Kategorie blog
Kościoły pod pustym niebem
Kościoły pod pustym niebem






















Świadomość to straszna choroba.

Fiodor Dostojewski

  

Czy znasz niewybaczalne?

Charles Baudelaire





 

SPIS TREŚCI

 

Nadzieja.................................................................................. 9

Wiara..................................................................................... 49

Miłość.................................................................................... 89

Nowy dzień......................................................................... 149

 





 

NADZIEJA

 

Długo już czekam. Dziś także długo. I wczoraj, przedwczoraj. Wcześniej także. Lecz cóż to, zaraz się położę. Chciałbym zasnąć jak najszybciej, tak by skrócić oczekiwanie. Czy sen to to samo co śmierć? Tak się pytam, sam siebie. Może gdybym miał życie… ale jakie, tego nie wiem. Może czekałbym na śmierć, tak jak teraz czekam na sen? I co ma największą wartość, a jeśli nie wartość to, co jest tym, co bezcenne? Teraz czekam na noc i nie mogę się jej doczekać. Zapadnie zmrok, a ja zasnę. Co rusz spoglądam na zegarek. A czasu jeszcze, że ho, ho…

Próbowałem zasnąć. Leżałem dłuższą chwilę. A to raczej odpędziło sen. No to wstałem. I siedzę w fotelu. A jutro będę miał urodziny… a co gdybym tak nie poszedł spać. Co byłoby wtedy? To nieważne. Jednak to by pewnie wiele zmieniło.




Kościoły pod pustym niebem                                                                                                  10


 

A co ma być jutro? Jeśli ktoś spyta. No tak, urodziny. Od dawna czekam na ten dzień. Aż stał się niemal symbolem. Wyznaczyłem go sobie. To ma być dzień, od którego rozpocznę nowe życie. Choć to nie tak. Nie nowe, lecz powrót do tego, które miałem. Lecz czy powroty istnieją? Dowiem się pewnie jutro.

To już jutro. Ta chwila po przebudzeniu. Ona ma o wszystkim zaświadczyć. A jeśli się nie uda? To czy dam sobie jeszcze rok? Być może.

Jednak nie opuszcza mnie nadzieja, że jutro obudzę się… A nowy dzień przyniesie mi to, kim byłem. I nie chodzi o to, co było, tylko o to, kim ja byłem. Wstanę o poranku. Wyjdę  z domu. Pójdę drogą. Prosto. Nie spotkam tego, co spotkałem wtedy. Obok tamtego miejsca przejdę obojętnie. Może rzucę nań okiem. A ten dzień będzie jednym z wielu. Takim, który ginie w powodzi innych. Jest nierozpoznany. A wieczorem, gdy wrócę, zjem kolację. Wezmę prysznic. Położę się w łóżku. Zasnę. A jeśli zasnę, to czy ze strachem o to, co przyniesie poranek? Bo on może… A może kolejny dzień i następny, i jeszcze jeden, będą niezauważone?

Nawet nie spostrzegł, gdy zasnął.

Zbudził się rano, spojrzał, za oknem wstał już dzień…

 

„Kiedy patrzę hen za siebie, w tamte lata co minęły. Kiedy myślę, co przegrałam, a co diabli wzięli”1. Tak jak mówi poeta.


1 Ryszard Ulicki, Kolorowe jarmarki, wykonanie Maryla Rodowicz.





Nadzieja                                                                                                                               11


 

Jakiś czas temu skradziono dwa obrazy van Gogha. To była chyba Plaża w Scheveningen. Tak to był ten obraz. Był jeszcze drugi – Wyjście kongregacji z kościoła w Nuenen. Wielka to strata, nie tylko dla świata sztuki. Oby nic im się nie stało. Niech je ktoś ma, jeśli już musi mieć. Byleby tylko ocalały, a kto wie, może kiedyś powrócą do muzeum. Ale     z drugiej strony, po co nam van Gogh, skoro mamy inne arcydzieła, na przykład Harry’ego Pottera i komnatę tajemnic. Gdybym był dzieckiem, to właśnie z Harry’ego bym się cieszył i jemu bił brawo. A gdyby minęło parę lat, zacząłbym  się smucić skradzionymi obrazami, a opowieści o czarodzieju nazwałbym szmirą. I kto ma rację, my dorośli czy rzesza małoletnich fanów Pottera? Co jest cenniejsze? I co stanowi kryterium? A gdyby wszyscy byli dziećmi…

Było też i lepiej, były świetne filmy. Był Pianista Romana Polańskiego. Godziny i kolejne arcydzieło dla młodzieży Władca Pierścieni. Dwie Wieże. Byłem na wszystkich projekcjach. Najwyżej z tej grupy cenię Godziny, w którym zagrało kilka pań. W tym roku zmarła Astrid Lindgren. Bajkowa śmierć… co jeśli ktoś nazwie ją śmieszną? Nie Astrid, lecz jej śmierć. Gdy dowiedziałem się o tej śmierci, pomyślałem, że to jakby odeszła Smerfetka. W tym roku opuścili nas Marek Kotański, Dee Dee Ramone, a pod koniec roku zmarł Joe Strummer.

Wracając do filmu, często jestem gościem krakowskich kin. Był też obraz Koterskiego Dzień świra i nowy Almodóvar




Kościoły pod pustym niebem                                                                                                   12


 

Porozmawiaj z nią. Chciałbym podzielić się opinią na temat tych filmów, lecz przez to można by nazwać mnie mało inteligentnym. Wręcz tępym. I ślepym wobec sztuki przez wielkie

„S” lub „SZ”. Tylko dlatego, że nie cenię tych produkcji. Były też i inne wydarzenia. W Holandii i Belgii zalegalizowano eutanazją. A ja jako niedoszły samobójca i człowiek myślący (homo sapiens?) ucieszyłem się z tego. Choć to „ucieszyłem”, brzmi w tym miejscu złowieszczo… w takim razie napiszę – to właściwa decyzja.

Zaraz tam będę… i zostawię za sobą siebie. To dziwne miejsce. Żyję. Jest dzień, którego nie miało być. Jakież to dziwne… To, że żyję i to, że tego dnia miało nie być. Czy ktoś to pojmie? Bo po co innego tu przyjechałem. Co czuję? Sam nie wiem. Może to, co czuje skazaniec, któremu darowano życie… tuż przed egzekucją. Ułaskawienie przyszło… może nie w ostatniej chwili. Nie krzyczałem Elli Lama Sabachtani… ani teraz, ani wtedy. Byłem ofiarą i katem. Nad moją szyją zawisł topór, lecz nie opadł. Byłem dla siebie ławą przysięgłych i sądem. Oskarżycielem i obrońcą.

Mimo że nie dałem rady uniewinnić się, to jednak żyję. Tak jak inni… choć jestem winny – tak samo jak inni. Choć nie popełniłem żadnej zbrodni. Szukam niewinności.

Z taką lekką nieśmiałością zajrzałem tutaj. Czuję, że się duszę. Mury tego miejsca przesiąknięte winą i absurdem. Może jedno idzie w parze z drugim. Postanowiłem, że tu przyjdę,




Nadzieja                                                                                                                               13


 


jeśli przeżyję. Chciałem żyć. Choć nie mogłem. Ale nie teraz… myślę, że gdy podejdę do niego, to wybuchnę śmiechem. Całe lata się nie widzieliśmy. On taki pewny siebie… pozostali już tacy nie są. Raczej zagubieni. Niepewni. Do czasu. Zaraz odzyskają niewinność i odejdą. Co za głupota… Przyprawia o śmiech. Jakiś żart, z którego tylko ja się śmieję. Błazen. Choć nie jest mi do śmiechu. Współczuję sobie i im… Nie, im zazdroszczę. Choć… jakim prawem są niewinni? Skoro ja jestem winny, to dlaczego nie oni? Czy widział ktoś człowieka bez winy? Może po to są religie, by zdjąć z nas ten ciężar? Po to jest Bóg… lecz czy jest? Są niewinni. Oni są tutaj. Jeden, drugi, trzeci. I tam, i tu. W takim razie co ze mną? „Jest zresztą słowo gwarantujące naszą niewinność – nieszczęście”2. I to się rozumie. I jeszcze to: „jedyny pożytek z Boga byłby wtedy, gdyby On był rękojmią niewinności”3. Czy można to połączyć? A tu… odbywa się wesołe miasteczko. Jakiś chłop siedzi w drewnianej skrzyni niczym jakiś bożek. Kobiety i mężczyźni. Młodzi i starzy. Jeden za drugim podchodzą i szeptają mu do ucha swoje winy. To jednak nie jest wina, to jest grzech. Dni, tygodnie, miesiące, a nawet i lata byli źli… a teraz wystarczy, że przyjdą tu. Będą żałować, obiecywać poprawę. Zadośćuczynić – to nawet szlachetne. Tak szlachetne jak tamten


2 Albert Camus, Upadek, tł. Joanna Guze, Warszawa 1996.

3 Tamże.




Kościoły pod pustym niebem                                                                                                   14



rycerz, który wyzywał na pojedynek wiatraki. Może szalone? Głupie? Niezrozumiałe? To jednak nieważne, są niewinni. Ja, nie. Czym jest moja wina? Sam nie wiem, choć jest. Pozwala żyć nadal w raju, nie wypędza z niego. Jednak przy chrzcie nie zmyła się. To tylko woda, ta w chrzcielnicy. Zwykłe H2O. Ile jest świętości w H2O? Ja, no cóż, potrzebuję chrztu, kościoła, Boga, spowiedzi. Eucharystii. W Boga jednak nie wierzę. Ironia. Wierzyć to upaść pod krzyżem, dopuścić, by cierń ranił nasze skronie. By stoczył się z góry kamień, a my podążyli za nim. Wierzyć to znaczy wierzyć. Niekoniecznie jest tu Bóg. Wiara a rzeczywistość… przepaść. Być wierzącym wobec rzeczywistości to tak, jakby poprzestawiać wskazówki w zegarze i radować się, że nastała nowa godzina. Z pierwszej na trzecią albo na piątą. Inny znów przestawi na szóstą. A godzina prawdziwa choć zapomniana to jednak prawdziwa. Pokazuje nam język i szydzi z nas. Która godzina? Chrześcijanie, muzułmanie, prawosławni, buddyści… Kto z was wie?

Ale nie o tym, siedzę i patrzę, jak tamten facet odpuszcza grzechy… no, nie on, lecz Bóg. Ten chłop jest tylko pośrednikiem między niebem a ziemią.

Jestem zdziwiony… zaraz stąd wyjdę, nim zacznę się śmiać. Wiem, że nie będę się śmiał… Łatwiej jest wierzyć   w to, w co wierzy choćby jedna jedyna osoba oprócz nas. Bo łatwiej dla porównania żyć samotnie, z dala od świata, bez ludzi niż być samotnym w wierze – powiedział mężczyzna




Nadzieja                                                                                                                               15



na oko trzydziestoletni, pożegnał się z kimś, kto wyglądał    na bezdomnego, po  czym  wsiadł  do  pociągu.  Przedziały  w większości były puste. Zajął miejsce w jednym z nich. Jeszcze tylko spojrzał przez okno. Odjeżdżał bez uczucia, które mogłoby potem zrodzić tęsknotę. Opuszczał właśnie Zakopane, w którym spędził ostatnie tygodnie. Jedyną osobą, która go żegnała, był ten bezdomny, któremu uścisnął przed odjazdem rękę. Być może to było kolejne miejsce, które opuszczał, a wszystko w tym krótkim czasie. A te ostatnie miesiące, które można by liczyć w latach, były gęste i masywne – przepełnione emocjami,  uczuciami,  pełne  myśli.  A gdy stawały się duszne, opuszczał miasto czy wieś. Małe bądź duże. I udawał się… właśnie, dokąd? Czasem do swego domu albo tak jak teraz, nie wiedząc, co z sobą począć, jechał… chyba tylko tyle, jechał. Często w myślach odtwarzał minione dni. A razem z nimi rozmowy, jakieś spostrzeżenie. Może widok, który utkwił gdzieś w pamięci. Może czyjąś twarz, spojrzenie, które czasem podnosi na duchu i dodaje  sił. Teraz jechał do Krakowa. Mimo że jazda na trasie Zakopane–Kraków trwa drugie tyle niż podróż autobusem, wybrał pociąg. Kto wie, czy może nie dla tej długości. Tak by… sam nie wiedział co. Nieraz zadumał się nad tą niewiedzą. I nieustannie myśli wracały do tamtych dni. Tamten czas. Może kilka dni albo aż kilka dni. A wszystko urywane. To kończone, to rozpoczęte. Jakby zawieszone w próżni.




Kościoły pod pustym niebem                                                                                                   16


 

Podróż do Krakowa trwająca ponad cztery godziny jakoś minęła. Wysiadł na dworcu i zaczął rozglądać się za jakąś budką telefoniczną. Nawet w erze telefonów komórkowych byli tacy, którzy ich nie mieli. Dostrzegł budkę telefoniczną, sięgnął po portfel i wyciągnął z niego kartę telefoniczną.

Dało się zauważyć w nim pewne wahanie. Zatrzymał się obok aparatu. I odszedł nie wiedzieć czemu. Nie, nie tym razem. Próbowałem nieraz. I zawsze to samo. Są takie dni, a nawet godziny czy minuty, które zamiast przeminąć, dochodzą do pewnego momentu i na powrót wracają. Stanął przed dworcem, tak by móc zapalić. Minęło dopiero południe. Słońce było matowe jak każdej jesieni. Gdybym mógł wybrać kwiaty takie, których jeszcze nie było. Wybrałbym róże z kolcami zwróconymi do wewnątrz, zastanawiał się. Sam nie wiedział, czemu o tym pomyślał. Może znów odezwał się jeden z tych momentów, które nieustannie powracają.

Po paru chwilach siedział już w autobusie. Tym razem jechał do domu. Dawno już tam nie był. Od dłuższego czasu był w drodze. A teraz zapragnął znaleźć się w bezpiecznym mieszkaniu. A słowo – bezpiecznym – było na miejscu. Są marzenia realizowane w trudzie, w pocie czoła. Bo marzenie nie musi być senne. Czasem jest śnione, choć nie zawsze wyśnione. Może nawet zbudzić z krzykiem na ustach. Ale to nieważne. Nie ma tak, że wszystko, co się dla nas liczy, choćby było nie wiadomo jak istotne, takie jest w każdej chwili.




Nadzieja                                                                                                                               17


 

Bo jakby taka chwila wyglądała, gdyby w jednym momencie pojawiło się w naszym sercu wszystko. Może tak będzie wyglądał sąd ostateczny. Jeśli tak, to czym będzie piekło? Dla zabawy dodał:

     - Rety!

Gdy był już w domu, gdy siedział w fotelu, jego umysł atakowały wspomnienia. Są chwile, gdy pamięć rządzi moim życiem i nie odpuszcza, przywołując niemal wszystko, co przeżyłem. Nawet obrazy z dzieciństwa. Moje życie wygląda sensownie tylko, gdy ja je oglądam. Dla kogoś innego, przyjaciela czy innego dalszego znajomego, byłoby niezrozumiałe. Może pytany, co o tym myśli, odpowiedziałby:

     - No cóż, pańskie życie przypomina wizytę w wesołym miasteczku w czasie trzęsienia

Próbował zrozumieć. Choć czy było konieczne, aby rozumieć. Może to, nad czym myślał, nie istniało. I ta myśl paraliżowała go. A jeśli nie to… to co było powodem? Bał się odpowiedzi. Bał się, że mógł zrozumieć. Choć zrozumienie uważał za istotne, ono było podstawą wszelkiego życia. Lecz w tym jednym, jedynym zrozumienie mogło go pokonać.

 

 

Obudził się, gdy za oknem było jeszcze ciemno. Chwilę leżał w łóżku, po czym wstał, by przekonać się, która  jest godzina. Dopiero co minęła piąta. Ubrał się i jakoś 




Kościoły pod pustym niebem                                                                                                   18


 

zakrzątnął wokół siebie. Dzień rozpoczął od kubka kawy i muzyki w radio. Czasem bywało, że  całe dni upływały w ten sposób. Jakby do taktu przygrywała jakaś obojętność, która próbuje go poskromić. Lub może jakieś oderwanie, jakieś zawieszenie niepozwalające żyć normalnie. Być może jakby szukał usprawiedliwienia, jak sądzą niektórzy, pomyślał. Pewne fakty, wydarzenia. Wypadki. Nie mają jako takiego znaczenia, oprócz tego, jakie im nadamy. Jakby same w sobie były nie wiadomo czym. Lub mogły obyć się bez ich określenia. Ot, wydarzenie takie czy inne.  I niektórzy sądzą, że od nas zależy, co one oznaczają. A co by było, gdybyśmy nie nadali im żadnego znaczenia? Czym by one były? I tak całe życie…

Dni, choć podobne do siebie, mijały zauważone. Tak się składało, że on wiele dostrzegał. Choć nic się nie wydarzyło, on jakoś potrafił zapamiętać. Czasem nie wiadomo czy dla żartu czy też mówił poważnie, podkreślał, że on pamięta niemal wszystko. I nie tylko gdy spogląda za siebie, lecz widzi całe życie. Równie wyraźnie widzi to, co było, jak i to, co mogło się wydarzyć. Może tak wygląda piekło, dodawał, a słuchacz już nie wiedział, co ma o tym myśleć. I każdy, kto to słyszał, odpowiadał uśmiechem i jakimś słowem, które miało sugerować, że słuchacz rozumie. Ale on nie zwracał na to uwagi. Czasem coś jeszcze dodał. Dorzucił parę słów, a widząc, że tamten nie rozumie, wybuchał śmiechem. A gdy znaleźli się




Nadzieja                                                                                                                               19


 

już sam na sam ze sobą, jeden zachodził w głowę, czy miał do czynienia z wariatem, a drugi, kto tym wariatem był? Czy tak wygląda piekło, pytał, choć odpowiedź już znał. Jednak jestem jakąś częścią w raju. Jestem dobrym i złym łotrem, pomiędzy którymi ukrzyżowano Tamtego.

I na tym urywał myśl i nie posuwał się dalej. Minęło już kilka dni, które spędził w swoim domu. Zastanawiał się, czy powinien zadzwonić. Czasem z kimś o tym rozmawiał, wdrażał kogoś w swoje życie. Ale mówił to tak, że nikt nie rozumiał, o czym on opowiada. Jakoś zaczynał w złym miejscu, nie dokończył. Nagle wybiegał do przodu i mówił zdawało się, że o czym innym.

Wyszedł z domu, skierował się do budki telefonicznej. Mimo że szedł pewnym krokiem, to wahał się. Wciąż miał   w pamięci tamtą rozmowę. Obawiał się, że teraz też to może się powtórzyć. Gdy stał już przed aparatem, wykonywał wszystko jakby w zwolnionym tempie. Wyjął kartę, umieścił ją w automacie. Chwilę trwało, nim wybrał numer. Zaczekał, a gdy usłyszał w słuchawce głos, odpowiedział:

     - To ja, Norbert. Czy…

Lecz odgłos, trzask, kazał mu się domyśleć, że ona nie chciała rozmawiać. Nie był zły. Nie myślał o niej źle. Co najwyżej mógł mieć pretensje. Nie minęło wiele czasu, gdy zaczął ją usprawiedliwiać, rozumiał ją. I znów, jeśli winił, to samego siebie. Mimo tego nie czuł porażki. Ani rezygnacji, mimo że




Kościoły pod pustym niebem                                                                                                   20


 

postanowił już nie dzwonić. Zdawał sobie z tego sprawę, lecz winą obarczał nie siebie lecz… czas albo sytuację. A jeśli sytuację. To kiedy – zapytywał. Czy tak było zawsze? Czy może tamte dni? Bo tam to ma początek.

Dalej szedł sam i gdy znalazł się w domu, też był sam. A samotności nie  zauważał,  przez co ona  nie doskwierała mu. Gdyby ktoś mu zarzucił: żyć i nie widzieć swojego życia, to pewnie by się obruszył i odszedł bez słowa. Całą wypowiedź pozostawiłby sobie. I może miałby nadzieję, że nadejdzie dzień, gdy pojawi się ktoś. Ktoś, komu wszystko opowie. I kto wie, i on będzie zrozumiany. I te słowa wystarczały za całą pociechę. Czasem bawił się w myślach swoim losem. Pytał siebie, czy byłoby go stać na to czy tamto. Czy mógłby choćby zrobić taki banał jak oddać za kogoś życie. Bo to banał umrzeć nagle. Tu i teraz. W jednej chwili. I wymyślił coś innego. Coś co,  jak  uważał,  bardziej  pasowało do niego. Bo cóż oddać życie za to czy za tamto. Za sprawę czy za kogoś innego. Większym wyzwaniem jest oddać parę lat z życia. Na przykład oddać piętnaście lub dwadzieścia lat. Od ilu odjąć? Powiedzmy od osiemdziesięciu lat. I tak w miarę zbliżania się wyznaczonego terminu, gdy dobijamy do sześćdziesiątych urodzin… Co wtedy? Może jest tak, że znać datę śmierci, to tak samo jak być od chwili jej poznania martwym? Wiedzieć, kiedy umrę, to tyle co nigdy nie żyć. Mój Boże, co ja mam w tej głowie.




Nadzieja                                                                                                                               21


 

 

Tu przerwał. Ileż to razy narzekał na swoje myśli. Bo w tym bierze początek wszystko. Te moje myśli, wielki Boże. I choć wzywał imię Pana, to w Boga nie wierzył. Lubił jednak posiłkować się symboliką Biblii. Światem, który ona przedstawia. Może w młodości przesiąkł tym. A może było to uniwersalne dla każdego człowieka. Być może w tej księdze odnajdzie się każdy. A czym jest świat Biblii bez Boga? Albo raj? piekło? Na przykład taki obrazek: czy w drodze do piekła ma ktoś    w oczach miłość? Pewnie nie. Nie ma w oczach nawet nienawiści. Jedynie strach. I niezrozumienie. Bo czy można zrozumieć piekło? A gdyby dostać się tam tak ukradkiem. Z nadzieją w sercu. I ona jedna, nadzieja, rozniosłaby całe tamto miejsce. Przez nią bramy piekła nie zostałyby domknięte. A piekło przestałoby istnieć. Bo nadzieja jako chyba jedyna nie ma dostępu tam. A miłość… kto wie. Może miłość tam mieszka.

Czasem budził się i to był cały dzień. Tak naprawdę nie pytał się, na czym mijają dni. Były wypełnione, choć trudno powiedzieć czym. Może czegoś brakowało. Brakowało życia. Może? Jego życia i tego obok. A obok żyje się. Bo tam są ludzie, a nawet Bóg. Lecz on był gdzie indziej. Czasem żartował, że chodzi z pochyloną głową, przez co nie dostrzega nieba. A z ludźmi nie potrafił rozmawiać. Czasem dziwił się, jak innym się to udaje. Tacy budzą się rano, a świat wokół tętni życiem. Lecz gdy zastanawiał się, uważał, że choć niewiele ma, to jednak niczego więcej nie potrzebuje. Co parę dni




Kościoły pod pustym niebem                                                                                                   22


 

chodził do sklepu. I to niemal wszystko. Mijały dni bez ludzi. A samotność nie doskwierała mu. Usprawiedliwiał się myślą, że być może ten świat nie jest jego światem. Nie znalazł odpowiedzi na pytanie, co musiałby uczynić, by ten świat stał się jego. Co łączy nas, ludzi, z tą ziemią, pytał siebie. Inni pewnie też nie wiedzą tego, a jednak żyją. Może z życiem łączy życie. Życie na tej ziemi. I Bóg… a ja nic nie mam z tego.

Czasem szedł na piwo do restauracji w okolicy. Siadał gdzieś z boku. W kącie. Potrafił godzinami tak siedzieć. Innym znów razem jechał do miasta. Często bez powodu. Może potrzebował ruchu. Zmiany. Jechał albo do pobliskiego Miechowa albo do Krakowa. Czasem też dalej. Tylko po to. Szedł do którejś z knajp, zamawiał piwo. Potem przechadzał się uliczkami. Szedł na kawę lub by coś zjeść. Jednak najlepiej czuł się na dworcach. W dworcowych kafejkach. Pytany o powód tego odpowiadał:

– Jestem włóczęgą, a nawet bezdomnym. Mimo że mam dom. Jestem takim życiowym bezdomnym.

Gdy podszedł ktoś ubrany w łachmany i prosił o drobne, Norbert dzielił się tym, co miał. Czasem były to noce spędzone przy butelce wina. Z tymi ludźmi czuł się dobrze. To przez pokrewieństwo, dodawał. A gdy wsiadał do pociągu, gdy się żegnał, gdy zostawiał za sobą dworzec, czuł się, jakby opuszczał… dom. I wracał do zawieszenia. Do swojej lewitacji. I wtedy pojmował, że tam na dworcach, wśród tamtych




Nadzieja                                                                                                                               23


 

ludzi, gdzie nie ma Boga… rozumiał, że wtedy zbawia nas ziemia. Lecz ziemia, która tętni życiem, a nie martwa. Gdy tak myślał, płonął ze wstydu, bo jak to, zbawia nas drugi człowiek. „A tak na boku, przypadkiem, to od kogo łatwiej przyjąć zbawienie? Od Boga czy od człowieka, takiego jak ja? Czym byłoby zbawienie człowieka przez człowieka? Trudno to zrozumieć. Bez Boga mamy takich jak my. I nic poza tym. A ich pamięć to nasza nieśmiertelność. Ich oczy to nasze piekło       i niebo. Ten świat jest jednako wzniosły i jednako żałosny. Co zrobić w świecie bez Boga? Czy da się w ogóle żyć? Znów po kilku dniach spędzonych samotnie, mając za towarzysza jedynie siebie. I czasem tylko odwzajemniony uśmiech. Po tych paru dniach, wreszcie i to bez powodu, choć powodem może być jakiś odruch. Lub przeczucie poprzedzone trwogą. Może tym powodowany wybrał się do Krakowa. A może powód był inny, może pojechał, bo szukał życia. Tych jego okruchów, po które trzeba koniecznie wyjść z domu. I gdzieś na ulicach albo dworcach. Albo gdzieś przy piwie w jakiejś knajpie znajduje się je. Choćby bezludne.

Tuż obok rynku był jego ulubiony pub. O nazwie łatwej  do zapamiętania – „Re”. Zamówił piwo i usiadł przy stoliku. Z głośników dobiegała muzyka. I te chwile stawały się cenne. Siedząc, zastanawiał się, czy aby to nie jest szczęście. Ta chwila, ten banał. Tak jak jest. Lecz gdy to pomyślał, pojawiło się coś innego. Być może to szczęście jest tylko na jego




Kościoły pod pustym niebem                                                                                                   24


 

miarę. I dla nikogo innego, bo ktoś inny nie dostrzegłby, nie zauważył, przeszedł obok. A to właśnie dla niego, bo… Bo on zauważa. I może żyje się dla tych chwil, które są banalne, wręcz śmieszne. Dokończył piwo, wyszedł z knajpy i udał się w kierunku dworca. Stanął przed wejściem, w miejscu  dla palących. Wyciągnął paczkę papierosów. Stał, zaciągając się dymem tytoniowym. Obok stała grupka bezdomnych, od niechcenia przysłuchiwał się ich rozmowie. Opowiadali coś ważnego. Sprawę, która ich pochłaniała. Spojrzał w ich stronę, niektóre twarze były mu znane. Miał dobrą pamięć i uzmysłowił sobie, że z wieloma z tej grupki miał kontakt. Grupka mężczyzn, było ich sześciu, rozprawiali o jakimś porwaniu, o ile dobrze zrozumiał. Usłyszał, że często powtarzali jedno imię, Kazek. I to, że ten Kazek ze swoimi kumplami uprowadził kogoś. Przetrzymują go gdzieś i będą żądać okupu. Mimo że Norbert słyszał tę historię, nie zwrócił na nią uwagi. Wypalił papierosa i poszedł na dworzec autobusowy. Bus, którym miał jechać, był już podstawiony. Stał na dolnej płycie dworca. Kupił bilet u kierowcy i zajął miejsce. Bus ruszył i po godzinie jazdy zatrzymał się na dworcu w Miechowie. Stąd pozostało dojechać do Charsznicy i był prawie w domu. Wieczorem, gdy za oknem panował chłód, Norbert siedział przy gorącym piecu. Na zewnątrz zapadł już mrok. W pokoju było przyjemnie ciepło, a ze stojącej na półce wieży stereo dolatywały dźwięki koncertu fortepianowego Rachmaninowa. Czy przyjemność za




Nadzieja                                                                                                                               25


 

życia, tu na ziemi to letarg? Czy do tego świata bardziej pasuje ból? Nim odpowiedział na to pytanie, zrozumiał jego głupotę. A co pasuje do tego świata, wcale nie jest powiedziane, że pasuje tu człowiek. Być może świat nie jest światem ludzkim i dla ludzi. A człowiek znalazł się tu przez przypadek. Albo przez błąd. Poważny problem brzmi: czy człowiek w ogóle może żyć? I nie chodzi o to, by pytać, czy człowiek ma prawo żyć. Bo takie pytanie jest po prostu głupie i nie warto się jest nim zajmować, chyba że jest się nastolatkiem.

 

Norbert obudził się z lękiem. Nim odpędził od siebie sen, ten, który czuł nawet po przebudzeniu, miał dziwne odczucie tragedii. Trudno powiedzieć, czym to było spowodowane. Próbował przypomnieć sobie to, co mu się śniło, lecz na darmo. Sen zniknął. Ręką sięgnął biurka, które stało tuż obok łóżka. Wziął zegarek, było parę minut po pierwszej. Wciąż leżał przy zgaszonym świetle. Próbował zasnąć, lecz gdy sen nie powrócił, wstał, by napić się kawy. Miał zwyczaj picia kawy w dużych ilościach, nawet w nocy. Włączył radio. Radiową dwójkę. W pokoju rozległy się dźwięki muzyki fortepianowej. Koncert Prokofiewa. W kuchni gotowała się woda na kawę. Norbert wrócił do pokoju, który oświetlała jedna z trzech żarówek, przez co w pomieszczeniu panował półmrok.




Kościoły pod pustym niebem                                                                                                   26


 

Gdy pił kawę, a wokół rozbrzmiewała muzyka, był przebudzony. Środek nocy pozwala czuć się samemu. Gdyby jeszcze zamknął oczy… Różne myśli krążyły mu po głowie. Były chwile, że cierpiał na myślenie… bo myślenie to dramat. A gdyby tak człowiek żył bez myśli, co to by oznaczało? Może bez namysłu nie byłoby świata. Ani Boga, ani innych. A co z otaczającym nas światem? Co ze zbawieniem? Czy istnienie Boga wpływa na to, kim jestem?, myślał. Czy ja w świecie z Bogiem, a ja w świecie bez Niego, to ja ten sam? Czy istnienie Boga może wszystko zmienić przez samo swoje istnienie? Przemienić wodę w wino, a ogień zmienić w lód? Czy gdyby był Bóg albo gdy Go nie ma, tym samym sprawia, że ja jestem innym człowiekiem? I dopóki nie wiem, czy On jest, nie wiem też, kim jestem? Może istnienie Boga jest gwarantem naszego człowieczeństwa. Bez Boga człowiek jest tylko zwierzęciem. Nawet jeśli ma duszę, jest zwierzęciem… bo nie ma Boga. Jednak ludzie… czy są ci sami? Bo ja myślę o zbawieniu. Czy jest coś tragiczniejszego w człowieku? Czym jest zbawienie bez Boga? Albo, czym jest człowiek na tej bezludnej wyspie? Czy to pragnienie i tylko ono stwarza cały kosmos? Czy… Bóg, aż tak bardzo…

Pamiętam, stałem raz na ulicy. Patrzyłem na to, co wokół  i myślałem o świecie. Całym. Ze wszystkim, co go wypełnia  i jest jego częścią. Choćby najmniejszą. Z jego ulicami, domami, sklepami, wszystkimi drogami. Nawet niebo, w nocy pełne gwiazd, a w dzień opromienione przez słońce. I wtedy









do góry

Wykonane przez Onisoft.pl

2017 Wszelkie prawa zastrzeżone oceanksiazek.pl

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl