Pamięci Tej, która dawała
wszystko, sama odmawiając
przyjęcia czegokolwiek,
Matce
SPIS TREŚCI
Część I. Wspomnienia nie blakną.................................................... 11
Wstęp.............................................................................................. 12
Rozdział I. Neutralność?................................................................. 14
Rozdział II. Dzieciństwo................................................................. 17
Rozdział III. Lokatorzy czasu wojny............................................... 29
Rozdział IV. Wojna oczami dziecka................................................ 39
Rozdział V. Likwidacja getta........................................................... 43
Rozdział VI. Frontowe doświadczenia............................................ 49
Rozdział VII. Powojenny świat....................................................... 63
Rozdział VIII. Nowi lokatorzy. Major............................................. 70
Rozdział IX. Szkoła życia............................................................... 80
Rozdział X. Trochę o przeszłości moich rodziców.......................... 92
Rozdział XI. Tragedie mają różny wymiar...................................... 98
Rozdział XII. Przeszłość i teraźniejszość. Moja podróż................. 106
Rozdział XIII. Obrazki z życia małej miejscowości...................... 119
Rozdział XIV. Pranie..................................................................... 127
Rozdział XV. Kolonie.................................................................... 137
Rozdział XVI. Stawy..................................................................... 143
Rozdział XVII. Powódź. Pies........................................................ 150
Rozdział XVIII. Symbole nowych czasów.................................... 154
Rozdział XIX. Arkady Fiedler i inni.............................................. 159
Rozdział XX. Rozmowy z Ignacem............................................... 163
Rozdział XXI. Towarzyskie spotkania dorosłych.......................... 171
Rozdział XXII. Czas szkolny........................................................ 175
Rozdział XXIII. Woźny Osytek..................................................... 183
Rozdział XXIV. Repatrianci.......................................................... 191
Rozdział XXV. Prawdziwa historia szkoły..................................... 200
Rozdział XXVI. Moja klasa w liceum w Warszawie................................. 214
Rozdział XXVII. Moja pierwsza stancja........................................ 222
Rozdział XXVIII. Wakacyjne „polowania”................................... 230
Rozdział XXIX. Szpiegostwo w szkole......................................... 237
Rozdział XXX. Nowi nauczyciele................................................. 241
Rozdział XXXI. Kolejna stancja.................................................... 251
Rozdział XXXII. Matura............................................................... 254
Rozdział XXXIII. Rok w domu..................................................... 262
Rozdział XXXIV. Studia............................................................... 266
Rozdział XXXV. Nowi koledzy.................................................... 273
Rozdział XXXVI. Czwarty rok...................................................... 299
Rozdział XXXVII. Absolutorium.................................................. 307
Rozdział XXXVIII. Ciemne chmury. Choroba ojca...................... 321
Rozdział XXXIX. Retrospektywnie o sytuacji rodzinnej............... 328
Rozdział XL. „Nie mieć, lecz być”................................................ 334
Rozdział XLI. Oczekiwanie na staż. Ślub...................................... 340
Część II. Wspomnienia zaczynają blaknąć................................... 345
Rozdział I. Trochę luźnych rozważań........................................... 346
Rozdział II. Rodowód ojca............................................................ 354
Rozdział III. Znowu chwila rozważań........................................... 364
Rozdział IV. Zachowane listy........................................................ 367
Rozdział V. Staż medyczny w Warszawie..................................... 385
Rozdział VI. Choroba matki.......................................................... 388
Rozdział VII. Staż w Opolu........................................................... 390
Rozdział VIII. Śmierć ojca............................................................ 392
Rozdział IX. Dalsze lata w Opolu................................................. 397
Rozdział X. Syn. Samochód. Wypadek......................................... 402
Rozdział XI. Łochów.................................................................... 410
Rozdział XII. Praca. Kolejne zastępstwo....................................... 419
Rozdział XIII. Emigracyjne kłopoty.............................................. 434
Rozdział XIV. Pozwolenie............................................................. 439
Rozdział XV. Tragedia w Warszawie............................................. 448
Rozdział XVI. Nasze urlopy wakacyjne........................................ 452
Rozdział XVII. Przyjazd matki...................................................... 461
Rozdział XVIII. Dalszy rozwój służby zdrowia............................ 474
Rozdział XIX. Sytuacja w domu................................................... 483
Rozdział XX. Puste pokoje........................................................... 489
Rozdział XXI. Moje wyczerpanie................................................. 492
Rozdział XXII. Wiersze................................................................ 494
Rozdział XXIII. Zakończenie........................................................ 504
CZĘŚĆ I
WSPOMNIENIA NIE
BLAKNĄ
WSTĘP
Zastanawiałem się nad tytułem moich wspomnień. Widziałem kiedyś notatkę, zapisaną na kartce przed wieloma latami i stwierdziłem, że z brzegu strony zblakła i może stać się nieczytelna. Notatka – tak, wspomnienia – nie.
Przepisując ją teraz, sądzę, że najwłaściwszy tytuł to „Wspomnienia nie blakną”.
Mówi się, że wspomnienia mają cechę wspólną. W miarę upływu czasu tracą ostrość konturów i barwy. Tracą zatem wyrazistość szczegółu. Blakną. Wydaje mi się, że bywa też odwrotnie. Te, które zapadły głęboko w pamięć, po wielu latach wracają z nową siłą. Być może niektóre zaczynają żyć własnym życiem i przyczyniają się do powstania obrazu z pogranicza rzeczywistości i fikcji. Tak czy inaczej wejście w świat wspomnień to otwarcie własnego archiwum, o którego zawartości nikt inny nie wie, a i sam właściciel często bywa zaskoczony intensywnością i ilością informacji. Dlatego też trzeba, sortując je, przyglądać się im z dystansu, jak ciekawemu i pięknemu obrazowi, stawiając sobie pytanie, czy ten obraz to oryginał, czy może jego dobra kopia. Wspomnienia zaczynają się we wczesnym okresie życia, ale czas nakłada na nie późniejsze przekazy, które – jak odcienie kolorów – wzbogacają treść i stają się nieodłączną częścią malowanego obrazu.
Moje wspomnienia blaknąć jeszcze nie zaczęły. Będę więc je przywoływał na kolejnych kartkach. Niektóre pewnie ominę, ale te najważniejsze i najwyraźniejsze postaram się przelać na papier. Część z nich będzie widziana oczami dziecka, część – dorosłego, dlatego zapewne będą się przeplatać. Nie uniknę też własnych refleksji. Zobaczymy, co z tego wyniknie, jeśli mi wystarczy wytrwałości, aby je doprowadzić do końca.
Zacząłem spisywać moje wspomnienia około trzydziestu lat temu. Dlatego pewne spostrzeżenia, wtedy zapisane, straciły aktualność. Czasy były inne. W ciągu ponad trzydziestu lat zdarzyło się wiele. Świat, a szczególnie jego
Wstęp 13
mapa polityczna uległy ogromnej i wtedy nieprzewidywanej zmianie. W tamtym okresie moje refleksje były w pełni aktualne, a więc nie będę ich zmieniał. Zacząłem pisać kilka lat po przyjeździe do Szwecji. Wstępne refleksje dotyczą więc tego okresu. Późniejsze będą miały miejsce zgodnie z porządkiem
chronologicznym.
W ciągu lat międzywojennych i powojennych system komunistyczny drogą krwawego terroru w opanowanych krajach i skrajnie fałszywej propagandy, zalewającej świat, szczególnie zachodni, przyciągał, jak muchy do lepu, w swoje sidła wielu intelektualistów, ludzi kultury i sztuki, polityków, filozofów i zdezorientowaną politycznie młodzież. To pod ich wpływem powstawało przekonanie, że ten system jest jedynie słuszny. Dzięki nim stopniowo rozszerzał swoje wpływy i jak nowotwór naciekał bliskie lub dawał przerzuty do odległych miejsc na kuli ziemskiej. Niewielu miało odwagę temu się przeciwstawić. Wielu tego procesu nie dostrzegało, bo go nie rozumiało.
Czyny ludzi zawsze były i są uwarunkowane okolicznościami i czasem, w którym dane im było żyć i działać. Niektórym tylko, a takich było w dziejach niewielu, dane było wpłynąć trwale na ich bieg.
W poszczególnych krajach zdarzały się jednostki wybitne. Może jedna na stulecie, ale się zdarzały. Niestety, oprócz pozytywnych również wybitnie negatywne.
W bliskim nam dwudziestym wieku przeznaczenie wyniosło na szczyty władzy komunistycznych i faszystowskich ludobójców, którzy drogą demagogii doprowadzali do rewolucji i holokaustów. Dążyli do obalenia dawnego świata i zastąpienia go nowym. Wszystko to w imię uszczęśliwiania narodów kosztem setek milionów ofiar, które ginęły nie na wojennych frontach, tylko bestialsko mordowane, w tysiącach obozów i poza nimi, głodem, katorżniczą pracą, zimnem, torturami, gazem lub rozstrzeliwani. Jakim prawem?
Dopiero w końcu stulecia pojawili się w wolnym świecie przywódcy, którzy dzięki sile i stałości przekonań potrafili wpłynąć na losy świata i doprowadzić do upadku „imperium zła”.
Oby wiek dwudziesty pierwszy oszczędził nam nowych doświadczeń, podobnych minionym.
Nie zapominajmy jednak, że „historia kołem się toczy”…
ROZDZIAŁ I
NEUTRALNOŚĆ?
Myśl spisania wspomnień kiełkowała we mnie od dawna. Często sięgam pamięcią wstecz i łowię obrazy z lat minionych. I nic…
Może i ta próba spali na panewce. Czasu brak na skupienie się i pozwolenie myślom na daleką wędrówkę…
Zmęczenie codzienną pracą zawodową i obowiązkami domowymi. Wieczorem jakaś książka lub chwila przed telewizorem, a raczej z telewizorem, bo telewizja chyba stała się już nieodłączną cząstką codziennego życia. Nieprawdą jest, że telewizor kradnie czas, pozbawia ludzi kontaktu i zubaża intelektualnie, bo zamiast rozmów, wymiany myśli i innych sposobów ożywiania rodzinnych wieczorów konsumują jedynie biernie program, często niezależnie od jego wartości, a tylko z nawyku. Myślę, że telewizja dzieli, ale i skupia rodzinę, daje rozrywkę, wywołuje dyskusje, denerwuje, słowem aktywizuje w różny sposób i w różnym stopniu. Zbliża świat, kształtuje poglądy, daje wielostronną wiedzę. Czasem jednostronną, szczególnie jeśli chodzi o zagadnienia polityczne.
Ta jednostronność politycznego kształtowania społeczeństwa jest szczególnie intensywna w systemach totalitarnych. Niestety pewna jednostronność daje się zauważyć i w innych krajach. W Szwecji, na przykład, która choć głosi politykę neutralności, modyfikuje tę politykę na neutralność aktywną, czyli prowadzącą do zajmowania stanowiska w sprawach międzynarodowych. W praktyce stronniczą. W efekcie prosowiecką. Więc antyzachodnią.
Szwecja liczy na swoją łączność z Zachodem, ale jak wiele krajów nieneutralnych tę łączność w sensie politycznym osłabia. No, ale to jest cząstką tego, co nazywa się demokracją i wolnością.
Rozdział I. Neutralność? 15
Nie daj Boże, aby doszło do nowej wojny, bo naprawienie tych błędów i spojenie pęknięć będzie trudne w krótkim czasie. Podobnie jak w innych krajach, istnieją tu ruchy demonstrujące przeciw zachodnim akcjom obronnym lub żądające jednostronnego osłabienia potencjału obronnego. Organizacje o różnych nazwach w tak zwanym ruchu pokoju. Grupy dążące do wyłączenia własnego terytorium z totalnego systemu obronnego i szereg innych. Wszystkie sterowane, a być może organizowane i opłacane z zewnątrz, pociągają za sobą masy, zwłaszcza młodzieży, często tego sterowania nieświadome. Wszystkie są takimi pęknięciami na zachodniej jedności.
W czasie spisywania tych refleksji kształtuje i reprezentuje politykę szwedzką Olof Palme. Błyskotliwy i szeroko znany od lat, ma ambicję wpływania na sprawy światowe. Udziela swojego, a tym samym szwedzkiego, poparcia ruchom komunistycznym, czyli antydemokratycznym. Jak wskazuje historia powojenna, wszystkie takie ruchy i rewolucje były i są inspirowane i podtrzymywane z zewnątrz, prowadząc do powstawania nowych dyktatur o nieudolnych systemach ekonomicznych. Ta linia polityki szwedzkiej nie jest więc ściśle neutralna, a jej skutki w perspektywie dostrzegalne. W ramach wolności i demokracji podaje się wybraną prawdę o procesach polityczno-społecznych zachodzących na świecie.
W prasie codziennej i w dyskusjach czy komentarzach telewizyjnych ta prawda przybiera formę łatwo przyswajalnej, lewicowo ukierunkowanej papki. Ogółowi to wystarcza. Bardziej obiektywnych źródeł trzeba jednak szukać. Jeśli ma się czas i chęć. Wiadomo że człowiek jest wygodny, chętnie unika zbędnych wysiłków, a przyzwyczajenie staje się jego drugą naturą. Tak się powoli kształtuje społeczeństwo. Czy to prawdziwa neutralność?
Niby neutralni, choć stanowimy część Zachodu. Jeździmy najchętniej na Zachód, utożsamiamy się z nim, a równocześnie wtykamy mu szpilki, często popluwamy na niego. Ostrożniej czynimy to w kierunku wschodnim.
Czyżby dlatego, że wiemy, że z Zachodu na nas nie spadnie desant, że nikt nas stamtąd nie zaatakuje, systemu politycznego nie narzuci? A jeśli tak, to czego się bać! Można krytykować i przyszpilać łaty do woli. Niech się wielcy politycy z małym krajem liczą. A co nam!
Co innego ze Wschodem. Tu się o skórę boimy. Bo jak sobie za wiele pozwolimy, to zapamiętają, a w przyszłości albo znowu nam bomby zrzucą w Sztokholmie, albo, co gorsza, może desant wylądować i, co najgorsze, już nas nie opuścić. Wiadomo powszechnie, że ten sąsiad lubi dla dobra innych pomagać. No, a żeby pomagać, to musi wejść na cudze podwórko. A jak wejdzie, to dlaczego ma wychodzić. Najpierw się ludowy rząd stworzy, a potem
Część I. Wspomnienia na blakną 16
ten rząd o pozostanie sam, swoich przyjaciół, poprosi. Poprosi na pewno, bo jakby nie, to się przy władzy nie utrzyma. A władza kusi, oj jak kusi. Szczególnie, jak się jej nigdy w demokratycznych wyborach zdobyć nie mogło…
Lepiej więc Wschodu nie drażnić. To w razie czego może nas zostawią w spokoju. To złudzenia. Nie zostawią. Złudzenia jednak dają spokój, a rzeczywistość jest często bardzo niepokojąca. Popluwajmy więc na Zachód, aby udowodnić, że nam, w demokracji wolno krytykować, kogo chcemy. A jak na Wschód, to już nam w ustach nieco sucho i ewentualnie najwyżej własną brodę sobie zwilżymy przy splunięciu. I wszyscy zadowoleni.
Ludzie nie chcą widzieć, że zarówno komunizm, jak i faszyzm nie ustępują przed niczym innym i nie uwzględniają niczego innego niż brutalnej siły i przed niczym innym, niż przed siłą, się nie cofną.
ROZDZIAŁ II
DZIECIŃSTWO
Zacząłem o mojej niezrealizowanej chęci pisania. Niekoniecznie do druku, choć tego się nigdy, choćby podświadomie, nie wyklucza, ale dla siebie, dla własnej satysfakcji. Może dla mojego syna, aby wspomnienia mu zostawić. Może jeszcze dla kogoś?
Zacząłem więc i zjechałem na telewizję i politykę, tematy zawsze aktualne. Chciałem zaś o czymś zupełnie innym. Chciałem od początku, a może jeszcze wcześniej. Od mojego początku. Mój początek jest, jak to łatwo zrozumieć, datą mojego przyjścia na świat. Ta data jest nieco niezgodna z rzeczywistością, ale o tym potem. Rzeczywisty początek przypada u każdego z nas nieco później niż data urodzenia. Rzeczywisty początek przypada na moment, kiedy nasz mózg zaczyna rejestrować fakty, które kiedyś wrócą w formie wspomnień.
Tak więc w moim przypadku będzie to rok 1943. Jednakże każda rzeczywistość ma swoje korzenie w przeszłości, a więc i ja sięgnę nieraz do niej. Te fakty z przeszłości też są cząstką moich wspomnień, jako że pamięć moja zarejestrowała je z bezpośrednich relacji osób, które były dla mnie pierwszym łącznikiem między moją rzeczywistością a tym, co było przedtem.
Czy to ma być pamiętnik? Chyba tak, bo oparty wyłącznie na moich wspomnieniach zachowanych w mojej pamięci. Nie będzie uzupełniany żadną dokumentacją. Dla mnie dokumentem jest wiarygodny świadek, a takich mam w pamięci przynajmniej kilku. Ich zdanie jest dla mnie dokumentem najwyższej wagi, bo dokumentem żywym i niesfałszowanym. Nie są to oczywiście cytaty. Jednak istota tego, co usłyszałem, będzie powtórzona. Może mógłbym dołączyć zdjęcia.
Część I. Wspomnienia na blakną 18
Chociaż moje wspomnienia są w zasadzie pisane do szuflady, jednak nazwiska osób wspominanych w większości nie są rzeczywiste. Nie chciałbym, nawet przypadkowo, czyjejś pamięci czy kogoś urazić, jeśli opis zdarzeń miałby wywołać skojarzenia faktów i osób. Może to być jedynie przypadkowy zbieg okoliczności.
Wracam do mojego początku.
Kiedy wyjątkowo późno, bo w rok po moim urodzeniu, zaniesiono mnie do chrztu, pierwszym zawodem, jaki mi sprawiono, było to, że planowana na matkę chrzestną ciotka Wiktoria Czyżyńska, ciocią Wisią lub Wiśką przez bliskich nazywana, z jakiegoś powodu przyjechać nie mogła.
Niedaleka byłaby ta podróż. Z Warszawy, z Dworca Wileńskiego, pociągiem do małej i nieodległej wypoczynkowej miejscowości Urle tylko, a potem jeszcze cztery kilometry żydowską dorożką, ale widocznie nie mogła. Wojna, która wisiała w powietrzu i która miała wiele ludzkich losów pogmatwać, zrobiła i mnie maleńkiego, pierwszego psikusa.
Chrzestną moją została, bardzo przeze mnie później lubiana pani, a właściwie całe życie panna Maria Dziankowska. Dla mnie na zawsze pozostała ciocią Marysią. Była nauczycielką. Dobrą nauczycielką, o co dawniej podobno było łatwiej niż dzisiaj. To jest już jednak sprawa masowej produkcji i dotyczy wszystkich jej działów. Produkowanie mniejszych serii, a szczególnie dokładna ich obróbka, stwarza szanse na wyższą jakość produktu i mniej braków. W większych zawsze odpady lub braki zdarzają się częściej.
Dawniej ludzie widocznie bardziej się angażowali w to, co chcieli tworzyć, i produkt wychodził lepszy, a odsiew tego, co gorsze, był większy. Dziś jest inaczej, i to dotyczy w równym stopniu produktu w formie fachowców i produktu w formie przedmiotów. Ona była więc produktem dobrym i cenionym fachowcem. Do takich, w jeszcze wyższym stopniu, należeli również moi rodzice. Oboje nauczyciele.
Miałem okazję poznać i docenić jeszcze szereg innych, tego i innych zawodów, wartościowych przedstawicieli. W miarę upływu lat procent napotykanych „braków” rośnie jednak w zadziwiającym tempie. Dlatego to porównanie do masowej produkcji ma dla mnie coś przekonywającego.
Ciocia Marysia została więc moją chrzestną, a ciocia Wisia czuła się nią prawie. Ta ostatnia była zresztą jedyną osobą, która nigdy nie zapomniała o przysłaniu mi karteczki z życzeniami imieninowymi, aż do późnych lat swego życia.
Rozdział II. Dzieciństwo 19
Dalszym zawodem związanym z datą mojego urodzenia stałem się ja sam. Przewidywany mianowicie byłem jako dziewczynka. Imię nawet, nieco dziwne, było też zaplanowane. Julita. Wcale by mi się nie podobało. Nie wiem czy dla wyrównania zawodu, jaki sprawiłem, ale zawiązywano mi czasem na czubku głowy piękną kokardę. Na szczęście, tylko w pierwszych trzech czy może czterech latach życia. Dowód zachował się na portretowym zdjęciu. Zdjęcie całkiem udane, chłopiec na nim też, tylko ta cholerna kokarda na nim… To zdjęcie, jako jedna z niewielu pamiątek, przetrwało wojnę i kłuło mnie w oczy tą kokardą długie lata. Z biegiem czasu nawet je polubiłem. Pewnie ze względu na przedstawioną na nim osobę.
Kiedy zatem Julita się nie zrealizowała, a w dniu mojego urodzenia nie było imienia patrona męskiego, otrzymałem imię Krystyn. Rzadkie to niezwykle imię, uzupełniono na drugie Ludwikiem. Po dziadku. Tak więc Krystyn Ludwik. Nawet niezły zestaw, ale widocznie nikomu nie odpowiadał, bo nazywano mnie po prostu Bobusiem. I to czepiło się mnie jak rzep! Z trudem wyzbyłem się go dopiero w gimnazjum, kiedy wyjechałem „na nauki”, jak dawniej mówiono, z domu rodzinnego. To imię miało różne wcielenia. Niektórzy uważali, że widocznie nazywam się Bogdan, Bohdan, Bogusław lub Bogumił, i zależnie od tego, jak się komu wydawało, takie dawał mi zdrobnienie. Najczęściej Bogdanek lub Boguś. Później myślałem to imię jakoś „zalegalizować” i chciałem, by mi je dano przy bierzmowaniu, ale okazało się, że takiego patrona nie ma. Niestety wtedy nie było też świętego Krystyna, bo w księgach kościelnych ze spisami świętych go nie znalazłem. I tak rodzice zostawili mnie bez patrona. Przyszedłem więc na świat jako przedstawiciel płci męskiej, a rzeczona kokarda ani wcześniejsze życzenia moich rodziców nie zrobiły ze mnie transwestyty ani nie spowodowały istotniejszych zaburzeń w sferze rozwoju i pociągu seksualnego.
Fizycznie i psychicznie byłem jakieś dwa lata za moimi rówieśnikami. Intelektualnie podobno przeciwnie. To zdanie, jako zupełnie sprzeczne z przyrodzoną mi skromnością, nie powinno zostać napisane, ale stało się. Ażeby wreszcie do końca rozprawić się z problemem mego przyjścia na świat, dodam, że formalnie został on opóźniony o cały rok.
Możliwe to? A, tak!
Nie znaczy to, że matka wahała się z wydaniem mnie na świat przez cały rok. Co to to nie!
Przyczyną tego opóźnienia stał się organista kościelny w miejscowości mego urodzenia, Szabelski. Brat znanego pianisty o tym samym nazwisku. Pan Szabelski tylko wypisał mi metrykę z datą dwudziestego czwartego lipca, ale z rokiem chrztu jako rokiem urodzenia, a więc 1939. Miało to w przyszłości mieć zarówno dobre, jak i złe strony.
Część I. Wspomnienia na blakną 20
Dziwne to? Tak, ale nie w przypadku pana Szabelskiego! On kiedyś zmienił nazwisko rodowe pewnemu chłopu. Spowodował tym długie korowody spadkowe i podział rodziny. Kiedy bowiem ów chłop, wywodzący się zresztą z dawnej szlachty zaściankowej, niepozbawiony poczucia własnej godności, został zapytany przez organistę w trzeciej osobie:
– Jak ma na nazwisko?
Odpowiedział zadziornie, też w trzeciej osobie:
– Ma, Ścibrocki.
Szabelski, mając słuch zapewne przytępiony grzmieniem organów, powtórzył:
– Aha! Maścigocki. No a jak ma na imię?
I w metryce stanęło od tej chwili nazwisko Maścigocki, jako początek zupełnie nowej linii w rodzinie Ścibrockich.
Pomyłki popełnia się łatwo, ale aby je naprawić, trzeba często zawiłych przewodów sądowych, które nie każdy decyduje się podjąć. Życie zaś toczy się dalej barwniejsze o jakąś tam jego nową odmianę.
Tak więc urodziłem się i rosłem nieświadom tych okoliczności. Jak i nieświadom nadciągającej światowej burzy. Prawidłowością rozwoju jest, że najbliższe otoczenie poznaje się najwcześniej, i to jest cały świat. Ten świat rośnie jakby i rozwija się wraz z nami. Pokój, dom, ogród, sąsiedzi, miasteczko, pierwsze samodzielne spacery, jakaś wycieczka ze znajomymi… Łuny na horyzoncie… Świat stawał się coraz większy i większy, ale te pierwsze wspomnienia, choć w części mgliste i urywkowe, nie zatarły się w pamięci i nie mogę ich na tych kartach pominąć.
Pokój z dużym, podwójnym drewnianym łóżkiem, z ciemnymi, połyskliwymi rzeźbionymi zagłówkami. Nad nim obraz. Ten obraz został mi dziwnie wyraźnie w pamięci. Może przyglądałem mu się, leżąc na łóżku jeszcze jako niemowlę? Tylko ten jeden z szeregu innych, ręki mojej matki, o których wiem jedynie z opowiadania. Ten, będący zresztą kopią, duży, przedstawiający chmury w postaci spłoszonych koni, jakby pędzących czy raczej zawieszonych w przestrzeni, z rozwianymi grzywami, w ciemnej ramie… Ten jest moim własnym, jednym z najwcześniejszych wspomnień… Pewnie utrwalonym moimi późniejszymi o niego pytaniami.
Koszykowa kanapka pod oknem wychodzącym na rozległy ogród. Obok kanapki, w rogu pokoju, duża, jasna, połyskująca, dwudrzwiowa szafa, bieliźniarka. Wokół zawsze ładnie pachniało, kiedy była otwierana. Z drugiej strony okna i kanapki pojedyncze drzwi do następnego pokoju. Najczęściej zamknięte. Raz były uchylone i przekroczyłem je ze szczególnego powodu i w szczególnych okolicznościach, o których opowiem później.
Rozdział II. Dzieciństwo 21
Tuż obok drzwi, na drugiej, długiej, przeciwległej do łóżka ścianie etażerka z książkami i na najwyższej półce zegar, stary, z okrągłym cyferblatem, rzeźbioną obudową i na drewnianym, również rzeźbionym postumencie. Szkiełko się przed cyferblatem odmykało, aby go nakręcić motylkowatym kluczykiem. Dalej stał koszykowy stół i dwa fotele. Stół został mi w pamięci zajęty jabłkami. Nie pamiętam, czy leżały tam latem, czy zimą, ale zajmowały cały blat. Za stołem na następnej ścianie, od ulicy, jasna, błyszcząca szybkami drzwiczek, z zielonymi zasłonkami biblioteczka. Wypełniona szczelnie jednakowo oprawionymi, ze złotymi literami na grzbietach książkami. Obok okno na ulicę. Pod nim stołeczek. W rogu przy oknie stolik na jednej nodze. Na kolejnej ścianie dwuskrzydłowe drzwi, przy nich piec kaflowy opalany z następnego pokoju. Za piecem wspomniane wcześniej łóżko.
Przez okno ogrodowe tuż za nim widać było bujne krzaki kwitnących piwonii, dużą agawę ustawioną na cementowym pustaku, dalej wąski chodnik biegnący wzdłuż domu do furtki na podwórze w jednym końcu, a do wejścia do sieni kuchennej w drugim. Za chodnikiem ogród, rozdzielony środkiem szeroką żwirową alejką, z obu stron otoczoną, na całej swej długości, narcyzami. Po obu stronach grzędy warzywne. Po prawej stronie przed domem część wydzielona na altanę z drewnianym stolikiem i dwiema z wysokimi oparciami ławkami. Jedna z nich była nieco niższa, pewnie dlatego bardziej ją lubiłem. Altana była latem obrośnięta pnącą, barwnie kwitnącą fasolą. Jeszcze bardziej na prawo, przy płocie oddzielającym podwórze od ogrodu, dwa duże jesiony, między nimi ławka. Na niej siadywano w upalne popołudnia. Pamiętam siedzącego tam raz księdza proboszcza i zarazem dziekana Duczyńskiego, po wojnie prałata i proboszcza na Targówku w Warszawie. Lubiłem go, bo chętnie ze mną rozmawiał. Ze wspomnień rodziców wiem, że był apodyktyczny, surowy i nie zawsze łatwy w obyciu. Szanowany był jednak ogólnie chyba nie tylko z racji swego stanowiska, ale i za patriotyzm, który wyrażał w bojowych, ryzykownych kazaniach niedzielnych w latach okupacji. Rodzice powtarzali jego zdanie: „Wcześniej byłem Polakiem niż księdzem i nie mogę błogosławić niemieckich czołgów”. Po wojnie nie przestał być Polakiem i nie zaczął błogosławić rosyjskich. Po wojnie nas nie odwiedzał. Może dlatego, że fałszywa plotka doniosła mu o poparciu, jakiego mój ojciec, w początkach, zdawał się udzielać nowemu ustrojowi. Przyjeżdżał zresztą do naszej miejscowości zaledwie parę razy i tylko na kilka godzin. Może nie miał czasu. Moja matka odwiedziła go wraz ze mną, już początkującym gimnazjalistą, na początku lat pięćdziesiątych. Wyraźnie się ucieszył, ale to już były inne czasy i wszyscy ludzie stali się inni. Oboje z matką pocałowaliśmy go w rękę, choć się opierał. Ja miałem go w pamięci podobnego, niewiele się zmienił, trochę siwiał. Włosy miał, jak kiedyś,
Część I. Wspomnienia na blakną 22
krótko przystrzyżone. Tak samo jak dawniej wydawał od czasu do czasu dziwny dźwięk, jakby chciał dmuchnąć przez nos, jakby mu coś w nim przeszkadzało. Zostałem poczęstowany przez niego pierwszą, jaką pamiętam, pomarańczą. Po jej obraniu, kiedy już miałem zacząć pałaszować pachnący owoc, zwrócił mi uwagę, że najpierw mam poczęstować mamę. Mama odpowiedziała, że jego pierwszego. Skutkiem tych grzeczności i mimo mojego faux pas dano mi jednak zjeść tę pomarańczę samemu. Piękna była, soczysta, duża… Zostało jeszcze kilka na tacy. Takie pomarańcze lubię do dzisiaj.
Aleja ogrodowa biegła od oszklonego ganku, na który wychodziło się z dużego pokoju stołowego, aż do altany w końcu ogrodu obrośniętej krzewami pachnących wiosną bzów. Tam też była nieduża ławeczka. Zrobiłem tam pierwsze w moim życiu przyrodnicze odkrycie i zarazem niezamierzone
„przestępstwo”. W krzaku bzu znalazłem małe gniazdko ptasie i w nim kilka jajeczek. Takie były małe i takie ładne, i takie, niestety, kruche. Na szczęście skruszyłem tylko jedno i przestraszony uciekłem. W tej altanie lubił przesiadywać ojciec i pewnie o gniazdku wiedział. W pobliżu altany były dwa drzewa morwowe, jedno z białymi, drugie z ciemnymi owocami. Dojrzałe były bardzo słodkie. Była też jedna śliwa z małymi owocami. Były niedobre. Pewnie dlatego, że dobre nie chciały same spadać z drzewa. Po prawej stronie ogrodu rosła też olbrzymia grusza, z której jesienią strząsano lub same masami spadały ulęgałki. Lepszych później nie spotkałem…
Poza tym były tylko jabłonie. Owocowały obficie, ale nie pamiętam, aby jabłka były kiedyś moim ulubionym owocem. Prócz może jednego gatunku, wiele lat później, którego też, poza jednym drzewem, nie spotkałem. Dużo było za to krzaków porzeczek. Szczególnie smakowały te zakazane, jeszcze zielone. Poza wszelką jednak konkurencją były dla mnie w owym czasie gruszki. Może dlatego, że u nas nie rosły. Trafiały mi się rzadko i pamięć o nich łączy się z ogrodem graniczącym z naszym, po lewej stronie. I z trzecim pokojem, tym najczęściej zamkniętym w naszym domu. Łączy się to wspomnienie równocześnie z jednym, starszym o kilka lat chłopcem, łobuziakiem, cwaniakiem, czego wtedy jeszcze nie umiałem rozróżnić. Był synem bliskich i serdecznych znajomych naszego domu. Znajomość i przyjaźń między naszymi rodzinami były niedawne, ale przetrwały szereg lat. Ani Jurek, ani późniejsze podobne i przemijające kontakty z rówieśnikami zbyt wielkiego wpływu na mnie nie miały. Zawsze dominował wpływ rodzinnego domu i stamtąd wyniesione zasady. Ta świadomość „dobrego wychowania”, a i pewna ostrożność, tkwiąca gdzieś w moim charakterze, często chroniły mnie od niewłaściwych kroków i wpadania w „złe towarzystwo”.
Rozdział II. Dzieciństwo 23
Niestety sprawiały też pewną izolację, bo choć nie unikałem towarzystwa, nie starałem się go jednak szukać lub kontaktów podtrzymywać. W późniejszym wieku, w czasie studiów i jeszcze później, zawsze istniały jakieś grona bliższych i dalszych znajomych, a nawet przyjaciół, bardziej czy mniej serdecznych, szczerych lub niby–szczerych, z którymi się jednak chętnie spotykało. Często jednak traciłem chęć podtrzymywania znajomości zrażony skłonnością ludzi do plotkarstwa, którym gardziłem, lub do gry w brydża, którego nigdy się nie nauczyłem, bo mi na to szkoda było czasu. Nigdy nie mogłem pojąć kolegów, którzy w karty przegrywali swoje skromne stypendia, pieniądze otrzymywane z domu, części garderoby, a nawet obrączki ślubne ze stałą myślą o odegraniu się. Niektórzy przegrali w ten sposób również szansę na ukończenie studiów.
Odbiegłem znowu myślą od głównego jej toku. Wracam do gruszek.
W tym sąsiednim do naszego, pustym zresztą ogrodzie rosła na środku wielka grusza. Dla mnie oczywiście niedostępna. Płot był za wysoki, i choć po naszej stronie miał regle, po których umiałem się wspinać, to na drugą stronę zejść bym nie potrafił. Poza tym miałem surowo zakazane nawet podchodzenie do tego właśnie płotu. Nie zastanawiało mnie wtedy dlaczego do innych mi wolno, a do tego nie. Kiedyś Jurek wspiął się na gruszę w zakazanym ogrodzie. Przyniósł potem za koszulą masę dużych, dojrzałych, soczystych gruszek. Dał mi kilka na spróbowanie. Resztę zanieśliśmy, idąc na czworakach, kryjąc się za krzakami piwonii, pod okno tego trzeciego pokoju. Okno do niego było otwarte i Jurek mówił, że zrobimy przyjemność naszemu lokatorowi, kładąc na parapecie kilka gruszek. Większość z nich stoczyła się na podłogę pokoju… W tym czasie w altance na wprost domu siedzieli Jurka i moi rodzice.
Z nimi siedział również, rozmawiając, nasz lokator. Był to wysoki pan w mundurze. Pułkownik SS, któremu pokój u nas zarekwirowano na kwaterę. Kwater podobnych było w domach naszego miasteczka wiele. Moja matka, wychowana i wykształcona w Galicji, biegle znała niemiecki. Ojciec coś z tego języka rozumiał. Pan Gołębiowski, ojciec Jurka, też rozmawiał po niemiecku. Pułkownik znajdował widocznie przyjemność w rozmowie i czasem spędzał popołudniową godzinę w ogrodzie. Ponieważ tak dobrze go pamiętam, musiał mieszkać u nas wczesną jesienią czterdziestego trzeciego roku. Rodzicom opowiadał, że żona jego była Angielką.
Wybrał skierowanie na front wschodni, aby nie walczyć przeciwko krajowi żony.
Po położeniu tych gruszek na parapecie okna, odpełzliśmy do ganku i niezauważeni z ogrodu weszliśmy do domu. Tam zaczął Jurek namawiać mnie, abym jeden z moich korkowców, a miałem dwa ładne pistolety, zamienił na
Część I. Wspomnienia na blakną 24
rewolwer pułkownika. Skąd on wiedział, że rewolwer leży tam w pokoju, nie wiem. Może zauważył, że oficer siedział w ogrodzie bez pasa? W każdym razie uchylił drzwi, które chyba nigdy nie były zamykane na klucz, do tego trzeciego pokoju, zachęcając mnie do wejścia. Zobaczyłem czarny rewolwer i pas leżące na łóżku. Jakiś dziecięcy rozsądek ochronił mnie od zrobienia głupstwa o być może tragicznych następstwach. Może strach, a może żal mojego pistoletu mną kierował, a może to, że gruszki tak mi smakowały…
Pamiętam, że Jurek zostawił mnie, a sam poszedł do ogrodu, gdzie siedzieli dorośli. Ja na czworakach popełzłem do zakazanego pokoju. Wstałem przed łóżkiem z leżącym na nim rewolwerem i potem… znowu na czworakach pozbierałem wszystkie gruszki i ukryłem pod moim łóżkiem. W tym czasie towarzystwo w altanie się ruszyło. Jurek musiał iść do domu. Mnie zaś zostały gruszki, o których chyba nikt później nie wspominał. Gruszek nie przestałem lubić do dzisiaj, ale ogrodu, gdzie rosły, nie zapomniałem z innego niż one powodu.
W ogrodzie, po lewej stronie, tuż przy zakazanym płocie, kilkanaście metrów od sieni wiodącej do kuchni, była duża piwnica. Murowana, okry- ta ziemią, porośnięta krzewami karagana i wysoką trawą, była dla mnie górą i kuszącym miejscem zabaw. Długa chyba na sześć metrów, miała z przodu duże, ciężkie drzwi zamykane na kłódkę prowadzące do zagłębionego na parę schodków w ziemię przedsionka i części głównej. Z tyłu miała małe okienko, a na szczycie kominek, przez który można było wołać i usłyszeć echo.
Któregoś letniego, wczesnego popołudnia zakazano mi wychodzić z domu mimo pięknej pogody. Bawiłem się jakiś czas w ganku, ale wkrótce znudzony, a nie widząc przez jakiś czas nikogo dorosłego, pomału wysunąłem się na dwór i przeniosłem zabawę do ogrodu w pobliże piwnicy. Tam, jak w lesie, między krzewami wspinając się na jej zbocze, znalazłem się nieco powyżej wysokości płotu. Wtedy usłyszałem krzyk i strzał. Z pomiędzy krzaków dobiegła do moich uszu mowa niezrozumiała, ale wiedziałem już, że niemiecka. Było ich dwóch. Jeden zarzucał czy poprawiał karabin na ramieniu, kiedy wyjrzałem. Odchodzili. Po drugiej stronie tamtego ogrodu, pod białą ścianą jakiegoś budynku, leżał na ziemi człowiek w ciemnym ubraniu i poruszał się… Powoli uniósł się na łokcie i zaraz potem upadł na bok, ale jakby znowu chciał się dźwignąć… Pobiegłem do domu i opowiedziałem matce, która właśnie zaczęła mnie szukać. Nie pamiętam, jakie uczucia to zdarzenie we mnie wzbudziło, ale w pamięci się nie zatarło.
Dalszego ciągu dowiedziałem się później.
Żandarmi po wykonaniu zadania poszli, jak zwykle, do jednej z małych miejscowych knajpek na wódkę i przekąskę. Do zakazanego ogrodu przyszedł zatrudniony przez gminę człowiek, aby zabitego zakopać. Nie wiedziałem
Rozdział II. Dzieciństwo 25
wtedy, że nie było to nic na ów czas niezwykłego. Trwała wojna, co do mnie, jako dziecka, jeszcze wyraźnie nie docierało. Podobne wyroki wykonywali żandarmi dość często. Nikt nie miał prawa być świadkiem podobnych chwil. Każdy unikał też możliwości znalezienia się w zasięgu ich wzroku i broni, aby przypadkowej obecności nie przypłacić życiem. Wielu ludzi widziało jednak z niedalekich okien domów wokół rynku, z okien pobliskiej apteki, czy na przeciwległym rogu położonego szpitala podobne „spacery” ofiar i oprawców. Sprowadzano do tego ogrodu złapanych poza gettem Żydów, innych skazańców rozstrzeliwano gdzie indziej. Zdarzyło się, że przywieziono paru sowieckich żołnierzy złapanych po ucieczce z niedalekiego obozu jenieckiego w pobliskiej miejscowości Baczki. Tych prowadzono koło naszego domu i rozstrzelano daleko, na końcu ulicy, przylegającym do okolicznych pól.
Wszystko to działo się w pobliżu nie tylko dlatego, że miasteczko było małe. Nasz dom stał przy jednej z ulic otaczających rynek. Siedziba żandarmerii znajdowała się w budynku dawnego sądu grodzkiego, zaledwie kilkadziesiąt metrów od naszego domu. Wokół budynku sądu było podwórze, a na nim stało kilka drewnianych zabudowań. Pomiędzy sądem a naszą posesją znajdował się parterowy budynek zasłaniający od rynku ogród rozstrzeliwań. W tym domu mieściły się mały urząd pocztowy, jakieś służbowe mieszkanie pracownika gminy, a w drugiej jego części, bliżej gmachu sądu, nieduży areszt dla czasowo zatrzymanych. Między tym domem a naszym wąska furtka prowadziła do zakazanego ogrodu.
Czasem udawało mi się słyszeć, jak dorośli opowiadali o tych trudnych, a dla mnie nieznanych, choć ciekawych zdarzeniach. Kiedyś słyszałem o młodej, elegancko ubranej Żydówce, którą przywieziono z jakichś odległych okolic. Ubranie jej nie było żydowskie. Szła spokojnie z podniesioną głową, aż do tej furtki. Tam coś przeczuła, bo odwróciła się nagle, składając ręce jak do modlitwy, coś zawołała. Popchnięta weszła do tego ogrodu… Jeszcze kilkadziesiąt metrów… Może wystarczyło jej siły, aby nadal iść z podniesioną głową, a może nie…
Po spełnieniu o