Kategorie blog
Kwaśne pomarańcze
Kwaśne pomarańcze

















 




                                              Spis treści

1. Wulkan ................................................................................7
2. Poplamiona niewinność ........................................................13
3. Kumple ...............................................................................18
4. Dorastanie ..........................................................................28
5. Zatrute gniazdo ...................................................................37
6. Granica desperacji ...............................................................48
7. Sylwester ............................................................................56
8. Odcienie wieczystego sztandaru ...........................................70
9. Burzliwa jesień ...................................................................115
10. Różyczka .........................................................................126
11. Czekolada na ostro ...........................................................133
12. Meursault ........................................................................142
13. Dysonans ........................................................................152
14. Marta ..............................................................................160
15. Wierność przegranej ........................................................169
16. Indolencja .......................................................................178
17. Napad .............................................................................187
18. Wizyta ............................................................................196
19. Falstart ...........................................................................204
20. Go-go .............................................................................212

21. Awaria ............................................................................227
22. Złota klatka .....................................................................233
23. Prześwietlona klisza .........................................................245
24. Szpara ............................................................................264
25. Niedokończone epitafium .................................................269
26. Uważność .......................................................................281
27. Macho w cywilu ..............................................................288
28. Niebieski ptak .................................................................300
29. Veto ..............................................................................307
30. Klika ..............................................................................311
31. Poronione marzenia ........................................................320
32. Urwana rozmowa ...........................................................327
33. Résumé .........................................................................333




                                                                                                                        1. WULKAN


        Najbardziej ze wszystkich lekcji bałem się matematyki. Tu już nie było miejsca na to, aby poprzez słowa, które budziły różne emocje, przy odrobinie sprytu i elokwencji zasypać szczelinki niewiedzy bądź odwrócić uwagę od istoty rzeczy. Nie, nie, nie było miejsca na to, aby w razie potrzeby zręcznie zmodyfikować jakąś wypowiedź, dane zagadnienie czy też omawiany temat tak, aby wybrnąć z kłopotów. Rozwiązując zadania, należało wiedzieć, co z czego wynika, w jakiej kolejności, umiejętnie odwoływać się do wcześniej przyswojonego materiału. Wiesz albo nie wiesz. Umiesz albo nie.
        Tymczasem wraz z kolejnymi zajęciami materiał stawał się coraz bardziej skomplikowany. Biada temu, kto się zgubił po drodze. Wszystko jedno, z jakich przyczyn. Żadne wymówki ani tłumaczenia nie interesowały naszej pani. Wręcz przeciwnie: kiedy tylko nabierała podejrzenia, że ktoś może czegoś nie rozumieć, nie umieć lub z czymś nie nadążać, wówczas z sadystyczną przyjemnością wzywała kogoś takiego do tablicy i kazała rozwiązywać zadania.
        Widząc, że drugoklasista gubi się lub choćby zbyt długo zastanawia publicznie, rozwiązując zadanie, wpadała w ten swój rytm, którego „chwalebnym” celem było zmobilizowanie biedaka lub biedaczki do wzmożonego wysiłku umysłowego. Miało to w efekcie naprowadzić delikwenta na właściwy tok rozumowania i ostatecznie wpoić zasadę leżącą u podstaw danego zagadnienia.
        Ten jej „właściwy rytm” był znaczony bardzo silnym głosem, którego nasza pani nauczycielka nie szczędziła w takich


8                                                                                                                   KWAŚNE POMARAŃCZE



momentach. Jej wrzaskom i wyzwiskom towarzyszył wyraz bezmiernej wściekłości na twarzy. Kiedy tego rodzaju próby „oświecenia” ośmiolatka zawodziły, nasza pani sięgała po niezawodną heblowaną dechę, długą prawie na metr, na około pięć centymetrów szeroką i półtora centymetra grubą.
        Finał takiego smutnego przedstawienia rozpoczynał się od, wywołującego powszechną grozę wśród uczniów naszej klasy, jej retorycznego pytania: „Gdzie jest ta moja laga?”. Po czym chwytała ją i wówczas zaczynał się prawdziwy horror show. Wpadając w amok, pani nauczycielka nie oszczędzała także dziewczynek. Wszyscy dostawali równo – wzorowy uczeń, który akurat był w trakcie nadrabiania zaległości spowodowanych swoją absencją, notorycznie lekceważący swoje obowiązki szkolne lewus czy też starający się, ale wolniej przyswajający materiał dzieciak. Wszyscy oni musieli się liczyć z serią ostrych cięgów wymierzanych lagą, które zagłuszało pomstowanie pijanej wściekłością pani nauczycielki. „Ty trąbo jerychońska! W jaki sposób skracamy ułamki?! No?! A jaki jest tutaj wspólny mianownik?! Ja ci dam sześć! Ja ci zaraz dam sześć!!! No, przed chwilą robiłeś podobne działanie!!! I co?! Już zapomniałeś?! Zaraz ściągnę ci spodnie i na goły tyłek przyleję! Zobaczysz! Będziesz tutaj świecił gołym dupskiem przy wszystkich dziewczynach! Gadać to potrafi! A tutaj przy tablicy prostego zadania rozwiązać nie umie!”


                                                                               ***


Ażeby uniknąć publicznego upokorzenia, starałem się ze wszystkich sił przykładać do nauki. Na bieżąco odrabiałem zadania. Uważałem na lekcjach. Bywały jednak takie partie materiału, które sprawiały mi trudności. Zwracałem się wtedy do taty z prośbą o to, aby mi wytłumaczył dane zagadnienie. Z początku ojciec spokojnie wszystko wyjaśniał. Po krótkim czasie niestety


 9                                                                                                                               1. WULKAN



tracił cierpliwość. W momencie kiedy mi nie szło i myliłem się, zaczynał zachowywać się coraz bardziej nerwowo. Podnosił głos, obrażał mnie, używając przykrych epitetów, rzucał teatralnie o stół książką lub zeszytem, po czym wychodził z pokoju, jakby urażony moją „bezmyślnością”.
        Ten czas jego nieobecności w pokoju miał być chyba czymś w rodzaju substytutu kary cielesnej. W sposób niewypowiedziany bowiem zdawał się mówić: „Zobacz, do czego mnie doprowadziłeś! Przez twoją głupotę i tępotę jestem tak wyprowadzony z równowagi, że już nie mam siły”. Szedł wówczas do swojego gabinetu, zapalał papierosa i pozostawiał mnie w niepewności co do tego, jak się potoczą sprawy. Będziemy kontynuować czy na dziś sprawa zakończona? Mam iść do niego i zapytać? Może powinienem się jakoś usprawiedliwić?
        Zwykle jednak w podobnych sytuacjach wracał po upływie kwadransa lub dwóch, kiedy już byłem zajęty czymś innym. Wówczas to nie hamował się w manifestowaniu swojego braku cierpliwości w stosunku do mnie. „No, debilu! Ile razy mam ci tłumaczyć, że musisz obie strony równania podnieść do kwadratu?! Chyba nawet kretyn dawno by to zrozumiał!” Na szczęście za tę całą moją „głupotę” mnie nie tłukł. Choć muszę przyznać, że te jego ciężkie westchnienia, przewracanie oczami, czynienie pełnych napięcia pauz czy też sarkastyczny uśmiech, skierowany jakby do wyimaginowanej widowni, były dla mnie czymś w rodzaju psychicznej tortury.
        Po kilku takich sesjach zaprzestałem zwracania się do niego po pomoc i starałem się radzić sobie sam, najlepiej, jak potrafiłem. Nie skarżyłem mu się także na swoich kolegów, którzy widząc moje wycofanie i niechęć do bójek, najwidoczniej upatrzyli sobie mnie jako jednego z dwóch klasowych kozłów ofiarnych. Wszelakie szturchnięcia i inne przykrości znosiłem zwykle prawie bez protestu, z pokorą i rezygnacją. Nie chciałem się


10                                                                                                                  KWAŚNE POMARAŃCZE



wdawać z nikim w otwartą konfrontację, bo bałem się, że może to jeszcze pogorszyć moje położenie. Poza tym byłem prawie pewny, że w razie gdybym miał problemy, nikt nie stanąłby po mojej stronie.
        Większość swojej energii i czasu skupiałem zatem na nauce. Poza nią uwielbiałem wszelkiego rodzaju aktywność ruchową, zwłaszcza grę w piłkę nożną. Kiedy tylko miałem okazję, grałem lub kibicowałem. W napięciu śledziłem relacje z meczów, a potem jeszcze przez długi czas przeżywałem ich przebieg i rozstrzygnięcia. Systematycznie też i z wielkim zapałem zbierałem wycinki z gazet dotyczące tematyki sportowej. Pewnego razu nawet chciałem przehandlować z kolegą z klasy trzy nowe i wcale drogie resoraki za dwa małe zdjęcia i jeden plakat drużyn piłkarskich. Dosłownie w ostatniej chwili mama zapobiegła tej transakcji.


                                                                       ***


        Zwyczajowo dzieci, które nie były odbierane przez swoich opiekunów bezpośrednio po lekcjach, zachodziły do szkolnej świetlicy. Tam spędzały czas na grach, zabawach i odrabianiu zadań domowych. Gdy zaś dopisywała pogoda, zajęcia przenosiły się na zewnątrz. Jako że moi rodzice pracowali przeważnie do późnych godzin popołudniowych, musiałem się nastawić na codzienne, kilkugodzinne spędzanie czasu właśnie w świetlicy.
        Pewnego dnia pojawiła się tam nowa atrakcja: stół do gry w piłkarzyki. Naturalnie od samego początku cieszyła się ona ogromną popularnością. Zainteresowanie naszą nową zabawką było przez cały czas tak duże, że naprawdę niemałą sztuką było wywalczyć sobie możliwość udziału w grze.
        Niekiedy przebywający danego dnia w świetlicy organizowali piłkarzykowe miniturnieje, tak że wówczas nawet ci, którzy


11                                                                                                                               1. WULKAN



wcześniej nie mogli się dopchać albo doczekać swojej kolejki, mieli przynajmniej kilka minut na to, by nacieszyć się grą. Zasada bowiem była taka, że mecz wygrywała dwójka, która jako pierwsza zdobyła dziesięć punktów. Ona też zostawała przy stole na kolejny mecz. Para, która wygrała dziesięć potyczek z rzędu, stawała się zwycięzcą turnieju. Chętne do gry dwuosobowe zespoły zapisywały się na liście, a kolejności ściśle przestrzegano.
        Tego typu rozgrywkom towarzyszyły zawsze wielkie emocje i niesamowite napięcie. Siedzący przy stole byli otoczeni ze wszystkich stron przez przeżywających kolejne mecze i czekających niecierpliwie na swoją kolej obserwatorów.
        Wygranie dziesięciu meczów z rzędu stanowiło niezwykle trudne wyzwanie i niewielu się ta sztuka udawała. Pewnego dnia jednak wraz z kolegą Mirkiem stanąłem przed ogromną szansą dołączenia do tego grona świetlicowo-piłkarzykowej elity. Po zaciętych bojach wygraliśmy już bowiem dziewięć meczów, pokonując po drodze wielu krzykaczy, cwaniaczków, chłopaków od nas starszych i takich, z którymi nikt nie dawał nam żadnych szans. W ostatnim pojedynku czuliśmy, że mamy prawie wszystkich licznie zgromadzonych chłopców przeciwko sobie. Serce waliło mi jak młotem. Najpierw prowadziliśmy wyraźnie. Potem rywale nas doszli. Był stan 8:8. Napięcie sięgało zenitu. Zwycięstwo było już prawie na wyciągnięcie ręki. Czuliśmy, że chłopcy z tyłu, w przypływie rosnących emocji, napierają na nas coraz mocniej. Ponadto celowo usiłowali nas zdekoncentrować poprzez głośne okrzyki tuż nad uchem, głupie docinki, niewybredne żarty czy też szydercze uwagi rzucane pod naszym adresem.
        Na przejawy presji psychicznej staraliśmy się nie zwracać uwagi. Natomiast fizyczne formy dokuczania, w postaci niby to przypadkowych szturchnięć, pchnięć to w łokieć, to w plecy, dmuchania na piłeczkę do gry w taki sposób, aby jej przemieszczanie się sprzyjało naszym przeciwnikom, znacznie bardziej


12                                                                                                                 KWAŚNE POMARAŃCZE



utrudniały nam skoncentrowanie się na naszej grze i skuteczne jej prowadzenie. Zarówno kolegi, jak i moje prośby o zaprzestanie takich uciążliwych dla nas zachowań trafiały w próżnię.
        Szczególnie upierdliwy w stosunku do mnie był niejaki Rafał. Jako kolega z klasy już wielokrotnie dawał mi się we znaki, więc wiedziałem, czego mogę się po nim spodziewać. Teraz, pozbawiony kontroli wychowawców, czując się silny w tłumie innych, których miał po swojej stronie, wychodził wręcz ze skóry, aby uprzykrzyć mi życie. Absolutnie nie zwracając uwagę na moje protesty, regularnie strzelał mi w ucho jakąś gumką czy też sprężynką.
        I nagle, kiedy nasz przeciwnik zdobył punkt i zaczęliśmy przegrywać 8:9, a nasze upragnione zwycięstwo zawisło na włos- ku, coś we mnie pękło. Całe napięcie, cała złość, suma wszystkich moich dziecięcych upokorzeń, potężna fala stresu, z którym musiałem się zmagać jako mały brzdąc właściwie już od samego początku moich czasów szkolnych albo i wcześniej, doprowadziły mnie do „białej gorączki”. W jednej chwili wpadłem w istny szał. Jak zwierzę przyparte do muru, nie bacząc już na nic, zwróciłem się ku niemu. Chłopak, mimo że był ode mnie wyższy i fizycznie silniejszy, widząc, w jakim jestem stanie, przestraszył się i zaczął uciekać. Dorwałem go w sąsiednim pomieszczeniu. Pod naporem mojej furii padł na ziemię. Początkowo okładałem go pięściami po twarzy i po głowie. Potem wstałem i zacząłem kopać go gdzie popadnie. Ofiara mojej pasji instynktownie skuliła się w kłębek, zaczęła kwilić i wołać o pomoc. Tymczasem wściekłość, jaka mną miotała, zdawała się nie znać litości. Działając jak w transie, chwyciłem stojące w pobliżu krzesło. Zdążyłem strzelić nim maltretowanego kolegę dwa razy. Przy trzecim zamachu ktoś złapał mnie z tyłu i obezwładnił. Pociemniało mi w oczach i straciłem przytomność.




                                                                                           2. POPLAMIONA NIEWINNOŚĆ


        W ostatnim czasie mama była ze mnie bardzo niezadowolona. Wypominała mi samowolne opuszczanie niektórych zajęć szkolnych i mierne oceny, zwłaszcza ze ścisłych przedmiotów. Ponadto zarzucała mi krnąbrność, niegrzeczne odzywki, a nade wszystko spóźnione powroty ze szkoły. Wbrew oczekiwaniom i napomnieniom mamy zamiast wracać do domu zaraz po szkolnych zajęciach i wspierać ją w codziennych obowiązkach, częstokroć zostawałem po to, by wraz z kolegami grać w piłkę. „Nazbierało ci się i teraz musisz mieć karę” – mówiła zwykle. Zazwyczaj oznaczało to dla mnie zakaz obejrzenia w tv ważnego dla mnie meczu. Tak też było i tym razem. Od dobrego miesiąca ekscytowałem się myślą o pierwszym meczu trzeciej rundy pucharu UEFA pomiędzy Legią Warszawa a Interem Mediolan. Na myśl, że taki spektakl mógłby przejść mi koło nosa, byłem bliski rozpaczy. Pomimo próśb i błagań z mojej strony mama pozostała do samego końca nieugięta.


                                                                       ***


        Wieczorem w piłkarską środę do mamy miał przyjść jakiś jej dobry znajomy. Na tę okoliczność miałem przykazane, aby nie przeszkadzać dorosłym i siedzieć grzecznie w swoim pokoju, a najlepiej położyć się wcześnie spać, bo przecież nazajutrz wczesnym rankiem czekała mnie pobudka do szkoły.
        Tuż przed przybyciem gościa, gdy mama była zaabsorbowana ostatnimi przygotowaniami do wieczornej biesiady, korzystając


14                                                                                                                 KWAŚNE POMARAŃCZE



z chwili jej nieuwagi, udało mi się wślizgnąć chyłkiem do gościnnego pokoju, w którym stał telewizor i w którym mieli biesiadować dorośli. Ustawiłem odpowiedni program i zanurkowałem pod stół, który stał niepozornie w rogu pokoju. Stół ten był przykryty obrusem tak, że gdyby ktoś chciał zobaczyć, co się pod nim kryje, musiałby się bacznie przyjrzeć. Dodatkowym walorem maskującym była jego masywna budowa oraz specyficzna konstrukcja dolnej części. Prawdopodobnie aby zasłonić przed widokiem gości mało reprezentacyjny w rzeczy samej mebel, mama ustawiła przed nim donicę z rozrośniętym filodendronem. Przed wyekspediowaniem go aut-aut-aut z naszego mieszkania, w którym nijak nie można było znaleźć dlań właściwego miejsca, ratowała go jedynie jego funkcjonalność. Na pulpicie stołu bowiem mama składowała wszelkiego rodzaju szpargały, których nie miała czasu bądź ochoty na bieżąco segregować i chować w odpowiednie dla nich miejsca i przegródki. Ponadto, jak się wydawało, pozbycie się takiego przyciężkawego, nieporęcznego grata natenczas przerastało mamine siły i możliwości czasowe. Takoż w tym konkretnym momencie miejsce pod stołem okazało się dla mnie znakomitą kryjówką, z której mogłem niepostrzeżenie śledzić przebieg telewizyjnej transmisji. Jakkolwiek niewątpliwie okolicznościom tym miał towarzyszyć pewien dyskomfort, byłem niezmiernie szczęśliwy, że mimo wszystko obejrzę mecz na żywo.


                                                                       ***


        Na całe szczęście pan Wiesiu też był kibicem piłki nożnej. No, może nie tak zapalonym jak ja, bo osobiście nie wyobrażałbym sobie, aby w czasie meczu rozpraszać swoją uwagę rozmową czy czymkolwiek innym, jednakże najwidoczniej musiał mieć motywację, bo stanowczo zaprotestował, kiedy mama zaproponowała


15                                                                                                   2. POPLAMIONA NIEWINNOŚĆ



zmianę kanału tv: „Nieee. Zostaw. Niech leci”. „Wiesiu? Czy ty przyszedłeś tu do mnie czy na mecz?” – zapytała go mama zaczepnie. „Zostaw, zostaw. Niech leci” – powtórzył pan Wiesiu, dodając przy tym spokojnie: „Będziemy sobie rozmawiać, a od czasu do czasu będę spoglądał na to, co się dzieje na boisku. Przecież to niczemu nie przeszkadza. A dzisiaj jest ważny mecz”.
        Popijając wino, mama i pan Wiesiu rozmawiali o swoich sprawach. Byli tak zajęci sobą, że bez obawy o dekonspirację mogłem z wypiekami na twarzy obserwować transmisję. Moją jedyną obawą w tej sytuacji były pozostałości po przeziębieniu, które wbrew mojej woli mogły się objawić poprzez niekontrolowane kichnięcie bądź kaszlnięcie.
        Tymczasem, ku mojemu ogromnemu szczęściu, Legia grała na Łazienkowskiej doskonałe spotkanie, tak że w pewnym momencie prowadziła z renomowanym rywalem już 3:1. Ja zaś, mimo że skupiony na meczu i wsłuchany w jego ściszony komentarz, byłem mimowolnym świadkiem prowadzonych półgłosem rozmów między dorosłymi. Kanapa, na której siedzieli, była ustawiona w taki sposób, że ze swojej „nory” tylko w niewielkim stopniu widziałem ich postacie. Nade wszystko jednak mój czuły słuch wychwytywał i rejestrował przebieg dialogu.
        Pan Wiesiu opowiadał o swoich rodzinnych perypetiach. Początkowo narzekał na zbyt rozbudzoną, jego zdaniem, seksualność swojej nastoletniej córki, która ponoć zamiast uczyć się do matury, non stop biega na dyskoteki: „Ona chce pójść na koncert, na studniówkę, na zabawę sylwestrową albo też na jakąś osiemnastkę i musi przy tym mieć odpowiednio wystylizowaną kreację. A wymagania to ma takie, gówniara, jak gdyby była jakąś gwiazdą filmową, albo nie wiem co. Matce to co raz podbiera kosmetyki. A kup mi to, a kup mi tamto. »Jakbym miała swoje, tobym nie musiała pożyczać« – tak do nas mówi. A tak w ogóle to niedawno dowiedziałem się od swoich znajomych,


16                                                                                                                 KWAŚNE POMARAŃCZE



że przez wielu jest uważana za jedną z lepszych kurewek w mieście. Wyobrażasz to sobie?! Już nawet obcy ludzie tak o niej gadają! Ech, mówię ci. Ty się ciesz, że masz chłopaków. Ile oni mają?”. „Młodszy jedenaście, a starszy trzynaście” – odrzekła mama. „Noooo, moja droga – to jeszcze wszystko przed tobą! Ale z chłopakami to i tak pół biedy. Ja to o tę swoją Wioletkę naprawdę mocno się obawiam. A spróbuj tylko czegoś jej zabronić, to dopiero się zaczyna… Kiedyś, słuchaj, wchodzę do niej do pokoju, gdy była z jednym z tych swoich chłoptasiów, bo akurat czegoś pilnie szukałem. I wiesz co? I wyobraź sobie… Nalać ci jeszcze troszeczkę? Pozwól. Naleję ci jeszcze. Co? Czemu nie? Przecież ile ty wypiłaś? No, ledwie trzy kieliszki. Daj, naleję ci. No! Dla towarzystwa! …To, słuchaj, jak wszedłem do niej do pokoju, to, proszę ja ciebie, zastałem ich już na wpół nagich. Ona mu, rozumiesz, siedzi na kolanach i zaraz prawie będą spółkować w najlepsze, podczas gdy przecież my z żoną siedzimy obok w pokoju! No ja aż zaniemówiłem w pierwszej chwili. A ona do mnie z pretensją w głosie: »Taaatooo! No ale chyba jak się wchodzi do pokoju, to się puka, nieee?!«. No i co na to powiesz? Powiedz mi, co ja mam z tym zrobić?! Aż strach pomyśleć, co będzie za dwa, trzy lata. Najpewniej skończy się to tak, że to my z żoną będziemy musieli utrzymywać ją i jej dziecko” – wywewnętrzniał się pan Wiesiu. Potem przeszedł do utyskiwania na swoją małżonkę. Zgodnie z tym, co mówił, kobieta jest oziębła i stale przemęczona, a seks traktuje wyłącznie jako przykry obowiązek. „Pomimo że jesteśmy małżeństwem, współżyjemy ze sobą pewnie dużo rzadziej niż niejedna para kochanków. Czasami się zastanawiam, czy ona ma jakiegoś chłopa na boku czy co? Albo sama sobie dogadza? No co »przestań, Wiesiu«! To co ja mam sobie o tym myśleć? No, powiedz! Co ja mam sobie o tym myśleć? Pytałem ją nawet jakiś czas temu: co – źle ci ze mną w łóżku? Coś mam zmienić? Poprawić? Może potrzebujesz


17                                                                                                   2. POPLAMIONA NIEWINNOŚĆ



jakichś dodatkowych atrakcji? Jakichś gadżetów? A ona na to tylko: »Daj spokój! Dzisiaj nie. Dzisiaj nie. Jutro może. Zobaczymy«. No i to tak… wygląda. Zresztą już od dłuższego czasu, proszę ja ciebie. A przecież ja jestem jeszcze stosunkowo młodym i zdrowym mężczyzną i, co oczywiste, mam swoje naturalne potrzeby” – żalił się gość mamy. Ze swojej strony zastanawiałem się po cichu, w jakim celu opowiada on o swoich tak osobistych przecież sprawach mojej mamie, która jest dla niego, bądź co bądź, obcą osobą. Rozmówca mamy brnął jednak dalej, wprawiając mnie w coraz większą konsternację: „A u ciebie jak tam z mężczyznami?” – zwracał się do mojej mamy. „Z mężem już nie jesteście razem jakiś czas i co? Spotykasz się z kimś?” Przecząca odpowiedź rozzuchwaliła go na dobre. Powoli zaczął się przytulać i dobierać do mamy. Ta początkowo próbowała te jego awanse obrócić w żart, a kiedy to nie skutkowało, najwidoczniej usiłowała się jakoś z jego objęć wyswobodzić pod pretekstem przygotowania herbaty. Pan Wiesiu jednak nie zamierzał odpuszczać. „No chodź. Co ci zależy?” – dochodziły do mnie jego zduszone słowa, którym poczęły towarzyszyć odgłosy nerwowej szamotaniny. I wówczas to, kiedy Legia pod sam koniec meczu w głupi sposób straciła bramkę, strzelając samobójczego gola na 2:3, a do końcowego gwizdka sędziego brakowało zaledwie dwóch minut, uznałem, że nie mam już nic do stracenia, dlatego z premedytacją głośno zakaszlałem spod stołu.




                                                                                                            3. KUMPLE


        W okresie szkoły podstawowej na wakacje wyjeżdżałem zwykle na półkolonie bądź obozy harcerskie. Przed ostatnią, ósmą klasą koledzy namówili mnie na tak zwany obóz wędrowny. Jego istota polegała na ciągłym, głównie pieszym, przemieszczaniu się po określonym terytorium z nastawieniem na intensywny kontakt z przyrodą, ruch i przebywanie na świeżym powietrzu. Swój marsz przez Kaszuby w stronę Gdańska rozpoczęliśmy od miejscowości Chojnice. Po drodze zatrzymywaliśmy się w schroniskach przeważnie małych miejscowości. Zanim dotarliśmy do ostatniej stacji, zaliczyliśmy ich około dziesięciu.
        Przez te dwa tygodnie drugiej połowy lipca padało jedynie dwa razy. Poza tym mieliśmy nieprzerwanie piękną, słoneczną, a momentami nieco dokuczliwą, bo upalną pogodę. Lasy, jeziora, zalewy, rozległe płaskie przestrzenie, urozmaicone gdzieniegdzie łagodnymi wzniesieniami i poprzecinane rzadkimi ludzkimi osadami, stanowiły o urodzie tego obszaru, który właśnie ze względu na jego malowniczość zwykło się określać mianem Szwajcarii Kaszubskiej.
        Nasz skład stanowiło, łącznie ze mną, w sumie siedemnaście osób. Byli to ludzie głównie w moim wieku, choć nie zabrakło także osobników o rok młodszych i o rok starszych ode mnie. Ze zrozumiałych powodów taka forma spędzania czasu wakacyjnego nie cieszyła się zbytnią popularnością wśród dziewczyn, czego odzwierciedleniem była ich nader skromna reprezentacja w naszej ekipie, sprowadzająca się do zaledwie trzech panien. Całość uzupełniało dwóch nauczycieli z turystycznym zacięciem, którzy byli naszymi przewodnikami, a zarazem opiekunami.


19                                                                                                                                   3. KUMPLE



        W drodze do poszczególnych miejscowości rzadko szliśmy zwartą grupą, stąd też nadzór nad nami ze strony dwójki naszych opiekunów był mocno ograniczony. Oni sami zresztą wychodzili z założenia, że przecież jesteśmy już prawie dorośli, a w każdym razie na tyle duzi i samodzielni, aby dawać sobie radę bez ich specjalnego wsparcia i kontroli.
        Najbliżej przestawałem z tymi spośród chłopaków, których znałem najdłużej: Maćkiem, Grześkiem i Tomkiem. Lubiłem też rozmawiać z Radkiem, z którym miałem wiele wspólnych tematów, głównie związanych z futbolem. Ten ostatni nie przepadał za towarzystwem trzech wcześniej wymienionych i przeważnie zadawał się z Szymonem, który z kolei mnie drażnił, przede wszystkim z powodu swojego zarozumialstwa i pseudośmiesznych żartów.
        Generalnie jednak śmiało mogę stwierdzić, że przez całe dwa tygodnie naszego wspólnego czasu pomiędzy uczestnikami obozu nie dochodziło do żadnych większych zatargów czy niesnasek.
        Poza delektowaniem się pięknem natury, okazyjnymi kąpielami w zbiornikach wodnych, grą w piłkę i karty w trakcie tych czternastu dni nauczyłem się też palić papierosy. Aby dotrzymać kroku kolegom, spalałem kilka sztuk każdego dnia, krztusząc i dusząc się przy tym straszebnie. Często uczestniczyłem, choć przeważnie w biernej formie, w tych ich dyskusjach, które dotyczyły gier komputerowych, plakietek czy też naszywek heavymetalowych, parametrów aut, o których marzyli, horrorów i filmów sensacyjnych obejrzanych przez nich w ostatnim lub przedostatnim czasie na wideo, a także nauczycieli lub nieobecnych kolegów z klasy bądź podwórka. Rozmowy te były prowadzone obcym mi, wulgarnym językiem i miały na ogół postać wzajemnych przechwałek i wymądrzania się raczej niż poszukiwania lub wymiany informacji.


20                                                                                                                  KWAŚNE POMARAŃCZE



                                                                        ***

        Ostatni etap naszego obozu stanowił trzydniowy pobyt w Gdańsku. Za przyzwoleniem naszych opiekunów, którzy wyszli naprzeciw oczekiwaniom większej grupy chłopców, skorzystaliśmy z tej okazji, że byliśmy w dużym mieście, i wybraliśmy się całą ekipą do jednego z kin na Cobrę z Sylwestrem Stallone w roli głównej. Moim zdaniem film był raczej kiepski i w zasadzie niczym nie różnił się od dziesiątek tych tak zwanych ostrych sensacji, które zwykle można obejrzeć w tv po dzienniku. Większość kolegów bynajmniej nie podzielała moich odczuć w tej sprawie, z którymi zresztą, aby nie stracić przypadkiem czyjejś sympatii, nie obnosiłem się na zewnątrz. Postać porucznika Cobrettiego najwyraźniej im mocno zaimponowała, bo kolejnego dnia co drugi z nich miał na nosie „lustrzaki”, a w ustach zapałkę.
        Oprócz wspólnie spędzanego czasu w ramach posiłków, zwiedzania starówki, wyprawy na plażę, Westerplatte i wspomnianego seansu w kinie, mieliśmy też sporo czasu wolnego do zagospodarowania wedle naszych upodobań. W takich chwilach wałęsałem się zwykle po sklepach wraz z moim „żelaznym trio”, to znaczy z Maćkiem, Grześkiem i Tomkiem. Nie miałem potrzeby, aby cokolwiek kupować, więc moja obecność u ich boku sprowadzała się właściwie do asystowania, oglądania asortymentu oraz czerpania satysfakcji z towarzystwa kolegów.
        W pewnym momencie naszych wspólnych spacerów zorientowałem się, że coś jest nie tak. Nie chodziłem za wspomnianą trójką krok w krok, dlatego nie miałem początkowo pojęcia, z czego wynikają te ich nerwowe ruchy, to ich porozumiewanie się w niektórych momentach półgłosem lub szeptem, dawanie sobie jakichś tajemniczych dla mnie znaków i gestów, rzucanie


21                                                                                                                                   3. KUMPLE



wokół płochliwych spojrzeń czy też histeryczne wybuchy śmiechu w chwilach, kiedy pospiesznym krokiem całą czwórką oddalaliśmy się od danego sklepu lub stoiska.
        Dopiero w ostatni dzień naszego pobytu zorientowałem się, że wszyscy trzej obchód po sklepach traktują jako dobrą okazję do tego, by dokonywać drobnych kradzieży. Ich łupem padały kasety magnetofonowe, breloczki, plakietki zespołów muzycznych, okulary przeciwsłoneczne, zegarki na rękę, słuchawki, a nawet walkmany. Kumple kradli więc w najlepsze, i to nie wyłącznie na swój własny użytek, lecz głównie po to, aby uzyskać gotówkę z odsprzedaży owych gadżetów. Kiedy spostrzegli moją konsternację jako oddźwięk na te ich występne praktyki, zareagowali wobec mnie prześmiewczo: „A co ty, kurwa, frajer jesteś? Po co płacić, jak to leży? Nic, tylko, kurwa, brać. Wystarczy trochę odwagi i sprytu i jesteś gość. A tak to co? Do starszych chodzić po kasę? Prosić, kurwa, tłumaczyć się? A spierdalaj! Powiedz, żeby ci dali na fajki, kurwa. Ha, ha, ha, ha. Masz głowę i chuj? To kombinuj!”. „A jeśli was ktoś złapie?” – zapytałem, nieprzekonany do tej ich argumentacji. „Kto cię, kurwa, złapie? Człowieku! Jak nie jesteś ciota, to nikt cię, kurwa, nie złapie. A co? Myślisz, że tę wieżę stereo i głośniki, które widziałeś u mnie na chacie, to starsi mi kupili? Albo ta katana, którą teraz mam na sobie, to skąd? Jak chcesz, to chodź jutro z nami. Przed wyjazdem mamy upatrzone takie trzy miejsca, gdzie jest cymes sprzęcik, więc możemy coś skubnąć jeszcze na koniec. Mówię ci, jak będziesz to robił z głową, to nikt cię nie zauważy i zero kłopotów”.


                                                                        ***


        Wyjazd powrotny pociągiem z Gdańska był zaplanowany na wczesne godziny popołudniowe. Schronisko mieliśmy opuścić najpóźniej o jedenastej. Nasi opiekunowie stanęli na wysokości


22                                                                                                                  KWAŚNE POMARAŃCZE



zadania i dzięki odpowiednio dyscyplinującym działaniom zmobilizowali nas – uczestników – do sprawnej ewakuacji. Koniec końców, na dworcu byliśmy trochę przed południem. Mieliśmy więc jeszcze sporo czasu do odjazdu. Kto chciał, mógł pozostawić swoje rzeczy w dworcowej przechowalni bagażu i wybrać się na przeszło trzygodzinny spacer po okolicy.
        Wraz z trzema najbliższymi kumplami skorzystałem z tej okazji i ruszyliśmy w kierunku upatrzonych przez nich sklepów. Kiedy zmierzaliśmy do celu, biłem się z myślami. Z jednej strony kusił mnie łatwy zysk i perspektywa dysponowania własnymi pieniędzmi na swoje potrzeby, z drugiej zaś kłóciło się to z tym, co subiektywnie postrzegałem jako poczucie przyzwoitości.
        Kiedy weszliśmy do właściwego sklepu i minąwszy stanowiska kasowe, skierowaliśmy się ku stoisku ze sprzętem elektronicznym, w którym mieliśmy przeprowadzić naszą „akcję partyzancką”, naraz postanowiłem się wycofać. Koledzy jednak napierali na mnie: „No co ty, kurwa, w chuja lecisz? Teraz się wycofujesz? No nie rób se jaj! Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. Dawaj! Dawaj! Nie pierdol! Idziemy! Załatwimy to szast-prast i spadamy do domu. Nikt tu nie będzie po nas płakał. Ani my po nich. Ha, ha, ha! Jutro, kurwa, nawet nie będziesz o tym pamiętał. No chodź! Nie łam się! Wiem, że za pierwszym razem zawsze jest najtrudniej, ale bierz przykład z nas! No! Jeśli chcesz być takim równym gościem jak my, to nie możesz się w takich momentach wyłamywać. No dawaj! Idziemy, bo czas ucieka. A jeszcze mamy przynajmniej jedno miejsce, które chcemy odwiedzić. No nie, Grzechu? Ty wiesz gdzie? No, ale to musimy się streszczać, bo, kurwa, pociąg nam spierdoli i na piechotę będziemy wracać. Ha, ha, ha! Albo stopem. No. Albo stopem. Ty, Tomuś, pierwszy. Ha, ha! Już to widzę, kurwa. Nu! Dawaj! Raz, raz! Nie zastanawiaj się dłużej, tylko chodź”. Czułem w sobie ogromne


23                                                                                                                                   3. KUMPLE



napięcie. Miałem wrażenie, że niezbyt liczni jeszcze o tej porze klienci oraz pracownicy sklepowej obsługi bacznie nas obserwują. W tym momencie bardziej zależało mi na tym, żeby moi trzej kumple chcieli mnie uznać za „swojego”, za „równego gościa”, niż aby coś zajumać. „Nie. Nie mogę” – powiedziałem w końcu niemal przepraszająco. „Co, kurwa, nie możesz. Jak nie możesz? No nie pękaj! Ja pierdolę, ale to jest ciota. Mówiłem ci, Maciek, że to jest, kurwa, laluś i że nie potrzebnie go za sobą ciągniemy. Wiesz co?” – zwrócił się do mnie Tomek. „Idź! Spierdalaj stąd! Nie potrzebujemy tu mięczaków”. „Zaczekaj, kurwa” – wtrącił się na to Maciek. „Ostatni raz się ciebie pytam: idziesz z nami czy wymiękasz?”. „Zaczekam na was w holu, przy kasach” – odpowiedziałem cicho i wolnym krokiem się od nich oddaliłem.


                                                                              ***


        Czekanie przy kasach dłużyło mi się w nieskończoność. Byłem pewny, że ta ich „akcja” pójdzie im błyskawicznie, tak jak onegdaj to bywało. Ale kto wie, może na sam koniec koledzy zamierzają zrobić coś spektakularnego, coś, co wymaga od nich więcej sprytu, odwagi, wysiłku i czasu? A może ten czas tak bardzo mi się dłuży, gdyż jestem rozdygotany po tej mojej „dezercji” i boli mnie reakcja kolegów tudzież obawiam się, jaki będzie ich stosunek do mnie i jak będą się układać nasze dalsze relacje, na których mi przecież zależy, wówczas, kiedy już będzie „po wszystkim”? – pytałem sam siebie w myślach.
        Próbując sobie poukładać to wszystko w spójną całość, zastanawiałem się nad tym, czy dobrze zrobiłem. Czy to nie był aby czasem z mojej strony rodzaj zdrady? Czy nie słusznie kumple zarzucili mi tchórzostwo? No bo w jaki sposób mogą na mnie polegać, skoro gdy przychodzi co do czego, ja mówię im: „Cześć. Ja z wami nie chcę mieć nic wspólnego”? Może więc,


24                                                                                                                 KWAŚNE POMARAŃCZE



aby niejako ukarać mnie albo okazać ostentacyjnie swoje lekceważenie względem mojej osoby, teraz postanowili wykręcić mi numer i wyszli jakimś bocznym wyjściem?
        Kiedy przysiadłszy na jednej z ławek w holu sklepu, zatopiony w swoim chaosie myślowym z narastającą niecierpliwością oczekiwałem nadejścia trójki kolegów, podszedł do mnie ochroniarz w towarzystwie dwóch policjantów. Poprosili mnie, abym wraz z nimi udał się do kantorka w tutejszym sklepie, jako że mają do mnie kilka pytań i zamierzają wyjaśnić tu na miejscu, „jedną ważną sprawę”. Zapytałem ich, o co konkretnie chodzi. Na co jeden z nich odrzekł, że tu w holu nie jest właściwe miejsce, aby o tym rozmawiać. Z kontekstu sytuacji natychmiast wywnioskowałem, że może chodzić o moich kumpli, toteż z miejsca ogarnął mnie straszny niepokój. Starałem się jednak nie dać tego po sobie poznać.


                                                                       ***


        W ustronnym pomieszczeniu na tyłach sklepu, do którego mnie przyprowadzono, w pierwszej chwili spostrzegłem jakąś kobietę i mężczyznę w wieku moich rodziców, czyli gdzieś w granicach czterdziestki, siedzących przy stole. Ochroniarz i dwóch policjantów polecili mi, abym usiadł na krześle vis-à-vis siedzących. Sami zaś, jako niemi świadkowie, mieli się przyglądać na stojąco scenie wstępnego przesłuchania.
        Na początku zapytano mnie, czy domyślam się może, dlaczego mnie poproszono na tę rozmowę tu, w tych okolicznościach. Chcąc dać sobie trochę czasu i miejsca na zorientowanie się w sytuacji, odpowiedziałem, nie do końca zgodnie z prawdą, przecząco. Na to kobieta w kilku krótkich zdaniach opisała mi zdarzenie, którego istotą była próba dokonania kradzieży przez trzech młodocianych. Według pracowników ochrony tutejszego


25                                                                                                                                   3. KUMPLE



sklepu byłem widziany wraz z nimi bezpośrednio zanim do tego doszło. Próba ta została udaremniona i wszyscy trzej niedoszli sprawcy przestępstwa zostali już wstępnie przesłuchani. Pytano więc teraz mnie, co mam do powiedzenia w tej sprawie. Odparłem na to, że jestem tym bardzo zaskoczony i że z ową próbą kradzieży nie mam nic wspólnego. „Czy to jacyś twoi dobrzy znajomi?” – pytała mnie kobieta. Uznawszy, że jakiekolwiek przeinaczenia faktów nie mają w tej sytuacji najmniejszego sensu, przytaknąłem. Ponadto, aby choć odrobinę pozytywnie wpłynąć na fatalne położenie kolegów, dodałem, że dotychczas zachowywali się bardzo w porządku i raczej bym się tego po nich nie spodziewał. Kobieta i mężczyzna popatrzyli na mnie z powagą, w milczeniu. Następnie ta pierwsza spojrzała znacząco na siedzącego po jej lewej stronie, jakby uznawszy, że najwyższy czas, aby przejść do puenty. Na to mężczyzna z głębokim westchnieniem otworzył leżącą przed nim teczkę, wyciągnął z niej jakieś akta i rzekł do mnie: „Cała trójka twoich kolegów zgodnie zeznała, że to ty stoisz na ich czele i jesteś, że tak to określę, mózgiem całego przedsięwzięcia. To ty podobno wskazałeś im to właśnie miejsce i wkrótce miałeś ich zaprowadzić do kolejnych dwóch. Oni ponoć wykonywali tylko twoje polecenia, czy raczej nakazy. Zeznali ponadto, że wielokrotnie chwaliłeś się swoimi wcześniejszymi, zakończonymi sukcesem, akcjami polegającymi na zawłaszczeniu mienia, które to realizowałeś systematycznie zarówno ostatnio, jak i wcześniej. A oprócz tego podobno instruowałeś ich dokładnie co do szczegółów technicznych à propos dokonywania kradzieży. Rzekomo ci twoi koledzy chcieli wkupić się w twoje łaski i liczyli na to, że coś im potem odpalisz, ale jako że są jeszcze niedoświadczeni, to stosunkowo łatwo dali się złapać”. Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Zmysł ostrożności podsunął mi jednakże jeszcze taką oto ewentualność, że wersja ta została mi przytoczona jedynie dla zmyłki. A dokładniej


26                                                                                                                 KWAŚNE POMARAŃCZE



po to, aby sprowokować mnie do totalnego pogrążenia moich kolegów poprzez obciążenie ich znanymi mi ich dokonaniami ze złodziejskich łowów z poprzednich dni. Wszak, myślałem sobie, gdybyśmy prosto stąd pojechali na dworzec i dokonali rewizji ich rzeczy i bagaży, wówczas to, co zostałoby w nich znalezione, stanowiłoby istotny dowód potwierdzający moją wersję.
        Moje wewnętrzne dywagacje zostały jednak dość szybko przerwane przez podsunięcie mi do przeczytania owych akt wyjętych z teczki. Widniały na nich zapisy zeznań moich trzech kolegów. Ze zdenerwowania nie mogłem się skupić. Litery i słowa latały mi przed oczami. Zapisy te przejrzałem pobieżnie, choć na tyle przytomnie, żeby uświadomić sobie, że ich treść w zasadzie potwierdza wersję, którą przed chwilą usłyszałem. Ponoć każdy z nich trzech był przesłuchiwany osobno. Jednostronicowy maszynopis każdej z trzech sesji został opatrzony u dołu podpisem kolejno: Maćka, Grześka i Tomka. „Ale przecież to kłamstwo! To nieprawda! To raczej oni, oni raczej chcieli, żebym ja z nimi, to znaczy żebym to ja się do nich przyłączył. Jak-jak-jak tak można kogoś oskarżać? Jak można tak bez… no, bezczelnie kła-kłamać?” – wyrzucałem z siebie, aż jąkając się ze wzburzenia. „Kłamstwo – mówisz? Czyli co? Twierdzisz, że każdy z nich z osobna mówił nieprawdę?” – indagowała mnie kobieta z lekką, jak mi się zdawało, ironią w głosie i spojrzeniu. „A przecież jeszcze nie dalej jak przed chwilą sam zeznałeś, że ci twoi koledzy do tej pory zachowywali się w porządku, a usłyszawszy nasze wobec nich zarzuty, stwierdziłeś, że raczej byś się tego po nich nie spodziewał. No to jak to w końcu było, słoneczko? Hmmm? To kto tutaj się posługuje kłamstwem?” A po kilku sekundach przykrej ciszy, jaka zapanowała w pomieszczeniu wobec ciągu jej retorycznych pytań, którymi zapędziła mnie w kozi róg, dodała sentencjonalnie: „Coś mi się zdaje, że ktoś tu się zaczyna powoli plątać w zeznaniach”. Byłem tak rozbity i zgnębiony, że nie zdobyłem się już na żadną ripostę.


27                                                                                                                                   3. KUMPLE



        „No cóż. Wygląda na to, że teraz wszyscy czterej macie poważne problemy i wszystkich was czterech czeka przesłuchanie w sądzie dla nieletnich” – podsumował całą sytuację mężczyzna, zamaszystym ruchem chowając akta z powrotem do swojej teczki.




                                                                                         4. DORASTANIE


        Początek wiosny, kiedy to przyroda budzi się do życia, kiedy wreszcie regularniej zaczyna przygrzewać słoneczko, kiedy na dworze panuje przyjemna świetlistość, to pora, gdy i we mnie dokonuje się jakiś rodzaj przełomu. Polega on zwykle na intuicyjnym przeczuciu, że oto wszystko ma szanse się dobrze poukładać oraz że istnieje nadzieja na optymistyczny scenariusz dalszych zdarzeń, jakkolwiek powikłany uprzednio by on nie był.
        Mając swoje osiemnaście lat, tak po prawdzie nie czułem się jeszcze dorosły w tym sensie, żeby odpowiadać za siebie, nie mówiąc już o odpowiedzialności za innych. Próbując się niejako sam przed sobą usprawiedliwić w tym względzie, spychałem moje poczucie niedojrzałości na to, że skoro się uczę, to przecież nie jestem w stanie jednocześnie zarabiać i sam się utrzymywać. Niemniej uważałem, że nie powinienem być traktowany jak dziecko i że należą mi się pewne wolności oraz przywileje, choćby w związku z moją dojrzałością fizyczną.


                                                                        ***


        Korzystając ze sprzyjającej pogody i czasu wolnego, mama wraz z zaprzyjaźnioną parą znajomych wybrała się w to sobotnie przedpołudnie do nieopodal leżącego dużego miasta wojewódzkiego na zakupy. Owi znajomi mamy właśnie byli na etapie urządzania swojego nowego mieszkania, toteż dużo czasu spędzali, odwiedzając sklepy lub stoiska z armaturą sanitarną, sprzętem AGD, kaflami i tym podobnym asortymentem. Moja


29                                                                                                                           4. DORASTANIE



mama – domorosły dekorator wnętrz, stanowiła więc obecnie wręcz nieocenione towarzystwo dla tych swoich znajomych. Nade wszystko jednak ta trójka, do której czasami dołączała jeszcze jedna zaprzyjaźniona para małżeńska, lubiła spędzać ze sobą czas i często szukała po temu okazji i pretekstu.
        Należy zaznaczyć, że kiedy przychodziło do organizowania takich spotkań, pewnym problemem okazywały się jednak dzieci. Bieganie od sklepu do sklepu, pomiary, zastanawianie się i nieustające dywagacje doprowadzały mnie do szału chyba w jeszcze większym stopniu niż ich Adasia. Chłopczyk miał pięć latek i, w przeciwieństwie do mnie, lubił spędzać czas z rodzicami. Jednakże kilkugodzinne lub czasem nawet całodniowe przebieranie nóżkami w ślad za dorosłymi było stanowczo ponad jego skromne siły, co prędzej czy później dawał im odczuć.
        Tego właśnie dnia „państwo starsi” tak to sobie „sprytnie” wykombinowali, że pod ich nieobecność to właśnie mnie miała przypaść rola opiekuna. Podobna sytuacja zdarzała się już w przeszłości, aczkolwiek, zwłaszcza w ten dzień, odnosiłem się do tego narzuconego mi scenariusza niechętnie. Mały Adaś był, to trzeba uczciwie przyznać, przeważnie grzecznym i bezproblemowym dzieckiem, które potrafiło się zająć sobą, jednak jego obecność i moja potencjalna odpowiedzialność za niego krępowały swobodę mojego działania. Ja zaś, wiedząc już zawczasu o planowanym wyjeździe mamy, umówiłem się ze swoją sympatią Moniką na ten dzień, około południa. Muszę przyznać, że zawsze z największą ekscytacją wyglądałem takich okazji jak ta właśnie, kiedy mogliśmy pobyć tylko we dwoje.
        Monika była moją znajomą ze szkoły, z równoległej klasy. Spotykaliśmy się ze sobą już od przeszło pół roku. Mama niechętnie patrzyła na ten mój romans. Uważała, że jest jeszcze stanowczo za wcześnie dla mnie, abym wikłał się w poważne relacje damsko-męskie. Ja zaś nie zakładałem, że owa znajomość będzie miała


30                                                                                                                  KWAŚNE POMARAŃCZE



jakiś bardzo poważny charakter. Być może kiedyś, w przyszłości? Kto wie? Natenczas jednak w ogóle nie myślałem tymi kategoriami. Cieszyłem się swoją młodością i, mówiąc bez ogródek, czułem, że rozpierają mnie hormony. Tak więc, aby dać upust tym swoim naturalnym popędom, „oswoiłem” sobie koleżankę. Oczywiście nie było najmniejszego sensu do tego typu narracji przekonywać mojej mamy. Jestem absolutnie pewny, że w żadnym razie by jej to nie uspokoiło. Chyba nawet wręcz przeciwnie. Mama już wielokrotnie, zresztą w otwarty sposób, wyrażała przede mną swoje obawy. Dotyczyły one przewidywanego przez nią złowróżbnie mojego przedwczesnego ojcostwa. Zważywszy na to wszystko, musiałem zgadzać się na pewne kompromisy, a swoje zamiary realizować nie w pełni jawnie i z zaangażowaniem odrobiny sprytu.


                                                                       ***


        Na przybycie Moniki przygotowałem się wzorowo: wysprzątałem mieszkanie, przygotowałem sałatkę z ananasem, którą uwielbiała, i miałem dość klarowną wizję tego, jak będzie przebiegać to nasze spotkanie. Mój pomysł opierał się na założeniu, że dość szybko uda mi się wyekspediować Adasia na dwór, gdzie mógłby się pobawić z kolegami. Oczywiście będę patrzył z okna i kontrolował, co się z nim dzieje. Jednakże swój czas i uwagę zamierzałem poświęcić głównie na przyjemność obcowania z dziewczyną, z którą miałem nieodpartą ochotę na zbliżenie.


                                                                       ***


        Półtorej godziny, jakie spędziliśmy z Adasiem, oglądając bajki o żółwiach ninja, a następnie, jeszcze przez kilka chwil, program rozrywkowy Od przedszkola do Opola, upłynęło bardzo szybko. Po zjedzeniu małej przekąski, którą dla niego przygotowałem, chłopczyk zajął się rysowaniem. Co jakiś czas podchodził do


31                                                                                                                           4. DORASTANIE



mnie i mówił: „Zobacz! Ładnie?”. Następnie próbował mi wytłumaczyć, kto jest kim i co jest czym na danym rysunku i jakimi owe postaci, najwyraźniej ujęte w aktywnym działaniu, kierują się motywacjami. Niedługi czas przed przyjściem Moniki zachęciłem chłopca, aby poszedł sobie trochę pohasać na powietrzu. Zapewniłem go, że w razie gdyby mnie potrzebował, będę w domu. Chłopczyk bardzo się ucieszył na możliwość zabawy na podwórku, toteż wnet dołączył do kolegów.
        Monika przybyła na czas. Miała na sobie lekką, biało-czerwoną sukienkę. W rozpuszczonych włosach i z uśmiechem na twarzy wyglądała jak kwiat. Bacznie obserwując jej ruchy, gesty, spojrzenia oraz sposób prowadzenia ze mną rozmowy, uznałem, że zachowuje się – jak na nią – w sposób dość śmiały. Odebrałem to jako zachętę do pieszczot i zbliżenia.
        Początkowo rozmawialiśmy ze sobą o szkole i znajomych, drocząc się i przekomarzając nawzajem. Obojgu nam dopisywał humor. Po wspólnym posiłku zaczęliśmy oglądać jakiś film, który jednak szybko nas znudził. Siedziałem blisko niej i łaskotałem delikatnie palcami jej odsłonięte prawe ramię. Wkrótce zaczęliśmy się całować. Początkowo pocałunkami pokrywałem jej ramiona, potem usta, szyję i dekolt. Dziewczyna poddała się moim pieszczotom, sama pozostając raczej bierną. Absolutnie mi to jednak nie przeszkadzało. W tamtym momencie byłem skupiony wyłącznie na jej urodzie i wdzięku. W całym tym oszołomieniu miłosnym pamiętałem na szczęście o środkach antykoncepcyjnych. Kochaliśmy się bardzo namiętnie, z krótką przerwą, dwa razy.


                                                                        ***
                                                                
      

do góry

Wykonane przez Onisoft.pl

2017 Wszelkie prawa zastrzeżone oceanksiazek.pl

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl