Kategorie blog
Oczami Amalii
Oczami Amalii

 



















        W pochmurny i mroźny wieczór grudniowy, wracając ze świątecznych zakupów, Amalia wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Bronią wstąpiły do ich ulubionej knajpki mieszczącej się na Rynku Głównym. Usiadły przy stoliku, zamówiły ulubioną gorącą czekoladę z bitą śmietaną i przez kawiarnianą witrynę patrzyły na piękne miasto, które dzięki atmosferze Bożego Narodzenia stawało się jeszcze bardziej urokliwe i cieplejsze. Stragany świąteczne, śmiech radosnych dzieci biegających pomiędzy rodzicami, lampki zawieszone na drzewach i dekoracjach sklepowych, święty mikołaj machający do przechodniów, w tle dźwięki bożonarodzeniowych melodii. Te wszystkie szczegóły zachęciły Amalię jak co roku do wspomnień.
        – Co się stało? – zapytała Bronia swoją przyjaciółkę. – Zauważyłam, że co roku o tej samej porze, wpatrując się w świąteczną oprawę naszego miasta, stajesz się nieobecna i widać, że myślami jesteś gdzieś bardzo daleko. W twoich oczach ukazuje się ból i chociaż nie ma w nich łez, biją od nich smutek i żal. Przecież to jest okres radości, ludzie się weselą, godzą, świat nabiera piękniejszych i kolorowych barw, a patrząc na ciebie, co roku zadaję sobie jedno pytanie: „Co się stało?”.
        Amalia, wpatrując się w rzeczywistość za oknem, postanowiła w końcu opowiedzieć Broni o wszystkim, co się wydarzyło: o tym, jak musiała uciekać ze swojego domu rodzinnego i jak znalazła się aż tutaj…


7




        Popijając gorącą czekoladę, rzekła:
        – Widzisz, zaczęło się od tego: pochodzę z wielodzietnej rodziny. Oprócz mnie była jeszcze siódemka rodzeństwa. Kiedy miałam dziewięć lat i zbliżały się święta Bożego Narodzenia, jak co roku pojechaliśmy z tatą po choinkę do lasu. Kiedy już znaleźliśmy największe drzewko, ścięliśmy je i zabraliśmy do domu… Tam już czekała na nas mama z przygotowanymi własnoręcznie ozdobami, które co roku wieszaliśmy wszyscy na choince, śpiewając przy tym kolędy i podskakując. Uświadamiałam sobie wtedy, jak bardzo kocham moją rodzinę.
        Rodzeństwo, jak to bywa, często nas denerwuje, ale wówczas mogłabym im wszystko wybaczyć. No i oni, moi rodzice, najcudowniejsi na świecie, lepszych nie mogłam sobie wymarzyć.
        Może nie byliśmy zamożną rodziną, ale kochaliśmy się. Dobro każdego z nas było zawsze na pierwszym miejscu, jeden drugiego szanował, kochał i gdyby trzeba było, w ogień by za nim skoczył…
        Podczas ubierania choinki zwyczajem i tradycją było to, że głowa rodziny osadzała gwiazdę betlejemską na czubku drzewka. Mój tato czynił to co roku z dumą i honorem naszego rodu. Gwiazdka była zrobiona ze słomy, a bombki ze styropianu, ale nam to nie przeszkadzało.
        Mama gasiła światło i w ciszy wpatrywaliśmy się w migające lampki na naszym drzewku choinkowym.
        Potem, jak to zwyczaj nakazywał, tato i synowie szli ciupać drewno na opał, a mama z córkami zmierzały do


8




kuchni piec coroczne piernikowe ciasteczka. Uwielbiałam spędzać czas w kuchni z mamą. Lubiłam patrzeć, jak porusza się z wdziękiem i gracją…
        Kiedy już upiekłyśmy wszystkie ciasta i ciasteczka na święta, przychodziła pora na pisanie listów do Świętego Mikołaja. Zawsze wtedy mieliśmy radość nie z tej ziemi. Każdy z nas siadał w innym kącie, żeby przypadkiem drugi nie podejrzał, co tamten ma napisane w liście. Skupienie i zastanawianie się nad tym, kto co chciałby dostać, trwało zawsze jakiś czas.
        Gdy już listy były gotowe, każde z nas umieszczało je na parapecie okna razem z salaterką ciasteczek i kubeczkiem gorącego mleka, żeby Mikołaj mógł się posilić. Wtedy dopiero nadchodziła pora na nas. Mama przygotowywała nam szklankę gorącej czekolady i stawiała ją na stół razem z upieczonymi wcześniej pierniczkami…
        Zajadając się nimi, patrzyliśmy, jak tato od czasu do czasu dorzuca do kominka kawałki drewna. Ogień pięknie płonął, iskierki dawały odgłos rozpalającego się żaru, a nad kominkiem wisiały skarpetki z naszymi imionami własnoręcznie wyhaftowanymi przez mamę. Każdy z nas oczami wyobraźni widział w swojej skarpetce prezenty, które przed chwilą wymienił w liście do Świętego Mikołaja.
        – Pora iść spać – powiedziała mama. – Jutro trzeba wcześnie wstać, bo jest Wigilia Bożego Narodzenia. Dziewczyny, musimy przygotować wieczerzę.
        – Dobrze, mamo – odpowiedziałyśmy wszystkie chórem i poszłyśmy na górę do swoich pokoi.
        Nazajutrz za oknem nastał śliczny poranek. Naprószyło jeszcze więcej śniegu. Na zewnątrz tata z chłopakami przygotowywali drewno do kominka na święta, na dole w kuchni słychać było odgłosy krzątaniny mamy.


9




        – Już jesteśmy! – krzyknęłyśmy wszystkie razem. – Co mamy robić?
        – Dziewczyny, zabieramy się za gotowanie. Wprawdzie stół nie będzie tak obfity, jak powinien, i nie znajdzie się na nim dwanaście potraw, jak każe tradycja, ale nie to jest najważniejsze, lecz miłość, której u nas przy stole i w domu jest pod dostatkiem. Kto mi powie: dlaczego jest dwanaście potraw?
        – Od dwunastu apostołów, mamo! – odpowiedziałyśmy wspólnie.
        – Brawo.
        Kiedy uporałam się ze swoimi obowiązkami, poszłam nakryć stół do wieczerzy wigilijnej, przyśpiewując przy tym kolędy.
        Chłopcy z tatą już wrócili, my skończyłyśmy przygotowywać wieczerzę i wszyscy jak jeden mąż poszliśmy do swoich pokoi przebrać się w najbardziej eleganckie stroje odświętne, aby w nich zasiąść do wigilijnej kolacji.
        Kiedy już wszyscy ładnie ubrani spotkaliśmy się na dole przy stole pełnym potraw, w rogu stała choinka, a pod nią symboliczne prezenty dla każdego z nas.
        Tata tradycyjnie uklęknął przed najświętszym obrazkiem Matki Boskiej, a my wraz z nim odmówiliśmy modlitwę o błogosławieństwo tego roku i tych darów, które mieliśmy przed sobą, a także o wieczny odpoczynek dla osób bliskich naszym sercom, których już nie było z nami.
        Po modlitwie nadszedł czas podzielenia się opłatkiem. Jak co roku tata, podnosząc opłatek w naszą stronę, powiedział: 


10




        – Pamiętajcie o tradycji, rodzinie i z Bożą Dzieciną tak wychowujcie własne dzieci, bo tradycja i rodzina są najważniejsze dla nas, Polaków.
        Potem usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy zajadać się potrawami, które jak co roku w ten jedyny dzień smakowały najlepiej.
        Uśmiechnięte twarze, pełne żołądki, rodzina – niczego więcej mi nie było trzeba, czułam się taka szczęśliwa.
        Później oczywiście było kolędowanie przy choince i otwieranie prezentów. Pamiętam, że zawsze się zastanawiałam, co dostaniemy. Nie były to bogate prezenty, ale dla nas miały wielką wartość, bo były dawane prosto z serca.
        Tradycyjnie o północy całą rodziną szliśmy na pasterkę. To było piękne zakończenie tego dnia.

* * *


        Bronia, wpatrując się we mnie z uśmiechem na ustach i rozanieloną twarzą, zapytała:
        – I co było dalej? Boże, jak pięknie i rodzinnie spędzałaś Wigilię! Niejedna rodzina chciałaby zaznać chociaż odrobinę tego szczęścia i ogniska domowego, które mieliście wy.
        – Tak mi się wtedy też wydawało. Czułam się taka szczęśliwa! Wtedy ani przez myśl mi nie przeszło, że niedługo ten spokój zostanie zburzony, a radość bezpowrotnie odebrana. A tak się stało…
        Już niedługo po tym okazało się, że Pan Bóg ma wobec naszej rodziny trochę inne plany niż dotychczas. Zaraz po Nowym Roku mama zachorowała. Na początku zwykły kaszel i ból w klatce piersiowej.


11




Oczywiście mama uważała, że najlepsze lekarstwa to domowe starodawne receptury – syrop z cebuli oraz mleko z czosnkiem i miodem – i cały czas powtarzała, że to musi być zwykłe przeziębienie, które w końcu przejdzie, więc nie ma się czym martwić. Lecz po paru tygodniach leczenia się na własną rękę mama czuła się coraz gorzej, a te jej cudowne medykamenty okazały się nie dość pomocne.
        Tata postanowił nie czekać dłużej i nie zwracając uwagi na protesty mamy, czym prędzej pognał po doktora.
        – Na początku siedziałem cicho, prosiłaś mnie, żebym dał ci czas, bo twoje sposoby na pewno pomogą, więc to uczyniłem. Ale za długo to trwa! Ty się czujesz coraz gorzej, a ja i dzieci nie możemy patrzeć, jak dalej się męczysz. Ja uszanowałem twoją decyzję, teraz przyszła pora, abyś ty uszanowała moją. Chyba tyle możesz dla nas zrobić. Ja i dzieci potrzebujemy cię i kochamy, nie możemy pozwolić na to, żebyś tak się męczyła. Daj sobie pomóc… Sprowadzę doktora. On na pewno będzie wiedział, co ci dolega, zaaplikuje odpowiednie leki i raz-dwa wrócisz do zdrowia. Proszę!
        – Mamo, prosimy cię, zrób to dla nas i przede wszystkim dla siebie, nie chcemy już dłużej patrzeć, jak się męczysz.
        Ze łzami w oczach odpowiedziała:
        – Dobrze, macie rację. Przepraszam, że nie zgodziłam się, żeby to wcześniej zrobić. Idź po lekarza – zwróciła się do taty.
        I kiedy tato wraz z panem doktorem przyszli, od razu zamknęli się w pokoju z mamą. Minęła godzina, może trochę mniej, nie patrzyłam na zegarek, dla mnie ten czas oczekiwania był jak wieczność.


12




Czułam się, jakbym czekała na jakiś wyrok, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak właśnie to wszystko będzie wyglądać.
        Drzwi się otworzyły i wyszedł pan doktor, szepcząc coś do mojego taty. Schowałam się, żeby nie widzieli, że cały czas wyczekiwałam na ten właśnie moment. Ukradkiem spostrzegłam minę taty i chociaż jego twarz wynurzała się z cienia, byłam pewna, że jest zapłakany. Nigdy nie widziałam go w takim stanie, tak roztrzęsionego. Już wtedy wiedziałam, że nie wystarczy recepta i wykupienie leków, aby mama wyzdrowiała. Zastanawiało mnie jednak, co to musi być za choroba, skoro tata był w takim stanie. Nigdy dotąd nie widziałam, jak płacze. Zostało mi tylko cierpliwie czekać, aż sam do nas przyjdzie i opowie, co się wydarzyło za zamkniętymi drzwiami. Zbliżała się pora kolacji, a ja, widząc, że ani tata, ani mama nadal nie wychodzą z pokoju, postanowiłam dać im trochę czasu i sama zajęłam się przygotowaniem posiłku dla mojego rodzeństwa.
        W trakcie jedzenia usłyszeliśmy skrzypienie podłogi w przedpokoju. Wtedy już wiedziałam, że przyszedł moment, żebyśmy się dowiedzieli, co powiedział pan doktor. Kiedy tata wyłonił się zza ściany, widać było, że przez ten cały czas, kiedy siedział w pokoju z mamą, nie powstrzymywał łez, ponieważ całą twarz miał napuchniętą. Usiadł przy nas i powiedział:
        – Wiem, że trudno wam będzie zrozumieć to, co powiem. Uwierzcie, mnie też było ciężko, gdy usłyszałem diagnozę. Do tej pory nie mogę się z tym pogodzić i raczej nigdy się nie pogodzę, ale nie my jesteśmy stwórcami własnego życia.


13




Oczywiście to, co robimy i jakimi jesteśmy ludźmi, zależy od nas, ale to, kiedy się rodzimy i kiedy umieramy, zależy tylko od Pana Boga. Bóg ma inne plany co do naszej mamy niż my. Najwidoczniej stwierdził, że potrzebuje jej tam u siebie wśród aniołków do pomocy.
        Mały Władek potuptał do taty i z figlarnym uśmieszkiem zapytał:
        – Tatusiu, to znaczy, że mamusia będzie przebywała wśród takich ślicznych aniołków ze skrzydełkami?
        – Tak, Władku – powiedział tata.
        – Ale ja chcę, żeby ona była z nami! Po co te aniołki chcą mamę? Przecież ich tam jest dużo, a my mamę mamy tylko jedną – zaszlochał.
        – Kochanie, musimy być silni i trzymać się razem. Tylko tak przetrwamy ten trudny dla nas okres.
        – Czy to znaczy, że mama umiera? – zapytałam.
        – Tak – odparł tata.
        Wtedy dopiero do nas dotarło, a zwłaszcza do mnie, że tracę najważniejszą osobę w moim dotychczasowym życiu.
        Nasz płacz dobiegał z każdego zakątka domu.
        – A gdzie mama? – spytała Hermiona.
        – Mama śpi, dopiero udało mi się ją uspokoić, dlatego zachowujmy się cicho, żeby mogła odpocząć – powiedział tata i wpatrując się w nas, dodał: –Musimy być silni i wspólnie zajmować się nią najlepiej, jak umiemy, w ostatnich miesiącach jej życia. Ona potrzebuje naszej siły, miłości i wiary.
        Przytaknęliśmy na znak, że rozumiemy i zgadzamy się z tym, ale w mojej głowie panował taki chaos, że nie umiałam sobie z tym poradzić.


14



do góry

Wykonane przez Onisoft.pl

2017 Wszelkie prawa zastrzeżone oceanksiazek.pl

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl