Popęd strachu
Ktoś wśród tataraków
szukał maków.
„Nie ma tam, pijaku,
spod innych miedz,
to zakup!”
Zapytałem ptaków,
czy nie widziały maków.
One jak szpiedzy, dzioby w piachu.
Moi koledzy po fachu
polem kukurydz
przy polu kaczeńców
rozstawiają fartuch.
I nie od pieniędzy,
rumieńców.
To cali pożółkli od nędzy
udają żebraków.
Tu obok źrebaków
to męczy
„gdzie szukać maków
wśród czerwonych plakatów?”.
Nikt, nawet z kapliczek, od księdza,
co święcił,
nie odpowiedział światu…
I świat odszedł,
z wiatrem
w uprzęży,
opowiadać o ziemi krachu,
„da, da” niemowlęcym,
nie wróci, pismaku.
Jedynie ci są bielusieńcy
ze strachu,
co nie znają ich
…z tęczy
…z zapachu.
6
Różo, różo, jak mnie za mało, to ciebie za dużo.
Jestem jak ta róża,
cuda w uchu gruba w uszach
To kolcami wkurza.
To po zmysłach
pyłkami odurza.
Znam wartość,
co przejrzysta.
I mgły nad stołami osusza.
I ponad wszystka,
ten opad deszczyska,
doda jak plusa.
7
Konie
Czasem powóz koni szarpie,
wodnych koników.
Co goni nimi najładniej
poszum strumyków.
I lejcy w dłoni wszechwładnie
„nikt nas nie dogoni”.
Z nosem do nut,
u stronic zeszytu.
O języku, czasu nie ukradnie.
Nic się nie ukłoni „walnie”
w ryzyku.
Tylko smyczek skrzypiec nieporadnie
„ech, muzykuj”.
A nie przy szosie,
odgłosy chodników.
Niezawodne „atelier”
i liter, co szkaradnie
przytwierdzone wytłumaczalnie
do pulpitu.
Aż do uniesień szczytu,
zostanie moralnie.
Kiwają się na szarfie
w wód lekkim deszczyku.
To słabo, to normalnie,
o barwie letników.
Podnosząc naturalnie
tych zmartwień,
8
do szyku.
Wymyślonych stolików bawialnie,
bez pieprzyku.
Biorąc to za kawiarnie.
Wymyślonych trunków, drinków,
by wytrwać, dla jednych, traf fajnie,
dla drugich, męczarnie do świtu.
Wielu przytaknie wyobrażalnie,
że tego typu
nosi w sobie darń, co parnie,
czując deszcz co spadnie,
w swym kapelusiku.