Spis treści
Wstęp........................................................................................................5
Rozdział 1.................................................................................................13
Rozdział 2.................................................................................................40
Rozdział 3.................................................................................................57
Rozdział 4.................................................................................................87
Rozdział 5.................................................................................................93
Rozdział 6...............................................................................................107
Rozdział 7...............................................................................................122
Rozdział 8...............................................................................................167
Rozdział 9...............................................................................................170
Rozdział 10.............................................................................................177
Rozdział 11.............................................................................................198
Rozdział 12.............................................................................................205
Rozdział 13.............................................................................................212
Rozdział 14.............................................................................................216
Rozdział 15.............................................................................................226
Rozdział 16.............................................................................................238
Rozdział 17.............................................................................................242
Rozdział 18.............................................................................................246
Rozdział 19.............................................................................................260
Rozdział 20.............................................................................................265
Rozdział 21.............................................................................................307
Rozdział 22.............................................................................................313
Rozdział 23.............................................................................................320
Rozdział 24.............................................................................................326
Rozdział 25.............................................................................................336
Rozdział 26.............................................................................................377
Rozdział 27.............................................................................................397
Rozdział 28.............................................................................................404
Rozdział 29.............................................................................................413
Rozdział 30.............................................................................................423
Rozdział 31.............................................................................................435
Rozdział 32.............................................................................................445
Epilog.....................................................................................................460
Wstęp
Machając skrzydełkami, z prawej na lewą, z lewej na prawą, czasami tracąc wysokość, by po chwili znów ją odzyskać, leciała mucha. Była najedzona – przed chwilą skończyła swój posiłek. Nie była tutaj sama, po drodze mijała setki swoich sióstr, które podążały w przeciwnym kierunku do wybranego przez nią miejsca na sjestę. Co było jej celem? Zakazane miejsce – tam, gdzie zginęła jej współtowarzyszka zabaw z wieloma innymi siostrami – zakazane przez jej instynkt, lecz teraz postanowiła mu się przeciwstawić, i właśnie to robiła.
Wylądowała, jej stópki dotknęły gładkiego papieru, złożyła skrzydełka i szła przez pustynię nieznanych jej hieroglifów, pozostawiając po sobie mikroskopijne ślady śluzu i krwi. Gdyby potrafiła czytać, wiedziałaby, że czarny znak pod nią to litera P, kolejna to A… M… I… Ę… T… A… M… Lecz te znaki jej nie interesowały, skierowała się w stronę ciemnej masy, która wcześniej wchłonęła jej siostry. Minęła kolejne znaki napisane odręcznie przez człowieka, by dojść do niej. Zaschnięta maź była ogromna, cała czarna jak ta przy jej posiłku, tylko że tutaj nie było widać jej końca. Wystawiła czułki, by sprawdzić, czy skorupa ta jest dalej niebezpieczna. Nie, była twarda jak kamień. Tłusta mucha weszła na nią i namierzyła swoją towarzyszkę. „Prawie się jej udało” – stwierdziła i podeszła do niej. Czułkami sprawdziła ciało, gdy upewniła się, że było martwe. Zaczęła – kawałek po kawałku – jeść swoją siostrę.
6 Nadchodzę
Pamiętam, gdy jako mały chłopiec byłem ciekaw wszystkiego, co mnie otaczało. Pamiętam, jak z przyjaciółmi, z tak wieloma, z mojego dzieciństwa łaziliśmy wszędzie, gdzie nam zakazano. Pamiętam, jak serce waliło mi w piersi, gdy wchodziliśmy do coraz bardziej niebezpiecznych miejsc. Rozum ośmiolatka, jeżeli go posiadałem, próbował mnie powstrzymać, choć może próba to za mocne słowo. Tak czy inaczej ciekawość za każdym razem wygrywała. Wyprawy w te miejsca uważaliśmy za oznakę odwagi. Ten, kto pierwszy postawił krok, był przez nas podziwiany, a ja mu skrycie zazdrościłem. Teraz już wiem, że żaden z nas jej na tyle nie miał. Po latach zrozumiałem, że nasze decyzje były wynikiem tak zwanej grupowej presji. Gdzie, w normalnych warunkach, każdy z nas w pojedynkę zrezygnowałby, ale razem? Nie było o tym mowy. Prawdziwi przyjaciele na dobre i na złe.
Dziwne, a raczej straszne, że z wiekiem człowiek poznaje kolejnych znajomych, ale boi się już nazwać ich swoimi przyjaciółmi. Obawia się zaufać choćby jednej osobie na tyle, aby powierzyć jej swoje ważne tajemnice, i tęskni za latami młodości, gdzie chłopcy nie pisali pamiętników i nie mieli tajemnic przed sobą. Brakuje mi ich.
Tyle tego pieprzenia z mojej strony, nie o tym chciałem ci powiedzieć. Znasz mnie przecież dobrze, choć musisz przyznać, że cię zaskoczyłem. Tego po mnie się nie spodziewałeś? Wybacz, że tak to się skończyło. Czarna owca mówi: be-e-e, ostatnie.
7 Wstęp
Jest jedna scena z dzieciństwa, która utkwiła mi w pamięci. Była niedziela, całą rodziną spotykaliśmy się na obiedzie. Myśląc o całej rodzinie, wiesz, co mam na myśli: braci, ojca i kuzynów. Było to u nas albo u nich w każdą bożą niedzielę. Wówczas myślałem, że tak będzie zawsze. Wszystko skończyło się po śmierci babci i z miesiąca na miesiąc było coraz mniej odwiedzin. Aż doszło do momentu, że nawet coroczne spotkania wigilijne u naszych wujków zamieniły się w składanie sobie życzeń przez telefon. Wracając do tematu, tej niedzieli obiad jedliśmy u nas. Chyba był kurczak z pieczonymi ziemniakami, nie jestem pewien. Rosół z kury na pewno, bo był w każdą niedzielę. Po obiedzie starsze towarzystwo zostało przy stole, by porozmawiać o sprawach, które mnie ani trochę nie interesowały. Młodszych pozostawiono samych sobie. Ja, jako trzeci w kolejności wiekiem z mojego rodzeństwa i jeszcze niżej w drzewie genealogicznym naszej rodziny, dodając kuzynów, nie miałem za bardzo głosu, by decydować, co będziemy robić. Dla wszystkich byłoby najlepiej, gdybym zniknął. Ale to była niedziela, w tamtych czasach wszyscy moi przyjaciele jedli obiady o podobnych godzinach. Ławki, piaskownica, niewymiarowe boisko do piłki nożnej (z dziurami wielkości piłki tenisowej), wszystkie te miejsca o tej porze były martwe. Zostałem w domu. Wtedy nie było dostępu do internetu, a jeżeli ktoś miał komputer na dyskietki, to już był kimś.
8 Nadchodzę
Rodzice zajęli duży pokój, my dostaliśmy mniejszy. Wyciągnęliśmy wideo i podłączyliśmy do małego telewizora, sam dobrze wiesz, jak to było. Był wielkości dzisiejszych dziesięciu płaskich odbiorników. Mówiąc o wielkości, nie myślę o calach. Podłączono wszystko i zaczął się spór, jaki film wybrać z niewielkiej kupki kaset schowanych w kredensie. W końcu ktoś wpadł na pomysł, by zrobić seans. Nosferatu – symfonia grozy oraz Nosferatu – wampir oglądaliśmy w absolutnej ciszy i ciemności, żaluzje opuszczone, osiem par oczu wpatrzone w ekran.
Filmy były arcydziełem w swoim gatunku. Zwłaszcza muzyka Hansa Erdmanna w Symfonii grozy oraz reżyseria w Wampirze. Czarno-biały obraz dodawał wszystkiemu niepowtarzalnego klimatu. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że film oglądał ośmioletni chłopiec z bujną wyobraźnią, zostający na noc sam we własnym pokoju. Dziecko, któremu sceny z hrabią, zmumifikowanymi ciałami i muzyką Erdmanna zagnieździły się w psychice, raczej szybko nie zapomni o filmie. Docinki starszych kuzynów, szturchanie przez nich w momentach grozy plus ten upiorny podkład muzyczny musiały zrobić swoje. I zrobiły na ośmioletniej psychice. Filmy obejrzałem do końca, choć gdyby nie moja głupia upartość, zakończyłbym seans po pierwszej scenie w zamku.
Pamiętam, gdy tego samego dnia, kiedy wieczorem leżałem w łóżku w moim pokoju, wyobraźnia zaczęła robić swoje. Nietoperze pędzące za oknem w poszukiwaniu ofiary, cienie rzucane
9 Wstęp
przez gałęzie drzew – te sceny nie pomagały mi w zaśnięciu. W pokoju było ciemno, usłyszałem zbliżające się kroki… Zatrzymały się na moment i w tę krótką ciszę wkradł się dźwięk skrzypiącej klamki. Drzwi się otworzyły, do środka wpadło światło, a wraz z nim mocny zapach róż. Takich perfum używała mama.
Skąd wiedziała, że nie mogłem zasnąć? Tego do dzisiaj nie wiem. Podejrzewam, że mamy już tak mają, czują, kiedy są potrzebne, i zjawiają się, jak bohaterowie z kreskówek, by odpędzić czające się w ciemnościach zło. Wyjaśniłem, dlaczego jeszcze nie spałem. Ona, głaszcząc mnie po głowie, starała się wytłumaczyć najlepiej, jak mogła, że wampiry nie istnieją i nie muszę się obawiać, że w nocy przyjdzie potwór i wyssie ze mnie tak drogocenne życie, zamieniając mnie w chodzącego trupa. Uwierzyłem jej, uspokoiłem się i zasnąłem, bo kto normalny, poza dzieckiem oczywiście, wierzy w potwory zjawiające się, gdy już słońce powie dobranoc. Potwory wysysające ze swoich ofiar życiodajną energię, potwory zamieniające ludzi w upiory tułające się po tym świecie.
Minęło wiele lat, wiele horrorów, różnorakich demonów, wilkołaków i nigdy żaden mnie nie odwiedził. Choć nie powiem, że wyobraźnia im w tym za bardzo nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, ale to wie każdy, komu jako małolat udało się obejrzeć kilka strasznych filmów.
Po latach tułania się po świecie już wiem, że moja kochana matka myliła się, i to bardzo. Dziś
10 Nadchodzę
jako trzydziestodwuletni mężczyzna wiem o tym dobrze. W przeciwieństwie do wampirów te potwory nie chowają się w dzień w trumnach, nie giną od promieni słońca, nie boją się krzyży, a poświęcona hostia nie uwięzi ich w niewidzialnej tubie. Te potwory mijają nas codziennie na ulicy, w parku, są naszymi najlepszymi przyjaciółmi, są wśród elit władzy i naszych idoli, zarówno muzycznych, jak i aktorów. Trudno będzie ci uwierzyć, kto może być jednym z nich, dopóki na własnej skórze się o tym nie przekonasz. Znam cię dobrze, jesteś twardo stąpającym po ziemi człowiekiem. Tak jak ludzie nie wierzą w wampiry, tak te potwory wykorzystują brak twojej wiary, by zasłonić ci oczy i zabrać wszystko, co kochasz. Jak Drakula zniknąć po cichu, by żerować w nowych miejscach i na nowych ofiarach. Wiem dużo o nich, czasami nawet żałuję, że wiem aż tak dużo. Nie życzę nikomu, by zobaczył te okropieństwa, które widziałem…
Zakrzepnięta krew dokładnie zasłoniła kolejne fragmenty listu (wspomniana wcześniej mucha wzbiła się ciężko w powietrze w poszukiwaniu wyjścia). Trzy litry z przeciętej żyły prawej dłoni zdążyły już wyschnąć na dębowej podłodze, na której znajdowały się rozrzucone niegdyś białe kartki, złote pióro oraz zaplamiona krwią brzytwa z drewnianą rękojeścią.
Bum, bum, bum – odgłosy leniwie rozchodziły się po martwym mieszkaniu, prawie martwym. W końcu futryna nie wytrzymała, drewno pękło na wysokości zamka, drzwi z hukiem uderzyły o ścianę. Do środka weszło, niechętnie, dwóch warszawskich funkcjonariuszy.
11 Wstęp
– Boże, jak tu śmierdzi, jeszcze bardziej niż na zewnątrz – wymamrotał Jan Stojak, zasłaniając nozdrza dłonią. – Policja, czy… – Odgłos wymiotującego młodszego stopniem kolegi nie pozwolił mu dokończyć zdania, choć wiedział, że i tak nie było sensu. Za długo siedział w tym gównie, by nie rozpoznać smrodu rozkładających się zwłok. Prawdopodobnie leżały dłużej niż tydzień, śmierdziało jak cholera. Do tego upał, w tym roku lato aż za bardzo rozpieszczało wszystkich.
W mieszkaniu było duszno, biała koszula Stojaka, którą żona z rana starannie wyprasowała, przykleiła się do jego pleców. Pot ściekał mu po czole, przetarł je więc dłonią i spojrzał na pomieszczenie. Korytarz nie był długi, po prawej znajdowały się przeszklone drzwi prowadzące do pierwszego pokoju, lecz fetor nie wydobywał się z nich. Stojak znał rozstaw tego typu mieszkań, mieszkał w podobnym, tylko w gorszej dzielnicy. Przedpokój w kształcie odwróconej litery L, trzy pokoje, łazienka, kibel, kuchnia, kredyt na trzydzieści lat, fetor gratis. Minął pokój z prawej i ruszył do gościnnego, znajdującego się na końcu załamania po lewej. Jego stopy powoli poruszały się po drewnianych panelach. Nie trzeba było detektywa, żeby wiedzieć, że zmierza do właściwego pomieszczenia. Tym razem jako kompas służył mu żołądek. Czuł, jak wszystko w nim pływa, przyszła mu na myśl łódeczka na rozszalałym morzu. Nie wiedział, jak długo wytrzyma, zanim i on puści pawia. Był wściekły na kolegę, że tak szybko odpadł. Odwrócił się i spojrzał na jego bladą twarz. „Długo nie wytrzyma. Dwa lata i zostanie jakimś cieciem pilnującym samochodów na parkingu” – pomyślał i wrócił do swojego zadania. Musiał się upewnić, że leży tam trup, a nie zapomniany kurczak z promocji w Lidlu. Już raz się pospieszył, gdy wezwany przez zaniepokojonych sąsiadów źle
12 Nadchodzę
ocenił sytuację. Wtedy w pomieszczeniu też śmierdziało nie tak paskudnie jak w tym. Nie wchodząc do środka, postawił na nogi całą dochodzeniówkę. Nie wiadomo skąd przyjechali też dziennikarze. Wszyscy zjawili się tylko po to, by dowiedzieć się, że właściciel wyjechał na tydzień do Pragi, zapominając włożyć trzy kilogramów karkówki do zamrażalnika. Ubaw na całego, ale nie dla Stojaka. Ta pomyłka kosztowała go premię, a co pewien czas koledzy przypominają mu o tej wpadce, podrzucając do radiowozu pieprzone mięso.
Drzwi były przymknięte, usłyszał znajome brzęczenie. Jedna ze sprawczyń tego dźwięku wyleciała z pokoju i skierowała się w stronę kuchni. „Leci po keczup” – pomyślał. „Weź mi zimnego bronka, skarbie” – powiedział w myślach i uśmiechnął się na chwilę. Lekko popchnął drzwi. Odór uderzył go ze zdwojoną siłą. Nie mylił się, na łóżku leżały rozkładające się zwłoki. Muchy – ten gatunek ma swoją nazwę, ale on nie mógł jej zapamiętać – były wszędzie. Trup miał zamknięte oczy, ale nie usta. To właśnie z nich wylatywały i z powrotem wracały pieprzone owady. Po tym, co kiedyś było wargami, dreptała taka spasiona, jak jego szwagierka, która zatruwa mu życie każdego popołudnia, przychodząc na pogaduszki. Często zastanawiał się, ile trzeba czasu, by i jego żona stała się taką otyłą zołzą – muchą.
„Co, do cholery?” – Uniósł brwi ze zdziwienia. Coś mu nie pasowało. Wiedział, że w mieszkaniu zameldowany był mężczyzna, trup posturą przypominał potężnego chłopa. To dlaczego, do cholery, miał na sobie kobiecą czerwoną bieliznę? Nie zdążył odpowiedzieć na to pytanie, myśli zagłuszyła mocniejsza chęć zwymiotowania. Wybiegł z mieszkania na klatkę schodową, gdzie stał jego kolega, by pokazać światu, jak wygląda kanapka z polędwicą, którą zjadł na śniadanie.
Rozdział 1
Sierżant Jose Mendez biegł w kierunku miejsca, gdzie pojawiła się kałuża krwi. Serce łomotało mu jak spłoszonemu ptaku skrzydła podczas ucieczki przed wygłodniałym lisem. Syrena alarmowa zaczęła wyć. Więźniowie w pozostałych celach zachowywali się jak dzikie zwierzęta zamknięte w klatce, wrzeszczeli i dopingowali temu makabrycznemu zdarzeniu, jakie miało teraz miejsce w celi siedem B. John Lee, biały Amerykanin, który odsiadywał wyrok za zabójstwo oraz gwałt na emerytowanej nauczycielce, skakał jak oszalały, wykrzykując przekleństwa. Mike Hogan, rudowłosy Irlandczyk skazany za poćwiartowanie ciała swojej kochanki, z całej siły uderzał głową o kraty. Z rozciętego czoła płynęła krew.
– Zamknijcie się!
Do uszu Mendeza dobiegł basowy głos zza pleców.
– Zamknąć się! – powtórzył stanowczo strażnik biegnący tuż za nim.
Klimatyzacja już od południa nie działała. W celach było tak gorąco, jakby sam szatan był naczelnikiem tego więzienia. Jeszcze przed chwilą, nieświadomy tego, co się miało wydarzyć, Jose – krępy Latynos o krótkich nogach i okrągłej twarzy – rozmawiał zaczepiony przez czarnoskórego Briana (jazda po pijaku i przejechanie funkcjonariuszowi z drogówki po stopie, podobno aż się zesrał z bólu) o słabej grze Yankeesów w tym sezonie.
14 Nadchodzę
To była przeszłość. Teraźniejszość wyznaczały wyjące syreny i czerwone migające światła nad celami. Mendez czuł się jak w zoo, więźniowie jak dzikie szympansy walili o kraty, w powietrzu wisiała żądza krwi. I było coś jeszcze, coś o wiele okropniejszego niż krew. Ta zła siła znajdowała się teraz w kwaterze siedem B.
Dotarł do celi. Pot ściekał mu po twarzy, torsie, udach. Koszula przykleiła się do ciała. Zbladł z przerażenia, gdy ujrzał makabryczny widok za kratami. Pozostali strażnicy starali się uciszyć rozszalałych więźniów, a Mendeza w tym momencie opuściła wszelka nadzieja na dobre zakończenie.
– O ja cię pier…
Klawisz o basowym głosie, który przybiegł jako drugi, puścił pawia. Mendez stał przed celą, patrzył jak zahipnotyzowany na przeraźliwy obraz. Strażnik o basowym głosie podnosił się ciężko z kolan. Funkcjonariuszom udało się uciszyć większość osadzonych. Jose poczuł zimny powiew śmierci na plecach. Nie odzywał się, tylko patrzył. Pozostali strażnicy, którzy kolejno nadchodzili, też tylko kierowali wzrok w okrutny obraz, a na ich twarzach diabeł malował przerażenie, pobledli natychmiast, szczęki opadły im z niedowierzania, a w oczach było widać czysty strach.
Ściany były zamazane krwią, przypominały dzieło czterolatka, który zamoczył dłonie w czerwonej farbie. Ciało więźnia, osadzonego dwa dni temu w tej celi, leżało na betonowej posadzce prostopadle do pryczy. Głowę miał przekręconą o sto osiemdziesiąt stopni. Jedno oko wypłynęło, drugie zostało wbite w głąb czaszki. Ofiara przegryzła sobie język. Krwawy strumyk dopłynął do butów Mendeza, sierżant się nie poruszył. Wpatrywał się w ciało. Nie był pewny, ale wydawało
15 Rozdział 1
mu się, że palce lewej dłoni ofiary drgają, jakby wystukiwały melodię do dzieła Ludwiga van Beethovena Dla Elizy, jedyny utwór, jaki Mendez pamiętał z lekcji muzyki ze szkoły.
Oprawca siedział obok ciała, na łóżku, z zamkniętymi oczami. Gwizdał coś pod nosem i kiwał się jak indiański szaman podczas transu. Z potężnych dłoni skapywała krew. Kap, kap, kap…
Otworzył oczy, przestał gwizdać. Wiedział, że jego koszmary niedługo się skończą. Powoli podniósł głowę i skierował wzrok na bladego funkcjonariusza. Wpatrując się w niego, prawą dłonią przetarł tatuaż na potężnym lewym bicepsie. Zarówno wytatuowany skrót USMC, jak i bielik amerykański dominujący na globem zniknęły pod warstwą świeżo rozmazanej krwi. Jedynie trzy imiona z datami śmierci zostały nienaruszone. Po chwili krew zmieszana z potem zaczęła powoli przykrywać i tę część tatuażu.
– Pozbyłem się złego człowieka. – Był tego tak samo pewny jak tego, o czym rozpisywały się w ostatnich dniach gazety.
Jedna z gazet leżała – musiał upuścić ją strażnik – na posadzce, tuż przy celi jeden B, w niektórych miejscach poszarpana przez dziesiątki butów. Była otwarta na stronie ze zdjęciem potężnego statku, pod śladem podeszwy wojskowego trapera widniał nagłówek: „Kolejny udany rejs «Titanica»”.
***
– Czy może się pan pośpieszyć? – zapytała kobieta o siwych, elegancko uczesanych włosach. Stukając palcami prawej dłoni po jedwabnej sukni od Valentino Garavaniego, nie ukrywała zdenerwowania. – Nie zdążymy.
16 Nadchodzę
– Kochanie, daj spokój, jesteśmy już prawie na miejscu – powiedział jej mąż spokojnym głosem, nie spuszczając wzroku z mijanych przechodniów ukrytych pod parasolami.
– Przykro mi, psze pani, ale widocznie nie tylko my dziś się wybieramy do Carnegie Hall. – Taksówkarz przekręcił gałkę w skrzeczącym radiu i Last Dance Donny Summer umilkło. – Niech pani spojrzy, wszyscy się tam kierują. Musi być dziś coś wyjątkowego – bronił się, wskazując na rząd taksówek parkujących przed potężnym gmachem.
Wiał silny wiatr, deszcz zacinał z zachodu, a ludzie wyskakiwali z pojazdów i szybko chowali się w budynku. Wycieraczki niemiłosiernie katowały napędzające je silniczki.
– Tak, jest, a przez to, że pan tak późno przyjechał, to się spóźnimy. – Nie spojrzała w miejsce, które wskazywał kierowca. Szukała czegoś w swojej torebce.
– Ale ja byłem na czas, psze pani. – Spojrzał we wsteczne lusterko i zauważył, że kobieta go ignoruje. – To ja czekałem na psze panią z szanownym małżonkiem prawie dwadzieścia minut. A poza tym to Nowy Jork, miasto wiecznych korków.
– Dobrze, dajmy spokój, nie cofniemy czasu, a właśnie podjeżdżamy. Już jesteśmy, widzisz? – mówiąc to, małżonek rzucił okiem na zegarek. Byli spóźnieni trzy minuty. Ale nie tylko oni, za nimi stały następne taksówki gotowe do pozbycia się swoich pasażerów. Zerknął na Carnegie Hall i zwrócił się do partnerki, która zajmowała się pudrowaniem twarzy. Delikatnie położył dłoń na jej kolanie. – Spójrz, kochanie, to tu.
– Co jak co, ale mogli ładniejszy budynek postawić. – Spoglądała z niesmakiem w stronę gmachu.
– Słucham? – zapytał zaskoczony nieoczekiwanym stwierdzeniem małżonek, patrząc, jak silny wiatr z deszczem próbują
17 Rozdział 1
sforsować tego kolosa. Tuż przed nim portier walczył z parasolką, która wygięła się poddana sile wiatru.
– Anglicy mają Royal Opera, Włosi piękny budynek w Mediolanie, nawet Ruscy mają ładny teatr w Moskwie, a my co? Wielki urząd skarbowy oświetlony jak choinka. Wstyd na cały świat!
– Masz rację, skarbie, nie jest najpiękniejszy, ale…
– Jeżeli mogę się wtrącić, psze pani – dorzucił z poważną miną taksówkarz, nie czekając na aprobatę kobiety – polecam pani piękny budynek w Paryżu, w sam raz na pani gusta.
– O! – Zaskoczona pierwszy raz skierowała wzrok na kierowcę. – Ciekawa jestem, gdzie dokładnie?
– La Santé¹. – Włączył migacz w lewo, przepuścił parę, której wiatr rozdarł parasol, i ruszył pod wejście.
– La Santé? – zapytała zaskoczona tym, że taksówkarz może znać inne miejsca poza Nowym Jorkiem. – A co tam jest? Teatr, muzeum, a może irlandzki pub? – Parsknęła, patrząc na jego rude włosy wystające spod futbolówki z logo Yankeesów.
– Jest to bardzo ładne miejsce, odwiedzają je sami najwięksi. Ale nie powiem nic więcej, zostawiam pani rozwikłać zagadkę, co tam się znajduje – mówiąc to, na chwilę uprzejmie się uśmiechnął w kierunku pasażerki. Szczerze żałował, że nie zobaczy miny kobiety, gdy dowie się o prawdziwej roli tego miejsca. Wyobraził sobie, jak ta paniusia zamienia swoje drogie sukieneczki na piżamę w paski i stoi z innymi więźniami w kolejce po zupę z czerstwym chlebem. – I z całego serca życzę pani, by pani odwiedziła to przepiękne miejsce.
¹ La Santé – więzienie położone w 14. dzielnicy Paryża. Jedno z najsławniejszych we Francji.
18 Nadchodzę
– Przyznam, że mnie pan zaskoczył. – Chowając puderniczkę do torebki, spojrzała na męża. – Kochanie, czy będąc w Europie, zabierzesz mnie do Paryża? Chciałabym znaleźć się w tym… Jak to pan nazwał?
– La Santé, psze pani. – Poważna mina znów wróciła na jego twarz.
– Właśnie, La Santeee – przeciągnęła nieudolnie końcówkę, próbując nadać całości wydźwięk damy prosto z Francji.
– Tak, tak. Możemy już wyjść? – Mężczyzna grzebał w skórzanym portfelu, gdy taksówka zaparkowała. – Zaraz naprawdę się spóźnimy. Reszty nie trzeba – zwrócił się do taksówkarza, podając mu banknot.
– Dziękuję, psze pana, życzę miłego oglądania. – Nie doczekał się odpowiedzi, drzwi się zatrzasnęły. Dotarły do niego jeszcze narzekania kobiety na napiwek pozostawiony przez jej męża. Uśmiechał się, spoglądając na dwudziestodolarowy banknot. Pogłośnił radio, leciała Copacabana Barry’ego Manilowa. Śpiewając wraz artystą, przesunął dźwignię w pozycję drive, skrzynia cicho zagrzechotała i ruszył do przodu.
***
Carnegie Hall powoli zaczęło się wypełniać przybyłymi na koncert gośćmi. W sali panował zaduch, w powietrzu unosiła się wilgoć, która mieszała się z zapachem perfum kobiet i mężczyzn, co wywoływało u niektórych mdłości. Małżeństwo usiadło na trzecim piętrze w piątym rzędzie. Siwowłosa kobieta wyjęła czarny wachlarz z czerwonymi wstawkami i zaczęła delikatnie machać nim, jak większość kobiet w sali, włączając się w rytmiczny szelest. Przed parą, która miała
19 Rozdział 1
przed chwilą sprzeczkę o wysoki napiwek dla taksówkarza, roztaczały się ogrom i najwyższa klasa całej sali. Dwa poniższe balkony w kształcie litery C i rząd wiśniowych krzeseł idealnie komponowały się ze sceną z dębową posadzką, na której pośrodku stał czarny fortepian. Goście także podkreślali klasę dzisiejszego wydarzenia. Dżentelmeni w czarnych frakach czekali, aż ich towarzyszki, ubrane w suknie od najlepszych projektantów, pierwsze zajmą swoje miejsca. Chwilę trwało, zanim wszyscy usiedli, i poza szelestem wachlarzy zapadła cisza. Światła zgasły. Dwa reflektory oświetliły fortepian. Trzeci podążał za szczupłym niskim mężczyzną o spiczastym nosie który pojawił się scenie. Ubrany w czarny frak i białą koszulę przywitał się z publicznością, a ona odwzajemniła się oklaskami.
Bohdan Kowalski usiadł przy bosendorferze. W sali znów zapanowała prawie idealna cisza, nawet szepty, które zazwyczaj towarzyszyły poprzednim jego występom, ucichły. Przysunął taboret obity bordowym aksamitem bliżej fortepianu, zamknął oczy. Wciągnął głęboko powietrze, by powoli je wypuścić. Jego długie palce delikatnie powędrowały po klawiszach. Z czułością przycisnął klawisz D w drugiej oktawie i odpłynął na swoją wyimaginowaną wyspę.
Goście we frakach i drogich kreacjach zostali na lądzie. Zapomniał o sali i gmachu, w którym się znajdował. Był tylko on i przepiękna muzyka płynąca z bosendorfera. Palce płynnie poruszały się po klawiszach, a z fortepianu wydobywała się muzyka. Muzyka pełna żalu i niezrozumienia, bólu i upokorzenia, pełna miłości, opowiadająca o złamanym sercu. Muzyka, w której chwile radości były brutalnie wypędzane przez smutek i gorycz tkwiące w Bohdanie. Tu główną rolę grały
20 Nadchodzę
nuty. Kolejne utwory tworzyły wyimaginowane sceny w wyobraźni autora, gdzie nuty przeistaczały się w armie walczące ze sobą na śmierć i życie w obronie swej królowej, w obronie swej wolności. Inna scena, widziana oczyma pianisty, przedstawiała śpiewające radośnie nuty które tutaj zmieniały się w bandę krasnoludów w tawernie przy gorzałce. Ostatni utwór prezentował scenę, w której nutka, która ukazywać miał postać Bohdana, stała na krawędzi przepaści. Rozżalona wahała się przed skokiem, cierpiała z powodu złamanego serca. W tym czasie wybranka jego serca radośnie bawiła się ze swoim kochankiem. Wszystkie te sceny były odzwierciedleniem tego, co się działo w duszy Bohdana. Tu był jego świat i nikt nie miał do niego prawa wstępu. Przybyli na koncert goście mogli mu się tylko przyglądać, ale z daleka. To tu uciekał za każdym razem, gdy delikatne palce dotykały klawiszy fortepianu. Po jego policzkach płynęły łzy, ale nie tylko on płakał tego wieczoru.
***
Bohdan Kowalski stał przy fortepianie w całkowitej ciszy. Zapalono światła, które oświetliły całą salę. Artysta patrzył na widownię, a jego pewność siebie słabła. Sekundy zamieniały się w minuty, a minuty w wieczność, przynajmniej tak mu się wydawało. „Może nie jestem tak dobry, może im się nie podobało” – coraz straszniejsze myśli wkradały się do umysłu pianisty. Miał sucho w ustach poczuł skok ciśnienia i lekki zawrót głowy. Niepokój narastał.
Kiedy grał, przebywał we własnym świecie, gdzie nie było nikogo poza nim. Z małego Dawida stawał się niezwyciężonym
21 Rozdział 1
Goliatem. Lecz gdy oddalał się od fortepianu, wracał do świata ludzi, których się obawiał i łagodnie mówiąc, nie lubił. W tym momencie bał się reakcji publiczności. Serce w nim łomotało.
Znów się pomylił. Minęło kilka sekund od momentu, gdy skończył grać i stanął przed publicznością, tyle potrzebowali zebrani, by oklaskami na stojąco nagrodzić jego koncert. Zagrane tego wieczoru w Carnegie Hall takie utwory, jak Dziecko Judasza, Śmierć Makbeta czy Nieustraszony pogromca własnych słabości, zachwyciły publiczność, zwłaszcza płeć piękną. I choć już przed występem przewidywano takie zakończenie, to jednak dla człowieka, który całe życie walczył ze swoimi kompleksami z powodu niskiego wzrostu oraz braku zainteresowania płci przeciwnej, nie było to jasne.
Sala bankietowa, do której po koncercie udali się goście wraz z Bohdanem, była w kształcie kostki Rubika. Każda ze ścian miała swój balkon z otwartymi na oścież oszklonymi drzwiami, gdzie po obu stronach wejścia stały metrowe palmy w dużych glinianych donicach. W środku panował półmrok a jedynym źródłem światła były dziesiątki świec stojących na świecznikach przymocowanych do ścian (co jakiś czas kelner chodził i podpalał, te które zgasły pod wpływem silniejszego podmuchu wiatru z zewnątrz). Z pomieszczenia usunięto wszystkie stoły, by zrobić więcej miejsca. Kelnerzy znikali i pojawiali się, by dolać gościom szampana lub donieść lampki białego i czerwonego wina. Gdyby w pomieszczeniu znalazł się niewidomy, mógłby się pogubić i mylnie stwierdzić że znajduje się na bazarze, wszystko to z powodu natężeniu rozmów, jakie panowały w środku. Balkony były okupowane przez mężczyzn delektujących się cygarami. Bohdan nie mógł
22 Nadchodzę
sobie pozwolić na tę przyjemność, stał z kieliszkiem białego wina na środku sali i przyjmował gratulacje od pojedynczych gości.
– Brawo i jeszcze raz brawo! – pochwalił Stephen Lake, przystojny blondyn średniego wzrostu, zaskoczonego pianistę. Miał na sobie wygniecione dżinsy i skórzaną kurtkę. Był wschodzącą gwiazdą Hollywood. Ze swym specyficznym typem urody, talentem aktorskim oraz ojcem, znanym reżyserem, wielkimi krokami maszerował na czerwony dywan. Prawdopodobnie nawet ojciec nie spodziewał się, jak daleko zajdzie jego pierworodny w przyszłości. I choć sam wprowadził syna na salony, to tylko znakomita gra aktorska pomogła Stephenowi utrzymać się w czołówce i dostawać coraz lepsze role filmowe.
– Dziękuję ci, przyjacielu, choć nie jestem pewien, czy jest za co bić brawa – odparł lekko zmieszany gratulacjami Bohdan.
– Co ty wygadujesz? Twój występ oglądała pełna sala tych burżujów. I ta sama pełna sala biła brawa na stojąco. – Lake szybkim ruchem chwycił kieliszek białego wina od przechodzącego kelnera. Lekki grymas pojawił się na jego twarzy, gdy opróżniał kieliszek. – Rozumiesz, co mówię? Na stojąco, a to rzadko się zdarza w tej dziurze.
Bohdan wiedział, o czym mówi Lake. Krytycy już od dłuższego czasu rozpisywali się o kunszcie pianisty, ale każdy artysta wiedział, że to publiczność jest zarówno sędzią, jak i katem. Od nich zależy, czy zetną dziś głowę swojej ofierze, czy będą ją głaskać. Ale dzisiaj docenili to, jak łączył styl Chopina, przynajmniej na początku utworu był on bardzo wyczuwalny. W połowie Chopin zanikał i w utwór z impetem wkraczał
23 Rozdział 1
Beethoven. Niektórzy żartobliwie mówili, że Bohdan skradł dusze tych dwóch i teraz oni przemawiają do świata żywych za pomocą jego długich palców.
– Jeszcze raz dziękuję, wiem, że chcesz być miły, ale…
– Boooże, czuję się, jakbym gadał do twojego pianina, choć chyba ono by było bardziej rozgarnięte. – Podniósł rękę w kierunku kelnera.
– Fortepianem…
– Słucham?
– Powiedziałeś pianino, ja gram na… – Nieważne, słuchaj mnie. Czy ty wiesz, gdzie się teraz znajdujesz?
– Carnegie Hall?
– Pytasz czy stwierdzasz? – Wziął dwa kieliszki z czerwonym winem od kelnera i wprawnym ruchem opróżnił jeden z nich. Odstawił na tacę, kelner z powagą grabarza skinął głową i odszedł. – Ale mają tu słabe te trunki. Na czym to ja skończyłem? Nieważne. Tak, jesteś w Carnegie Hall, tylko że ta rudera nie jest zwykłą salą koncertową, w jakich występowałeś do tej pory. To jest hala założona przez wielkiego człowieka, o wielkich dokonaniach, i tacy właśnie ludzie tutaj trafiają. Wielcy, u których odkryto wielki talent, mój kolego. A ty właśnie dziś rzuciłeś całą publikę na kolana!
– Rozumiem, ale potrzebuję więcej czasu, żeby to wszystko do mnie dotarło. W tym momencie wiem tylko, że muszę się napić czegoś mocniejszego niż szampan.
– To rozumiem. – Klasnął w dłonie, wybuchając z radości i nie zwracając uwagi na gości, którzy spojrzeli w jego kierunku, szepcząc do siebie. Był pewny, że plotkują na jego temat, ale dziś miał to w dupie, nie interesowało go, co inni mówią
24 Nadchodzę
o nim. – W końcu ten twój żydowski móżdżek zaczyna poprawnie funkcjonować. A przyznam, że zacząłem tracić wiarę w jego istnienie, Chopinie. Chodźmy!
Bohdan był pochodzenia żydowskiego. Jako dziecko trafił do obozu koncentracyjnego znajdującego się na terenie okupowanej Polski. Tylko cudem przeżył, unikając komory gazowej. Tyle szczęścia nie mieli jego rodzice, którzy właśnie tam zostali zamordowani. Od najmłodszych lat wyróżniał się spośród swych rówieśników specyficzną miłością do muzyki poważnej. Rodzice zauważyli jego talent do gry na pianinie i nie szczędzili środków, by w tym kierunku kształcił się ich jedyny syn. O finanse nie musieli się martwić, do czasu wybuchu wojny ojciec prowadził sklep na terenie Warszawy i wiodło im się bardzo dobrze. Naukę przerwały wojna i prześladowania Żydów w stolicy. Z początku, dzięki znajomościom ojca, rodzinie udawało się unikać aresztowania. Nazwisko Cymerman zamienili na Kowalski i starali się nie wyróżniać w tłumie, lecz pod koniec wojny zostali rozpoznani i wydani gestapo. Wszyscy trafili do osobnych obozów.
Niemcy skapitulowali osiem miesięcy po aresztowaniu rodziny Cymermanów, lecz tylko jeden z jej członków przeżył. Bohdana odnalazła rodzina ze strony matki przebywająca w Ameryce i ściągnęła go do Stanów Zjednoczonych, gdzie mógł kontynuować swoją pasję. Fortepian stał się jego przyjacielem, do którego uciekał, aby zapomnieć o traumatycznych przeżyciach z czasów wojny. Nie wrócił już do żydowskiego nazwiska. Choć wielokrotnie powtarzano mu, że w USA jest bezpieczny i nie musi się obawiać tego, że jest Żydem, on się bał, że historia się powtórzy. Próby wmówienia mu, że w Stanach jest bezpieczny, nie docierały do niego. Polska także była bezpiecznym domem do ery Hitlera.
25 Rozdział 1
– Do niego jeszcze dużo mi brakuje. Wystarczy, że będziesz mi mówił po imieniu – odpowiedział pianista na pochwałę.
– Okej, więc słuchaj mnie, Polaczku. – Uśmiechnął się szyderczo. – Lub jak wolisz… Bohdanie. Dziś u mnie robię imprezę. Olejmy ten bal żywych trupów i jedźmy do mnie. Będzie dużo alkoholu i fajne dziewczynki. Sam wiesz, kilka fajnych aktoreczek, które zrobią wszystko, żeby zabłysnąć. Co ty na to?
– Jestem za – powiedział bez zastanowienia, oczy zalśniły mu dziwnym blaskiem, tylko…
– Brawo – przerwał przyjaciołom rozmowę starszy mężczyzna – czy mogę uścisnąć dłoń jednemu z największych pianistów lat siedemdziesiątych?
– Oczyw… – zawahał się Bohdan – oczywiście, panie Cage. To przyjemność słyszeć od tak wybitnej postaci jak pan gratulacje.
– Mów mi John. Muszę ci powiedzieć, że pokazałeś klasę. – Poklepał Kowalskiego po ramieniu lewą dłonią, prawą zaś ścisnął delikatną rękę pianisty. John Cage był śpiewakiem operowym, który w tamtych czasach nie miał sobie równych. Słynął z wybitnego głosu, nadmiernej masy ciała oraz upodobania do alkoholu. Te dwa ostatnie doprowadziły go przed bramę Świętego Piotra dwa lata później. Umarł na zawał, lecz gdyby nie serce, to prawdopodobnie odszedłby z tego świata na marskość wątroby w niedalekiej przyszłości.
– Muszę panów przeprosić – przerwał Stephen – ale będę już uciekał. Bohdan – mówił cicho przy uchu kolegi – czekam na dole, pojedziemy razem.
– W porządku, daj mi chwilę – odpowiedział.
26 Nadchodzę
– Trzymam za słowo. Miło było pana znów widzieć, panie Cage. – Pożegnał się z Johnem uściskiem dłoni.
– Mnie również. Pozdrów ode mnie ojca.
Lake zacisnął pięści, ale nic nie odpowiedział. Zniknął w tłumie, po drodze biorąc z tacy kelnera jeszcze jeden kieliszek wina.
– A co do pana, musimy porozmawiać. Zabieram pana na kieliszek szampana. No i musi poznać pan moją żonę. Nie darowałaby mi, gdybym jej nie przedstawił.
– Ale… – próbował się wymigać Bohdan, nie znalazł jednak dobrego pretekstu.
– Nie przyjmuję sprzeciwu, zajmie to kwadrans. O, idzie, muszę jednak pana ostrzec jak przyjaciel. Ona tylko tak łagodnie wygląda, tak naprawdę to wred… Kochanie moje, poznaj pana Bohdana.
Cage dotrzymał słowa, ich rozmowa trwała niespełna kwadrans. Bohdan przyjął jeszcze wiele gratulacji od innych uczestników bankietu, aż wreszcie niezauważalnie udało mu się wyrwać ze szponów lekko podpitych fanek powyżej wieku średniego. Stephen czekał przed wyjściem, racząc się ze srebrnej piersiówki czystą wódką.
– No, nareszcie! Już myślałem, że masz ochotę na szybki spadek i weźmiesz się za którąś z tych bogatych laleczek, co trzymają uzębienie w złotych kuflach – szydził.
– Nie bądź taki mądry, lepiej daj mi się napić. Potrzebuję czegoś mocniejszego. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem, ale żona Cage’a zapraszała mnie, bym poleciał z nimi zwiedzić pewne więzienie we Francji.
– Może liczy na małe bara-bara na więziennej pryczy. – Podał Kowalskiemu piersiówkę. Deszcz ustał, powietrze było
27 Rozdział 1
chłodne, a pojedyncze chmury co jakiś czas zasłaniały księżyc w pełni. – Dużo tego nie zostało. Trzeba było się pośpieszyć.
Bohdan szybkim ruchem przechylił piersiówkę i wypił do dna, lekko się krzywiąc.
– Auto już czeka, jedziemy. Ja prowadzę – zarządził Lake, kierując się do potężnego białego lincolna continentala IV.
– Widzę, że ci się powodzi, tej zabawki jeszcze nie widziałem. Chyba powinienem przekwalifikować się na marnego aktorzynę i wtedy też bym takim jeździł.
– Mógłbyś. Gdybyś był takim samym aktorem, jakim jesteś pianistą, to mówię ci, chłopie, jeździłbyś… niech pomyślę – przerwał na chwilę, udając, że się zastanawia, po czym z uśmiechem na twarzy rzekł – jeździłbyś przy odrobinie szczęścia dorożką do pracy, o ile byś taką tu znalazł. Chodźmy, bo panienki czekają. – Chwiejnym krokiem podszedł do auta. Otworzył drzwi, by wpuścić kolegę. – Panie przodem.
– Poczekaj – powstrzymał go Bohdan.
– Czego znowu? – Zamknął drzwi. – Cizie nie będą czekać całą noc. Zaraz się upiją i ktoś inny je nam wydupczy.
Kowalski odwrócił się w stronę Carnegie Hall; krople zaczęły kapać z nieba. Nie zwracając na to uwagi, zwrócił się do Stephena, który wyjął z auta czarny parasol.
– Spójrz, mój przyjacielu, na ten wspaniały budynek. Jeszcze kilkanaście lat temu chcieli go zrównać z ziemią, wiesz o tym? Brylowali tutaj najwięksi, a teraz chłopak z Polski występuje na równi z innymi, czy to nie jest coś wielkiego?
– Z Polski? A gdzie to, do jasnej cholery, jest? – Wybuchnął śmiechem, po czym spoważniał. – Chodźmy już, bo panienki stygną.
28 Nadchodzę
Światła nadjeżdżającej taksówki oślepiły ich na chwilę, kierowca zatrąbił, na co Lake pokazał mu środkowy palec i wskoczył do lincolna. Bohdan spojrzał na podpitego kolegę i wsiadł za nim do samochodu. Continental ruszył z piskiem opon w kierunku TriBeCa – Triangle Below Canal Street, jednej z bardziej artystycznych dzielnic Nowego Jorku.
Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze i obejmowało większą część prawego skrzydła budynku. Stephen złapał za klamkę drzwi. Były zamknięte, chwilę mu zajęło, zanim znalazł klucze. W pomieszczeniu panowały cisza i ciemność, gdy weszli do środka. Czuć było zapach alkoholu zmieszany z wonią perfum, zarówno męskich, jak i damskich.
– Chyba twoi znajomi zmyli się – zasugerował Bohdan, zdejmując płaszcz w przejściu.
– Widocznie tak – przyznał Lake, szukając włącznika.
– Niespodzianka! – krzyknęli ukryci za meblami znajomi aktora. Pomieszczenie zalało się światłem. Mulatka z afro włączyła stereo i z głośników popłynęła YMCA Village
People. Zgromadzeni zaczęli tańczyć. Kilka osób przywitało się z Lake’em i pianistą. Inni kontynuowali to, co robili przed zgaszeniem światła. Potężny mężczyzna, ostrzyżony na jeża – jak się później okazało zawodnik New York Giants – usiadł przy szczupłej brunetce i zaczęli wciągać kokainę przez rulonik banknotu studolarowego.
– Niech zacznie się impreza – szepnął Stephen do kolegi i zniknął w tłumie.
Większość wieczoru upłynęła spokojnie, jeżeli imprezę, gdzie miesza się kokainę z alkoholem, można tak nazwać. Nikt nie wyskoczył przez okno, sąsiedzi nie wezwali policji, pewnie dlatego, że wszyscy byli na imprezie.
29 Rozdział 1
Bohdan przyłączył się do grupki artystów, którzy palili
jointy. Obserwował młodziutką aktoreczkę, która rozmawiała z parą gejów. Śmiała się głośno, podszczypywała swoich rozmówców i ukradkiem spoglądała na niego, uśmiechając się… Stephen zauważył to i podszedł do kolegi.
– Co jest? Widzę, że podoba ci się ta świeżyzna – zaczepił przyjaciela. – Ale muszę ci powiedzieć, że ta młódka to bardzo młodziutka – dodał, lekko bełkocząc – ale co tam. Od uściś- nięcia sobie dłoni jeszcze nikt nie umarł. Chodź, przystojniaku. – Chwycił Bohdana za rękę. Z głośników leciała You're the one that I want z filmu Grease.
– Hej, Veronica! – Podeszli do młodej aktorki. – Chcę, żebyś poznała mojego przyjaciela, który jest moim naj…
– Dobrym przyjacielem – przerwał mu Bohdan. Przedstawił się, wyciągając dłoń w kierunku dziewczyny.
– No to tyle z mojej strony, ja znikam. – Objął ich dłońmi i z dumą ciotki, której udało się zeswatać siostrzeńca z ładną dziewczyną, patrzył na nich przez chwilę, uśmiechnął się i westchnął, po czym pobiegł do zgromadzonych przy barku.
Oboje odprowadzili go wzrokiem. Zaczęli się śmiać, widząc, jak niezdarnie, machając biodrami i klaszcząc, dołącza do grupki roztańczonych dziewczyn.
– Napijesz się czegoś? – zapytał.
– Dziękuję, ale nie powinnam, przepraszam.
Bogdan spojrzał na nią. Obejrzał się wokół, jakby kogoś szukał.
– Wiesz co?
– Co? – zapytała szeptem, uśmiechając się w jego kierunku.
– Powiem ci w tajemnicy. – Przybliżył usta do jej ucha, tak że jego wargi lekko ocierały się o płatek jej małżowiny. – Nikomu
30 Nadchodzę
nic nie powiem, a i po gościach widzę, że raczej by nie mieli za złe, jakby taka ładna dziewczyna wypiła co nieco na rozluźnienie atmosfery, więc?
– No nieee wie…
– Stooop, nie kończ! – Nie czekał na odpowiedź. Podbiegł do barku, nalał jacka danielsa i dolał coli. Upewniwszy się, że nikt nie patrzy, do drinka dosypał białego proszku. „To ją rozluźni” – pomyślał i podszedł do lekko speszonej dziewczyny. Nie zważając na jej próby sprzeciwu, wcisnął jej do dłoni napój, uśmiechając się i mówiąc: – Na zdrowie, za mój występ i twoją przyszłą karierę.
Dziewczyna po krótkim namyśle wzięła łyka.
– Nie mam na imię Veronica. – Wolno oblizała wargi.
– Też tak myślałem. On tak do wszystkich mówi. To jego sposób na podryw.
– Jak to? – Uniosła cienkie brwi.
– Podchodzi do dziewczyny i zwraca się do niej, tak jak powiedział do ciebie. Ta uprzejmie informuje go, że się pomylił. A Stephen ją przeprasza, tłumacząc się, że gra teraz w filmie. A jedna z ról kobiecych…
– O imieniu Veronica? – Uśmiechnęła się, rzucając szybkie spojrzenie w stronę Stephena.
– Właśnie. Więc jest tak. Rola, którą gra Veronica, przedstawia kobietę piękną jak Atena z mitologii greckiej i sercu tak dobrym jak u matki Teresy. Później wciska kit, że się pomylił, bo z tą postacią ją skojarzył, i próbuje zaciągnąć do łóżka.
– I mu się udaje?
– Podobno tak, mnie na to nie wyrwał. Bohdan Kowalski, a mam przyjemność z…? – Uśmiechnął się drugi raz tego wieczoru, wyciągając delikatną dłoń w stronę dziewczyny.
31 Rozdział 1
– Joanne Brook.
Rozmawiali większość nocy, śmiali się i tańczyli razem, aż młodziutka
aktorka poczuła się senna. Bohdan zaprowadził ją do pokoju i położył na łóżku.
Joanne zasnęła. Kowalski usiadł obok śpiącej dziewczyny i patrzył na jej młode ciało. Zaczął jej dotykać niepewnie, delikatnie, opuszką palca wskazującego po udzie. Nie było sprzeciwu, żadnej reakcji, postępował coraz bardziej odważnie i wędrował bliżej jej łona. Rozpiął guziki w jej czarnych wranglerach.
Joanne ocknęła się i z przerażeniem zobaczyła, że ktoś leży na niej. Nie miała na sobie dżinsów ani bawełnianego sweterka. Doszło do niej, w jak beznadziejnej jest sytuacji. Próbowała się wyrywać, lecz on już był na niej i przygniatał ją swoim ciałem. Opierała się, szarpała, prosiła. Próbowała walczyć, aż zabrakło jej sił. W końcu się poddała. Gdy Bohdan Kowalski gwałcił bezbronną dziewczynę, Stephen wciągał koks studolarowym banknotem, który później wylądował w koszu. Joanne chciała wrócić do mamy, do swojego łóżeczka. Modliła się bezgłośnie, żeby to się już skończyło, żeby nigdy się nie wydarzyło, żeby znów stała się małą dziewczynką.