimo panujących ciemności, ledwo co rozpraszanych podwójnym szpalerem karbidowych lamp, markujących granice zaimprowizowanego pasa startowego, Reichmann spostrzegł, jak niewiarygodnie monstrualne były rozmiary maszyny, która przed momentem wylądowała na trawiastym polu. Major niczego podobnego nigdy wcześniej nie oglądał.
        Samolot rozmiarami mógł nieomal konkurować ze sterowcami Zeppelina, które Reichmann widywał czasami przed wojną, na lotnisku Tempelhoff w Berlinie. Z rozpiętością skrzydeł ponad pięćdziesięciu pięciu metrów Messerschmitt Me 323-D był największym samolotem transportowym używanym przez Luftwaffe i w ogóle największą maszyną latającą II wojny światowej. Bazę do jego budowy stanowił szybowiec desantowy Messerschmitt Me 321 Gigant, który jednak z uwagi na brak własnego napędu okazał się zupełnie nieprzydatny do celów transportowych. Dlatego od 1941 roku zakłady Messerschmitt AG w Leipheim oraz w Obertraubling zaczęły montować w Gigantach początkowo po cztery, a kiedy i to okazało się niewystarczające po sześć czternastocylindrowych, francuskich silników Gnôme-Rhône w układzie podwójnej gwiazdy, każdy o mocy prawie tysiąca dwustu koni mechanicznych. I właśnie taka sześciomotorowa maszyna wylądowała tej nocy w Grunau. Samolot obsługiwała pięcioosobowa załoga. Za sterami zasiadało dwóch doświadczonych pilotów Luftwaffe, major Dietrich Volke i jego dowódca, pułkownik Hermann Von Graf.
        Teraz pod lufami pistoletów maszynowych esesmanów dwunastu polskich więźniów z widocznym wysiłkiem wnosiło na pokład ciężkie, drewniane skrzynie o niewiadomej zawartości. Tymczasem ogromny transportowiec już gotował się do ponownego startu. Kammler uścisnął na pożegnanie dłoń Reichmanna, który regulaminowo zasalutował:


25




        – Heil Hitler!
        – Hajtla… – odpowiedział Kammler, trochę jakby bez przekonania. – Mam nadzieję, że dobrze pamięta pan rozkazy, majorze? –zapytał cicho i tak beznamiętnym tonem, jak gdyby chodziło o zakup dzisiejszego numeru „Berliner Zeitung”.
        – Naturalnie, Herr General. – Ochoczo zameldował Reichmann.
        – To dobrze, bardzo dobrze – odparł Kammler i zwrócił się do swojej towarzyszki: – Pozwoli pani, madame? Na nas już czas!
        Kobieta w futrze bez słowa podała mu ramię i oboje sprężystym krokiem weszli po opuszczonym trapie na pokład samolotu. Poza czarnym skórzanym neseserem Kammler nie miał ze sobą żadnego bagażu. Marii Orsitch niosła jedynie niewielki, elegancki sakwojaż, zupełnie jak gdyby obydwoje udawali się na niedzielny wypad nad Wannsee, a nie w podróż bez powrotu.
        Generał zatrzymał się na sekundę i jeszcze raz popatrzył uważnie na stojącego poniżej Reichmanna, jak gdyby coś jeszcze chciał dopowiedzieć, ale tylko machnął ręką na pożegnanie. Potem odwrócił się i wraz ze swoją towarzyszką zniknęli w czeluściach kabiny. Załoga podniosła trap. Silniki zagadały chrapliwie i wielka maszyna pomknęła w dół trawiastego wzgórza, aby w końcu z widocznym wysiłkiem unieść się w powietrze i skierować na północny zachód.
        Nawet w słabym świetle karbidowych markerów Reichmann zauważył ze zdziwieniem, że olbrzymi samolot nie posiadał żadnych znaków rozpoznawczych. Kubelwagen znów zjechał w dół wzgórza, a jego załoga starannie pozbierała dogasające latarnie. Potem samochody ruszyły konwojem w stronę zamku na wysokiej skale. Kilka kilometrów dalej kolumna nagle zjechała z drogi i zatrzymała się na skraju lasu.
        Więźniów wygoniono z samochodu i nakazano im ustawić się w szeregu nad przydrożnym rowem. Czując już, co się święci, najmłodszy z nich, niespełna dwudziestoletni, jasnowłosy chłopak próbował wykorzystać okazję i rzucił się do ucieczki, licząc, że uda mu się zniknąć w ciemnościach lasu. Esesmani byli jednak czujni.
        – Halt! – wrzasnął Melke.


26




        Jednocześnie za nieszczęsnym uciekinierem poleciała długa seria dziewięciomilimetrowych pocisków z parabellum, które rozerwały mu klatkę piersiową. Chłopak, zdążywszy przebiec zaledwie kilka kroków pomiędzy drzewami, padł twarzą na ziemię porośniętą wilgotnym mchem. Krew buchnęła mu z ust, ale był wciąż jeszcze przytomny, kiedy Oberscharführer podszedł bliżej i z odległości trzech metrów dobił go pojedynczym strzałem z pistoletu w tył głowy. Następnie Melke wydał rozkaz pozostałym pięciu strażnikom:
        – Feuer!⁷


Waszyngton, District Columbia; 38°53ꞌ52ꞌꞌN, 77°02ꞌ12ꞌꞌW Pensylwania Avenue 1600 NW, Gabinet Owalny Środa, 19 listopada 1952, godzina 19.47 czasu EST



⁷      Ognia!




do góry

Wykonane przez Onisoft.pl

2017 Wszelkie prawa zastrzeżone oceanksiazek.pl

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl