Spis treści
Rozdział I ...................................................................................................... 5
Rozdział II .................................................................................................... 16
Rozdział III.................................................................................................... 32
Rozdział IV .................................................................................................... 41
Rozdział V ..................................................................................................... 59
Rozdział VI .................................................................................................... 65
Rozdział VII .................................................................................................. 74
Rozdział VIII.................................................................................................. 84
Rozdział IX ....................................................................................................106
Rozdział X .....................................................................................................126
Rozdział XI ....................................................................................................135
Rozdział XII ...................................................................................................155
Rozdział XIII..................................................................................................164
Rozdział XIV ..................................................................................................174
Rozdział XV ...................................................................................................188
Rozdział XVI ..................................................................................................198
Rozdział XVII .................................................................................................211
Rozdział XVIII ...............................................................................................232
Rozdział XIX ..................................................................................................244
Rozdział XX ...................................................................................................256
Rozdział XXI ..................................................................................................270
Rozdział XXII .................................................................................................282
Rozdział XXIII ...............................................................................................304
Rozdział XXIV ................................................................................................313
Rozdział XXV .................................................................................................331
I
Stefan zerknął na zegarek. Już prawie godzinę siedział na tej myśliwskiej ambonie, lecz dopiero teraz zaczęło zmierzchać. Od tego momentu musiał zachować bezwzględną ciszę. Wiedział, że dziki prócz węchu miały też znakomity słuch, a zazwyczaj właśnie o tej porze wychodziły na żer.
W powietrzu wyczuwało się chłód, lecz mrozu jeszcze nie było. Zewsząd emanował leśny spokój, z rzadka tylko zakłócany niewielkimi, choć dość zimnymi podmuchami wiatru. Widoczność była znakomita i na bezchmurnym niebie już pojawiały się pierwsze gwiazdy. Jednak wraz z upływem czasu i narastaniem mroku wciąż ich przybywało, a świeciły coraz intensywniej. W tym momencie Stefan począł rozmyślać nad tworzonymi przez nie gwiazdozbiorami. Widok nieboskłonu, choć od wieków zapewne taki sam, tego wieczoru zachwycał go szczególnie. Wpatrywał się w niebo jak zaczarowany.
I nagle całą jego uwagę przykuło piękne, niecodzienne zjawisko. Z lewej strony obserwowanego firmamentu jasno świecił półkulisty księżyc. Był w pierwszej kwadrze. Natomiast tuż pod nim, wydawałoby się podwieszony na niewidocznej lince, jaskrawo promieniał punkt wielkości piłeczki do ping-ponga. Jednak intensywnością swego blasku przyćmiewał wszystkie inne widoczne gwiazdy. Jaśniał też zdecydowanie bardziej niż towarzyszący mu dużo większy przecież księżyc. Ten urokliwy fenomen niezmiernie Stefana zafrapował.
5
Widok wprost urzekał. Wywoływał fantastyczne rozmyślania nad ogromem tajemnic wszechświata i, nie wiadomo kiedy, pojawiała się naturalna ochota do uwiecznienia tego obrazu, choćby przez jego opisanie.
W tej sekundzie zrozumiał swoją fascynację. Kończyła się właśnie jesień. U schyłku dnia i o tej porze roku tak dobrze widoczna nad południowym horyzontem mogła być tylko Wenus. Znów bezwiednie się zapatrzył, a to przywołało wspomnienia.
Planetę Wenus po raz pierwszy zaobserwował, a właściwie zwrócił na nią uwagę na początku lat siedemdziesiątych. Akurat w owym czasie Stefan odbywał zasadniczą służbę wojskową i pamiętał, że było to jeszcze przed złożeniem przysięgi. Dokładnie przypominał sobie jeden z tych grudniowych wieczorów, gdy w jednostce właśnie mieli zakaz opuszczania koszar. Po skończonych zajęciach jak zwykle maszerowali do żołnierskiej stołówki. Panował kilkustopniowy mróz i wszędzie, poza aleją, którą szli, bielała warstwa śnieżnego puchu. Dokoła panował już gęsty mrok, rozpraszany jedynie przez koszarowe latarnie. Czyste niebo, podobnie jak teraz, lśniło mrowiem gwiazd. Wyróżniająca się na ich tle Wenus świeciła niezwykle intensywnie i wyglądała nawet na większą, niż widział ją w tej chwili. Robiła niesamowite, wręcz magiczne wrażenie. Była urocza, a zarazem tak absorbująca, że nie mógł od niej oderwać wzroku. To wtedy przyszły mu na myśl wierzenia starożytnych Rzymian. Nie dziwił się, że tę planetę nazwali imieniem bogini piękna i miłości, patronki zakochanych. Bogini, która wybranych spośród ludzi obdarzała powabem, zmysłowym wdziękiem, lecz również, a może przede wszystkim, szczęściem w miłości. Później, każdego dnia na przełomie owej jesieni i zimy, gdy pogodna noc ledwie zapadała, Stefan już wypatrywał Wenus nieustannie.
6
Wtem nagłe tupotanie wyrwało go z zamyślenia. Zaszeleściły opadłe liście. Kilka gałązek z okolicznych krzewów, przy niespodzianym trąceniu, lekko zadrgało. Szybko wytężył wzrok. Momentalnie jednak wszystko ucichło. Wrócił spokój z rzadka tylko przerywany wciąż słabymi podmuchami wiatru. Zastanawiał się przez chwilę nad przyczyną tego rumoru. Wreszcie doszedł do wniosku, iż musiał to być goniący albo spłoszony czymś lis.
W gruncie rzeczy był zadowolony, że siedział tak wysoko. Polowanie z zasiadki, gdy w takim miejscu czekał na zwierza w pojedynkę, właśnie lubił najbardziej. Nie cierpiał natomiast podestów zwanych zwyżkami. Wykonane z dech przybitych do niższych konarów drzew mogły pomieścić nawet kilku myśliwych jednocześnie. Służyły przede wszystkim do polowań zbiorowych i z reguły na stojąco.
Stefan zdecydowanie wolał ambonę. I lubił zasiadać w niej sam, choć dwie osoby też mieściły się tu bez trudu. W takiej ambonie stanowisko strzeleckie znajdowało się dość wysoko. Była nim drewniana czatownia usytuowana na grubych i długich, blisko pięciometrowych, balach. Budka miała podstawę zbliżoną do kwadratu, o boku nie większym niż półtora metra. Jej wysokość zdecydowanie przekraczała przeciętny wzrost człowieka, co każdemu pozwalało na swobodne wstanie, choćby dla zwykłego rozprostowania nóg.
Wyposażenie stanowiska było skromne, lecz funkcjonalne. Ułożona w poprzek szeroka decha służyła za ławkę, która siedzącemu zapewniała oczywistą wygodę zarówno podczas obserwacji, jak i w momencie przybierania pozycji strzeleckiej. A że deska nie była przybita do bocznych podpórek, więc w zależności od tuszy myśliwego można ją było odpowiednio przesunąć. Natomiast z przodu ambony
8
znajdował się bufecik pomocny w podparciu rąk lub broni. Tworzyła go ulokowana na wysokości blisko siedemdziesięciu centymetrów od podłogi belka, do której przybito grubą derkę jako osłonę nóg przed wiatrem. Ta jednak, celowo, z boków i w dolnej części nie była umocowana, co w razie przypilenia nagłą potrzebą pozwalało na jej lekkie odchylenie. Przecież, bez względu na pogodę, siedziało się tu nawet kilka godzin. Poza przodem, zabudowanym i osłoniętym tylko do połowy, pozostałe ścianki stanowiska, pominąwszy właz, na całej swojej powierzchni obite były równie grubymi derami, jak ta z przodu. Dawało to solidne zabezpieczenie nawet przed najzimniejszym wichrem. Samo wejście, usytuowane po lewej stronie tyłu budki, osłaniał ciężki filcowy pled o skórzanym obramowaniu. Rzecz jasna miał odpowiednią długość oraz szerokość. Przybity jedynie do górnej krawędzi otworu, łatwo dawał się odchylić i umożliwiał wchodzenie. Całości dopełniał ponaddwumetrowy kryty papą dach, który wystawał dość znacznie z przodu oraz lekko po bokach czatowni. Taka konstrukcja chroniła myśliwego nawet przed mocno zacinającym deszczem.
Stefan oparł łokieć na balustradce i palcami otwartej dłoni przez dłuższą chwilę gładził brodę… Do tej ambony już się przyzwyczaił. Najważniejsze, że stała niezbyt daleko, bo w linii prostej był to niecały kilometr od leśniczówki. Jedyną trudność sprawiała mu prowadząca do tego stanowiska drewniana drabinka. Rzecz w tym, iż była umocowana idealnie pionowo, co przy pokonywaniu blisko pięciu metrów w górę lub w dół zawsze stanowiło pewne wyzwanie. Zwłaszcza że za każdym razem dźwigał sprzęt myśliwski. Lecz zejście było zdecydowanie trudniejsze. Wtedy trzeba było uważać szczególnie. Przede wszystkim należało wykluczyć pośpiech, jak również wszelkie emocje i nerwy. A z tym bywało różnie.
8
Stefan uważnie przesunął wzrok po rzadziej w tym miejscu zalesionej dolince. Nie przerywając lustrowania, delikatnie pogładził lufę sztucera opartego o balustradkę. Kilka skąpanych w świetle księżyca dębów przemieszanych z bukami rzucało wydłużone cienie na rosnące w ich pobliżu krzewy. Teren był lekko podmokły. W zasadzie dziki lubiły takie żerowiska.
Pamiętał zimę sprzed dwóch lat. Siedział jak dziś na ambonie. Był niewielki mróz, ale śnieg leżał strefami. Były miejsca mocno ośnieżone, lecz także takie, gdzie ziemia prześwitywała pośród zwiędłych liści i kępek mchu. Księżyc świecił równie jasno. Grog wypity przed wyjściem z leśniczówki rozgrzewał krew jak mało kiedy. Nazwa napitku była oczywiście umowna. W rzeczywistości piło się spirytus, w jednej trzeciej tylko rozcieńczony przegotowaną, czasem jeszcze gorącą wodą. Ledwie Stefan wypił z jednej musztardówki, już mu podsunęli drugą, żeby nie kulał. Dobrze, że nie namawiali liczyć, do trzech razy sztuka. Jednak mimo to na ambonę jakoś się wdrapał.
Gdy tylko zajął siedzisko, od razu przygotował broń. Do lufy załadował brenekę, bo śrut na dzika niestety nie wystarczał. Marzył mu się dorodny odyniec o dużych szablach i równie atrakcyjnych fajkach. Najlepiej gdyby przekraczał dwieście kilo wagi.
Kiedy już się dobrze usadowił, lekko zgięte w łokciach ręce oparł na balustradce. Starannie wsłuchiwał się teraz w leśne odgłosy, choć wielu nazwałoby to ciszą. Jednak krążące w żyłach ciepło nieco usypiało. Żeby więc nie zasnąć, od czasu do czasu zmieniał pozycję.
W pewnym momencie rozległo się rechtanie. Zrazu ciche, z każdą chwilą jednak przybierało na sile. W ułamku sekundy serce podskoczyło Stefanowi do gardła. Taki odgłos zwiastował rosłego osobnika. Szybko i wydawało się,
9
że bezszelestnie, skierował w tę stronę lufę strzelby. Ręce lekko mu drżały, a tętno zdawało się głośniejsze niż dźwięk werbla. Z wielką trudnością wstrzymał oddech, gdy przy buku zamajaczył cień.
Niemal na oślep nacisnął spust. Usłyszał kwiknięcie i natychmiastowy galop uciekającego zwierzęcia. Wiedział jednak, że trafił. Teraz jak najszybciej należało je odnaleźć. Pospiesznie zarzucił śrutówkę na ramię. Na kolanach wycofał się do drabinki. Trochę dłużej trwało, nim trafił na pierwszy szczebel. O mało nie spadł z tej wysokości. Na szczęście miał wpojoną zasadę dotyczącą zarówno schodzenia, jak i wchodzenia na ambonę. Każda z rąk musiała się czegoś trzymać podczas umieszczania jednej ze stóp. Dopiero gdy obie nogi były oparte, jedną z rąk można było odpowiednio przemieścić. Ta reguła już nieraz uchroniła go od kalectwa, a może nawet od utraty życia. Abstynentem przecież nie był, a z myśliwymi piło się o różnych porach.
Z ostatniego szczebla już zeskoczył. Wyjął z chlebaka latarkę. Trochę idąc, trochę biegnąc, po niedługiej chwili dotarł do miejsca zdarzenia. Buk stał niewzruszenie, choć zdawało się, że w podmuchach wiatru gniewnie marszczył swe gałęzie. Zbytnio tym się nie przejmując, Stefan począł obchodzić drzewo. Zataczał coraz to większe kręgi. Szukał juchy, a właściwie jej plam. Znalazł je dopiero na ośnieżonym skrawku polany, ponad pięćdziesiąt metrów dalej. Oświetlając teren latarką, szedł tym tropem kilka dobrych minut. W pewnym momencie dotarł jednak do strefy niezaśnieżonej. Tu latarka niestety nie wystarczała. Ślad, do tej pory wyraźny, teraz się zagubił. Stefan już go nie odnalazł, mimo iż na szukanie zgubionego tropu i sprawdzanie tego miejsca poświęcił blisko kwadrans. Zawiedziony i trochę zły musiał wrócić do leśniczówki. Gdy tam dotarł, kilku
10
myśliwych jeszcze biesiadowało. Znowu wypił dwie szklaneczki, jedna po drugiej. Kompani byli w wyśmienitych humorach. Rano obiecali pomóc, bo jeden z nich akurat przyjechał z psem. Stefan zapamiętał, że była to specjalnie ułożona do polowań foksterierka.
Za dnia, gdy tylko dotarli do miejsca zagubienia śladu, suka od razu podjęła trop. Ciągnęła jak burza, ledwie za nią nadążali. Jak po sznurku prowadziła ich i lasem, i przez krzaki, łąkę, a nawet chaszcze, jeszcze około dwóch kilometrów. Wreszcie znaleźli. Zwierzę leżało już martwe. Nie był to jednak wymarzony odyniec, lecz samura, jak nazywali starą lochę. Też okazała, na oko ważyła ponad siedemdziesiąt kilo. Cóż z tego, kiedy kula trafiła wnętrzności. Mięso, jak pamiętał, trochę już zalatujące, przeznaczyli wtedy do skupu.
Nagle olbrzymi cień przesłonił księżyc. Stefan natychmiast poderwał rękę, osłaniając głowę. Usłyszał przenikliwy dźwięk, jakby ktoś zagwizdał „kuu-wit”. Był to puszczyk, król nocnych łowów, latający tak bezszelestnie, jakby sam był skrzydłem nocy. Ten ptak go przestraszył, a jednocześnie wyrwał ze wspomnień. Bezwiednie rozejrzał się po ambonie.
I w tej sekundzie odżyła w Stefanie złość na łowczego. To on przecież przydzielał myśliwym odstrzały zwierząt. Wydawało się, że postępował zgodnie z zasadami, jednak już od kilku polowań za każdym razem wyznaczał Stefanowi dzika. A dlaczego nie koziołka? Ten samiec sarny do upolowania był najłatwiejszy. Miał też smaczne mięso, a przecież zbliżały się święta. Rzecz jasna, obowiązywała reguła, że po zdjęciu skóry oraz wypatroszeniu wszystko trafiało do skupu. Jednak gdy któryś z myśliwych potrzebował coś z tego na własne potrzeby, mógł to niemal od razu po minimalnej cenie odkupić. Zasada oczywiście
11
zasadą, ale jak już się upolowało, czasem nawet wbrew ustaleniom, to rzecz wyglądała zupełnie inaczej. Mianujący się myśliwymi byli przecież różni.
Byli też tacy, którzy przyjeżdżali tylko po to, aby przez te kilka dni odpocząć, uciec od codzienności, wypić, a przy tym dobrze się zabawić. Wcale nie mieli zamiaru polować. I to przede wszystkim oni, gdy czegoś potrzebowali, zaopatrywali się właśnie w skupie.
Aby zapewnić dodatkowe miejsca do spania, na terenie leśniczówki stały dwa barakowozy mieszkalne. Ponieważ ich koło łowieckie liczyło niewiele ponad trzydzieści osób, więc każdy, kto przyjechał, zawsze mógł tu przenocować. Gdy zbliżał się koniec tygodnia, nie było już dnia czy nocy, żeby w leśniczówce ktoś nie imprezował. W przeznaczonej do tego izbie stały ławy i duży stół zbity z desek. Kto nowy się zjawiał, a miał toporek, który w zasadzie służył do rozcinania mostków przy patroszeniu, wbijał go zamaszyście pośrodku stołu. Akcentował w ten sposób swoje przybycie. Stawiał przy tym flaszkę oraz dokładał się do wyżywienia. Najlepsze zabawy były jednak latem, bo to ciepło, dużo zieleni, kwiaty i las tak pięknie pachniał.
A choćby w tym roku, żeby pamięcią daleko nie sięgać. W któryś piątek rozpoczynali sezon letni. Tego dnia do leśniczówki przybyło kilkunastu myśliwych, a na środku stołu wyrósł las toporków. W sobotę już od samego rana było wesoło. W przerwach między toastami non stop leciały kawały, co chwila przerywane wybuchami rubasznego śmiechu. Co i rusz nabierali chęci na śpiewanie. Ktoś zaczynał, inni chóralnie kończyli. Momentami któryś przygrywał na organkach. Zagryzali kiełbasą na gorąco i szaszłykami z sarniny. Niektórzy woleli bigos, a czasem też kiszonego ogórka. Był również smalec ze skwarkami boczku i cebulą. Chleba przy tym nie żałowali. Jedni gotowali wodę, gdyż
12
brakowało do rozrabiania spirytusu, inni wybierali nieprzegotowaną, bo szkoda czasu. Koło południa już nie było nikogo trzeźwego. Wtedy ktoś czupurnie rzucił hasło „to my rządzimy tym krajem”. Nie podziałało… Ktoś inny nie wiedzieć czemu zaczął się przechwalać, jaki to on celny w strzelaniu. Z dwudziestu pięciu metrów trafiał w rybaka na awersie rzuconej pięciozłotówki. Zarozumialec. I to bez mrugnięcia okiem! To już zapiekło wszystkich. Wielu raptownie się zacietrzewiło. Ich duma została wprost urażona, bo przecież z pewnością byli lepsi. Zresztą broń pod ręką, więc pyszałkowi można było utrzeć nosa, i to szybko.
Wybuchła okropna wrzawa, która zelżała, dopiero gdy stanął zakład o litr spirytusu. Natychmiast wylegli w poszukiwaniu celu. Nieopodal leśniczówki wypatrzyli słup napowietrznej linii niskiego napięcia. Widoczne na wysokości blisko czterech metrów nad ziemią porcelanowe izolatory podtrzymywały przewody doprowadzające prąd do pobliskiej wsi. Odbijały przy tym oślepiające promienie wysoko stojącego słońca, czym jakby celowo prowokowały zapienionych mężczyzn. I to właśnie one stały się celem zakładu, w którego wyniku miał być wyłoniony najlepszy strzelec. Zatem do owych białych garnuszków już bezzwłocznie rozpoczęto strzelanie. Zrazu uporządkowane, według określonej kolejności, ktoś nawet usiłował robić jakieś zapiski… Jednak im dłużej to trwało, tym większą powodowało niecierpliwość i rozdrażnienie. Dziwnym zbiegiem okoliczności nikt nie trafiał.
Napięcie szybko rosło, aż wreszcie mocno wkurzeni zaczęli strzelać jeden przez drugiego. Rozsierdzony właściciel boka produkcji rosyjskiej jednocześnie nacisnął oba cyngle. Dwururkę dosłownie rozerwało, ale poza tym nic nikomu się nie stało. Inni strzelali dalej. Wreszcie izolatory poczęły się rozpryskiwać. A już wkrótce, gdy celów
14
w końcu zabrakło, kanonadę przerwali. Kilka przewodów, najwyraźniej trafionych rykoszetem, zostało uszkodzonych i druty zwisały teraz bezwładnie. Zakładu nikt nie wygrał. Zatem wrócili do biesiadowania.
Jak się potem okazało, mieszkańcy pobliskiej wioski nie mieli prądu przez dwie doby. Bezzwłocznie zaalarmowani energetycy dość szybko znaleźli przyczynę i do winowajców wreszcie dotarli. Jednak po kilku głębszych postanowili podać inny powód owej awarii.
Pozbawiona prądu wieś była niedużą popegeerowską miejscowością. Bieda, brak pracy oraz perspektyw i wynikające z tego codzienne problemy tworzyły ponurą, codzienną rzeczywistość jej mieszkańców. Dla wielu z nich sąsiedztwo myśliwych, gospodarujących na blisko dwudziestu tysiącach hektarów okolicznych lasów, wydawało się darem od Boga. Do leśniczówki zaglądali prawie wszyscy. Może przesada, ale dla części lokalnej społeczności stała się swego rodzaju centrum towarzyskim. Tu zawsze coś się działo. Przychodziło się pogadać, porozmawiać o wydarzeniach, poplotkować czy choćby zwyczajnie podowcipkować. Można było również skorzystać, gdyż myśliwi nie oddawali do skupu podrobów. Czasem otrzymane od nich wiaderko płucek, nerek czy innych tego typu specjałów wiele znaczyło. Przecież z zaopatrzeniem w mięso zawsze było ciężko, lecz zwłaszcza ostatnio, gdy na każdy ubój musiało być stosowne pozwolenie, a uzyskiwali je tylko nieliczni. Dlatego też, kiedy zachodziła konieczność, nikt nie odmawiał myśliwym potrzebnej pomocy czy wykonania jakiejś usługi. Zawsze było wielu chętnych. Nawet łebki po dziesięć, dwanaście lat wciąż podpytywali, czy cokolwiek jest do zrobienia.
Polowniki, bo tak ich nazywali miejscowi, imponowali statusem materialnym. Przyjeżdżali przecież swoimi
15
samochodami, zazwyczaj ucztowali i nigdy nie liczyli się z wydatkami. Mimo że przeważnie żonaci, rozwodnicy albo wdowcy, wszystkim wmawiali, że są kawalerami, a w dodatku majętnymi. Wiejskie dziewczyny, które zazwyczaj nie miały wielu perspektyw, czasem dawały się na to nabrać. Gdy jeszcze słyszały, że ten czy ów w nich się zakochał, wierzyły, iż znalazły w życiu szczęście. Niekiedy chciały je utrwalić ciążą. Często jednak nic z tego nie wychodziło i w rezultacie niektóre dzieci chowały się bez ojców.
Znów jakiś szmer wytrącił Stefana z rozmyślań. Odniósł wrażenie, że trochę się ochłodziło. Mimo słabego wiatru temperatura wyraźnie spadła poniżej zera. Latarką oświetlił zegarek. Wskazywał dwudziestą. I w tejże chwili Stefanowi zackniło się za atmosferą leśniczówki. Dzisiaj miało dojechać jeszcze kilku myśliwych, a w dodatku dobrych kompanów. Był pewien, że jeszcze imprezują. W tym momencie zaczął zbierać się do powrotu. Przecież jutro też jest dzień…
II
Stefan lubił być w ciągłym ruchu. Teraz jednak potrzebował go szczególnie. Stały, lecz umiarkowany wysiłek systematycznie poprawiał jego nadwątloną kondycję. Rok wcześniej pomagał koledze znieść z czwartego piętra stary tapczan. Schodząc wtedy tyłem, siłą rzeczy miał trudniej, więc ostrożnie pokonywał stopień za stopniem. Ciężar znoszonego mebla doskwierał mu zwłaszcza na pochyłościach, ale do przejścia została już tylko jedna kondygnacja. Akurat mijali drzwi kolejnego mieszkania. Leżąca tam wycieraczka, trącona przez zwykłą nieuwagę, w tej samej
16
sekundzie zsunęła się na schody. Machinalnie stawiając na niej stopę, Stefan natychmiast się pośliznął i przewrócił, a w tym momencie tapczan ugodził go w piszczel lewej nogi. Poczuł nagły ból, wstać już nie mógł. Musiało przyjechać pogotowie.
W szpitalu stwierdzono złamanie kości piszczelowej, i to w dwóch miejscach – przy kostce oraz przy kolanie. Miał jednak szczęście w nieszczęściu, że te złamania nie były otwarte. Przed zabiegiem Stefan otrzymał znieczulenie miejscowe, lecz mimo to doznał wtedy ogromnego szoku. Nigdy wcześniej żadnym narzędziem nie ingerowano w jego ciało. A teraz bezsilnie patrzył, jak wirujące ostrze wiertarki zbliżało się do unieruchomionej kończyny. Co prawda robił to chirurg, by w przewierconych otworach założyć odpowiednie śruby, ale mimo wszystko przeżycie było wstrząsające.
Pomijając niewygodny gips, założony potem od śródstopia aż do pachwiny, i trudności z siadaniem, najgorsze okazało się chodzenie. Mimo że Stefan używał pomocnych w tym przypadku kul, ruch oraz ciężar gipsu naciskającego na tkwiące w kości pręty robiły swoje. I nawet po późniejszym usunięciu śrub dolne otwory w nodze dość długo się nie goiły, a rany jątrzyły. Pomogło dopiero systematyczne przykładanie papki ze zmiażdżonych wałkiem świeżych liści białej kapusty. Jej sok okazał się cudotwórczy i stosowanie tej metody wkrótce doprowadziło do wyleczenia. Po tym właśnie okresie Stefan już codziennie praktykował umiarkowany wysiłek fizyczny. Nigdy też się nie przejadał. Wolał zjeść mniej, za to częściej. Skutek był taki, że dość szybko wrócił do szczupłej sylwetki oraz wagi, jaką miał przed wypadkiem. W jego przypadku miało to swoje znaczenie, gdyż Stefan był średniego wzrostu i do przystojniaków nigdy się nie zaliczał. Obdarzony bujnymi
17
ciemnoblond włosami, starannie je pielęgnował. Każdego ranka kilka minut poświęcał na zgrabny lewostronny przedziałek, a potem zaczesywał na prawo niezbyt długą grzywkę. Odsłaniała ona lekko wypukłe czoło oraz dość szerokie brwi, spod których dociekliwie spoglądały jego nieduże oczy. Wąski przy tym nos wraz z prostą linią warg nadawał całej twarzy stanowczy wyraz. Reszty dopełniały prawie czarne wąsy, które tuż za kącikami ust kierowały się ostro w dół i tu były nieco szersze.
Do swego ubioru Stefan nigdy nie przywiązywał specjalnej wagi, jednak krawatów wyjątkowo nie lubił. Gdy czasami je zakładał, zresztą głównie do fotografii, to odnosił wrażenie, że ktoś go trzyma na uwięzi i bardzo szybko robiło mu się duszno.
A w życiu codziennym bywał niezwykle zaradny. Zawsze znalazł jakąś receptę albo sposób na zaistniały problem. Miał też wrodzoną łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Na ludziach umiał się poznać intuicyjnie i w relacjach towarzyskich nie chciał przebywać z tymi, których nie lubił.
Bezpośrednio po skończeniu technikum budowlanego Stefan znalazł zatrudnienie na terenie Gdyni, w zakładzie remontowo-budowlanym. Miał smykałkę, był dokładny, dobrze i szybko pracował, toteż już wkrótce awansował w tej firmie na majstra. I w tym właśnie czasie, głównie za namową szefa, zainteresował się myślistwem. Jego kierownik, zapalony myśliwy z długoletnim stażem, był członkiem koła łowieckiego gospodarującego na terenach lasów i łąk w rejonie Lęborka. A że Stefana lubił, już wkrótce zaproponował mu przystąpienie do grona zrzeszonych tam myśliwych. Jednak przyjęcie na pełnoprawnego członka koła nie było ani proste, ani bezproblemowe. Stefan przede wszystkim musiał odbyć staż kandydacki, później zdać egzamin, załatwić pozwolenie na broń myśliwską i potem jeszcze ją
18
nabyć. To wszystko oprócz kosztów wymagało także czasu oraz zaangażowania, ale zawsze mógł liczyć na wyrozumiałość, a czasem też pomoc ze strony szefa.
Podczas zdobywania praktyki myśliwskiej Stefan musiał wykonywać najróżniejsze powinności pośrednio i bezpośrednio związane z łowiectwem. Oprócz uczestniczenia w zimowym dokarmianiu zwierzyny oraz w porządkowych pracach wiosennych wykonywał też prace związane z naprawami wyposażenia i drobnego sprzętu. Pomagał również przy ewentualnych remontach infrastruktury myśliwskiej. Lecz przede wszystkim Stefan chodził w nagankach podczas polowań zbiorowych, rzecz jasna nieodpłatnie. I tę właśnie czynność uważał za najbardziej uciążliwą. Prawdę powiedziawszy, od dnia rozpoczęcia stażu naganiał zwierzynę przez pięć sezonów, choć robił to tylko w czasie ogłaszanych łowów. Ma się rozumieć, wszystkie owe zajęcia Stefan wykonywał głównie w dniach wolnych od pracy. Było to trudne, ale wykonalne. Nie licząc urlopów, do lasu jeździł zwykle w piątki po pracy, a wracał w niedziele późnymi wieczorami. W tym czasie noclegował oczywiście w leśniczówce, która dla myśliwych tego koła w zasadzie stanowiła całoroczną bazę.
Żeby jednak sprostać tym wszystkim obowiązkom oraz móc do obwodu łowieckiego w każdej chwili dojechać, bezwzględnie należało mieć samochód. Zatem Stefan swój staż myśliwski rozpoczął od wzięcia w zakładzie pracy pożyczki. Dołożył wszystkie oszczędności i na giełdzie w Gdyni kupił wówczas sześcioletniego trabanta.
Od tej chwili czas, szczelnie już wypełniony zajęciami w zakładzie remontowo-budowlanym oraz pracami na rzecz koła, upływał Stefanowi niezwykle szybko. I chociaż czasami miał już wszystkiego dość, to jednak tych kilka sezonów jakoś wytrzymał. Aż wreszcie przyszedł ten
19
długo wyczekiwany dzień, kiedy Stefan uzyskał ostateczne uprawnienia do wykonywania polowania. Wtedy też pozałatwiał ostatnie formalności i od tej pory stał się pełnoprawnym myśliwym. Pozwalało mu to polować również samodzielnie, choć zawsze za wiedzą oraz zezwoleniem łowczego. Ta okoliczność rzecz jasna wymagała uczczenia, toteż niebawem Stefan urządził odpowiednią imprezę, oczywiście wśród myśliwych i w leśniczówce.
Tymczasem wciąż narastające obowiązki pracownicze już od dłuższego czasu znacząco utrudniały uprawianie łowiectwa. Ze względu na nasilające się ogólnokrajowe trudności w gospodarce Stefan dużo więcej czasu oraz energii musiał teraz poświęcać firmie. Dlatego też, choć głównie z braku dni wolnych, myślistwo dość szybko schodziło na dalszy plan, aż wreszcie stało się dla niego zwyczajnym hobby. Na leśne imprezy nie jeździł już tak często, chociaż starał się uczestniczyć zarówno w otwarciach, jak i zakończeniach sezonów. Jednak teraz Stefan bywał na nich bardziej dla rozrywki niż z potrzeby łowienia. Jeśli już polował, to głównie przed świętami, zwłaszcza że na mięso wciąż obowiązywały kartki reglamentacyjne.
Były początki lat osiemdziesiątych. Ze wszystkim było niezwykle trudno. Ogólny niedobór produktów oraz galopująca inflacja każdemu dawały się we znaki. W tych warunkach ważne były wszelkie znajomości, układy albo rodzinne czy też towarzyskie powiązania. Dzięki nim, a często tylko tak, można było zdobyć deficytowy towar lub usługę i w rzeczywistości niejednemu ułatwiało to życie. Wiele rzeczy załatwiało się za alkohol, choć niekiedy w ramach wymiany wystarczał też inny, równie trudno dostępny artykuł. Było oczywiste, że w grę wchodziła także gotówka, lecz w takich przypadkach musiała być odpowiednio wysoka. Na rynku istniał nadmiar pieniędzy, a że
20
stale traciły na wartości, nikt nie chciał ich przechowywać. W tych okolicznościach każdy towar lub usługa sprzedawały się błyskawicznie.
Zakład remontowo-budowlany, w którym Stefan pracował, był firmą dużą, ale prywatną, a zatem nie obejmowało go rozdzielnictwo państwowe. Lecz mimo wszystko to właśnie ta firma miała dużo najróżniejszych zamówień oraz zleceń na usługi. Zakład dysponował także odpowiednią gotówką. Jednak nagminnie brakowało w nim cementu, gipsu, farb i innych materiałów, niezbędnych zarówno do wykonywania prac remontowych, jak i budowlanych. W rezultacie jak powietrza potrzebowano w zakładzie dobrego zaopatrzeniowca. Takiego, który w owych warunkach zapewniałby ciągłość dostaw poszukiwanych przez nich artykułów. Może przypadkiem, ale dość szybko odkryto, że Stefan miał do tego wyjątkowy dryg.
Na co dzień był dobrym obserwatorem. Dostrzegał wiele spraw, o wielu się dowiadywał, a wielu domyślał. Umiał kojarzyć fakty. Wszystko analizował ze spokojem i z rozwagą, toteż rzadko kiedy źle oceniał sytuację. Zawsze wiedział, z kim, jak i gdzie można było wytargować niezbędny towar. Rzecz jasna, w takich przypadkach z kosztami w firmie się nie liczono. Najważniejszy był efekt działania, a w rezultacie klient i tak przecież pokrywał cenę materiałów. W takiej rzeczywistości Stefan pokazał, że potrafi działać jak mało kto. Zaczynał niejako w zastępstwie i zasadniczo od drobnych spraw, lecz bardzo szybko wyrobił sobie renomę. Można też powiedzieć, że właściwie z dnia na dzień w zakładzie remontowo-budowlanym awansował na zaopatrzeniowca. W zakresie wykonywania swoich obowiązków, jak również działania szefowie firmy dawali Stefanowi wolną rękę oraz zapewniali tyle gotówki, ile akurat potrzebował. Załatwiał też niemal wszystko. Potrzebowano
21
cementu, farb? Proszę bardzo. Przed zimą należało zaopatrzyć załogę w cztery tony ziemniaków? Trzy tony cebuli? Proszę bardzo. Jechał, organizował, przywoził. Trzeba też przyznać, że realizował znakomitą większość zapotrzebowań zakładu. Był więc pod tym względem ceniony.
Dzięki temu Stefan zarabiał bardzo dobrze. Dodatkowo, w wyniku często nieformalnie przeprowadzanych interesów, czasem miewał obrywki. Zatem pieniędzy wciąż mu przybywało. A że z powodu ciągłej inflacji nie zamierzał ich gromadzić, więc jednocześnie myślał o solidnej lokacie na przyszłość. I gdy akurat nadarzyła się okazja, w rodzinnych stronach nabył trochę ziemi po likwidowanym wówczas pegeerze. Jednocześnie nosił się z zamiarem kupienia nowszego samochodu, choć w tym układzie musiał jeszcze trochę poczekać. Poza tym od czasu do czasu wspomagał też siostrę.
Wreszcie jednak nadszedł moment, gdy Stefan mógł sobie pozwolić na nieco lepszy samochód. Sprzedał więc trabanta, a kupił skodę 110 L, oczywiście kilkuletnią, na giełdzie. W tym czasie zwykły Kowalski tylko w ten sposób mógł szybko zostać właścicielem samochodu i mimo iż były to wozy używane, osiągały stosunkowo wysokie ceny, czasem nawet wyższe od fabrycznych. Nowe auta, choć pojawiały się na rynku, dostępne były wyłącznie na talony, a te mieli jedynie wybrani. Co prawda istniała jeszcze możliwość nabycia nówki w systemie przedpłat albo też za dolary, z puli eksportowej czy tak zwanego eksportu wewnętrznego, lecz ze względu na małą podaż, długi czas oczekiwania oraz galopującą inflację ten sposób okazywał się najdroższy. Dlatego tylko nieliczni świadomie decydowali się na taki tryb kupna. Za to giełdy przeżywały swój okres prosperity. Giełda samochodowa na gdyńskim Orłowie czynna była w każdą niedzielę od ósmej do czternastej.
22
Natomiast od niedzielnego popołudnia i w pozostałe dni tygodnia do soboty włącznie w tym samym miejscu funkcjonowała wielka, całodobowa giełda spożywcza. Toteż każdego dnia rolnicy z niemal całego regionu zwozili tu swoje produkty dostawczymi żukami, a towar sprzedawali przeważnie wprost z samochodów. Oczywiście jak na każdym bazarze były tu również budy i stoiska, gdzie sprzedawano wszystko, co tylko na rynku dostępne.
Któregoś wiosennego dnia Stefan przechadzał się z wolna między straganami. Obserwował nieustanną sprzedaż i kupiecką krzątaninę, gdy nagle zakiełkowała mu myśl o szybkim pomnożeniu posiadanej gotówki. Mieszkał przecież nad morzem. Co roku zjeżdżały tu tłumy wczasowiczów. Zatem podczas letniego sezonu wzrastał popyt na świeże owoce, a nawet warzywa. On natomiast ma samochód, którym mógłby takie zaopatrzenie dowozić. Akurat zbliża się lato. Wystarczy wybrać odpowiednie miejsce, załatwić zezwolenie i wziąć bezpłatny urlop. Przy dobrym układzie w ciągu tych kilku letnich miesięcy mógłby pomnożyć uzbierane do tej pory pieniądze dwu-, a może nawet trzykrotnie. Krótki termin, duży zysk, a ryzyko niewielkie. W dodatku nie tak daleko od otwartego morza, bo na przedmieściach Lęborka, mieszkała jego narzeczona. W tamtych też rejonach mieściło się koło łowieckie, którego był członkiem. Zatem u Małgosi często bywał i gdy akurat nie polował, to przeważnie u niej nocował. A stamtąd już było blisko do chętnie przez letników odwiedzanej nadmorskiej Łeby.
Teren więc znał, pomysł był, pozostawało rozkręcenie interesu. Sezon rozpoczynał się za niecałe dwa miesiące, a Stefan oczyma wyobraźni już widział siebie w roli krezusa. W ciągu następnego tygodnia wizja ta nie dawała mu spokoju i skłaniała do szybkiego działania. W niedługim też
23
czasie pozałatwiał w Łebie wszystkie niezbędne formalności, a na początku czerwca miał już wyznaczone miejsce pod stoisko. Znajdowało się na nadmorskim deptaku, tuż przy zejściu na plażę. Miejsce wydawało się idealne. Wkrótce z ramienia urzędu postawiono mu w tym punkcie metalowy stragan, popularne w tym czasie „szczęki”. Były w kolorze zielonym, dlatego od samego początku Stefan nazywał je „żabą”. Sprawił sobie solidną kłódkę, by stoisko na noc zamykać, w gminie uiścił stosowną opłatę za czerwiec i już mógł handlować. Na cały ten sezon rzecz jasna załatwił sobie w firmie trzymiesięczny urlop bezpłatny.
W następnej kolejności Stefan wymontował ze skody tylne siedzenia. Uzyskał w ten sposób miejsce do przewożenia skrzynek z warzywami. Bagażnik, który znajdował się z przodu samochodu, przeznaczał na towary drobniejsze oraz paczkowane. Miały to być chrupki, cukierki, ciasteczka, a także inne nieokreślone jeszcze drobiazgi, którymi mógłby wypełniać pozostające wolne miejsce. Przede wszystkim jednak będzie tu układał kobiałki z truskawkami. Był dobrej myśli i zadowolenie już go nie opuszczało. Najbliższą od Łeby giełdą spożywczą, skąd Stefan mógł dowozić odpowiednie zaopatrzenie, była właśnie ta na gdyńskim Orłowie. Idealnym miejscem może nie była, gdyż za każdym razem trzeba było pokonać odległość blisko stu kilometrów, ale innego wyjścia nie miał. Poza tym pewne koszty ponieść musiał. Najważniejsze, że wiedział, jak załatwiać benzynę, którą teraz na stacjach CPN kupowało się na kartki. Przy trzykrotnym przebiciu zawsze mógł jej dokupić tyle, ile potrzebował. Pieniądze przecież miał, dojścia również. Natomiast oszczędności Stefan szukał gdzie indziej. Aby choć trochę zmniejszyć koszty tego przedsięwzięcia, do interesu wciągnął narzeczoną.
24
Małgosia miała obsługiwać stoisko, a on codziennie zaopatrywać je w nowy towar.
W drugim tygodniu czerwca rozpoczęli wreszcie sprzedaż, a także spodziewane mnożenie posiadanej przez Stefana gotówki. Stoisko otwierali w świątek, piątek i niedzielę, od ósmej do dziewiętnastej. Gdyby jednak zaszła potrzeba, pracę mieli wydłużać aż do obsłużenia ostatniego klienta.
Codziennie późnym wieczorem, przeważnie około dwudziestej drugiej, Stefan kupował towar na giełdzie na Orłowie. Zaczynał zwykle od dziesięciu kobiałek truskawek. Chociaż były drogie i szybko się psuły, ten towar musiał być przede wszystkim. Wczasowicze potrzebowali przecież orzeźwiających owoców. Mimo wysokich cen chętnie je kupowali, a to oznaczało szybki zarobek. Brał także wczesne jabłka, czereśnie i uzupełniał warzywami. By maksymalnie zapełnić bagażnik, dodatkowo rozglądał się jeszcze za słodyczami oraz innymi drobniejszymi artykułami. Niestety wielu towarów często brakowało i w rezultacie Stefan kupował to, co akurat na giełdzie mógł dostać. jabłka, czereśnie i uzupełniał warzywami. By maksymalnie zapełnić bagażnik, dodatkowo rozglądał się jeszcze za słodyczami oraz innymi drobniejszymi artykułami. Niestety wielu towarów często brakowało i w rezultacie Stefan kupował to, co akurat na giełdzie mógł dostać. Załadowany, jeszcze przed północą gnał w kierunku Lęborka, najszybciej jak tylko mógł. Spieszył się stale, zatem notorycznie przekraczał dopuszczalną na szosie prędkość. Już trzeciego dnia od rozpoczęcia działalności, tuż przed Lęborkiem, namierzyli go milicjanci z drogówki. Żeby nie płacić mandatu, Stefan dał im po kobiałce truskawek. Po dwóch dniach sytuacja się powtórzyła, choć w nieco innym miejscu. Nazajutrz znowu. Funkcjonariusze byli wciąż ci sami. Do świeżych owoców przyzwyczaili się bardzo szybko, zwłaszcza że Stefan ani myślał zwalniać. Od trzeciego tygodnia po pierwszym namierzeniu milicjanci już dzień w dzień wypatrywali jego charakterystycznej skody koloru yellow bahama. Czasami nawet nie zmieniali miejsca
26
zaczajenia, a pojazd oczywiście poznawali z daleka. Między panami doszło nawet do pewnego rodzaju przyjaźni i już przy każdej okazji dowcipkowali z siebie nawzajem.
Do narzeczonej Stefan dojeżdżał zwykle po północy. Miał kilka godzin snu, a potem jechali razem do stoiska w Łebie. Usuwali zwiędły lub uschnięty towar z dnia poprzedniego, wykładali nowy oraz naznaczali aktualne ceny. Te ustalali na wyczucie, a jedynym kryterium, którym się kierowali, był popyt na dany artykuł. Gdy z tym się uporali, przychodziła pora na otwarcie straganu. Małgosia rozpoczynała sprzedaż, zazwyczaj popijając mocną kawę. Stefan natomiast układał się do odsypiania w samochodzie, tuż za stoiskiem. Zwykle wstawał o pierwszej po południu, choć czasem też bywało, że sen nieco się przedłużał. Po przebudzeniu wypijał kilka łyków wody, po czym sięgał po papierosa i gdy jako tako się ogarnął, organizował coś na obiad. Przeważnie jednak były to dwie rybki oraz pieczywo z pobliskiej smażalni. Później Stefan trochę pomagał na stoisku, ale tuż po zamknięciu sprzedaży skrupulatnie zliczał każdą złotówkę utargu. Dopiero po tej czynności odwoził Małgosię do Lęborka, a sam znów jechał na giełdę po nowy towar. I tak codziennie.
Jednak cokolwiek by powiedzieć, handel przy plaży zależał wyłącznie od pogody. Tymczasem jak na złość tak fatalnej aury, jaka panowała przez całe to lato, nie pamiętali nawet najstarsi Kaszubi. Począwszy od czerwca, a skończywszy na sierpniu, bez przerwy albo padało, albo było pochmurno i wietrznie. Ciągle też było zimno. Jedynie dwa, może trzy dni na początku lipca były takie, że spomiędzy chmur zaświeciło słońce. Wtedy jednak, kto żyw, na nic się nie oglądając, czym prędzej biegł na plażę. Tam, przykryci kocami, niecierpliwie wyczekiwali tych krótkich słonecznych przebłysków, jakie udostępniał im przeganiający
26
obłoki wiatr. Niektórzy letnicy dodatkowo osłaniali swe miejsca przyniesionymi z hoteli parawanikami. Inni, którzy ich nie mieli, wygrzebywali w piasku dołki, usypując od strony nawietrznej niewielkie wzniesienia. Byli też tacy, którzy rozkładali się w miejscach osłoniętych wyrzuconymi na brzeg konarami. Gdy słońce choć na moment wyjrzało spoza chmur, od razu robiło się ciepło. Natychmiast też każdy się odkrywał, aby zdobyć jak najwięcej opalenizny. W takich momentach nawet wiatr jakby mniej dokuczał. Nikt jednak nie myślał o żadnych owocach czy warzywach. W dodatku większość wczasowiczów miała zbyt krótkie urlopy i przy tak paskudnej pogodzie letnicy łaknęli wyłącznie słońca. Stefan miał więc wyjątkowego pecha. Utargi były nędzne i kształtowały się na poziomie stu, może dwustu złotych dziennie.