Kategorie blog
Magnum
Magnum

 



















SPIS TREŚCI


Przedmowa.............................................................................................................................. 7
Gdańsk. Niedziela, 23 stycznia 1994 roku...................................................................................11
Czerwiec 1992 roku. Jak dziad gadał do obrazu......................................................................... 27
Poniedziałek, 24 stycznia 1994 roku ......................................................................................... 33
Wtorek, 25 stycznia 1994 roku ................................................................................................. 42
Środa, 26 stycznia 1994 roku.................................................................................................... 47
Czwartek, 27 stycznia 1994 roku............................................................................................... 52
Piątek, 28 stycznia 1994 roku .................................................................................................. 60
Sobota, 29 stycznia 1994 roku.................................................................................................. 63
Niedziela, 30 stycznia 1994 roku............................................................................................... 69
Poniedziałek, 31 stycznia 1994 roku ......................................................................................... 79
Wtorek, 1 lutego 1994 roku ..................................................................................................... 82
Środa, 2 lutego 1994 roku........................................................................................................ 90
Czwartek, 3 lutego 1994 roku................................................................................................... 92
Piątek, 4 lutego 1994 roku ....................................................................................................... 93
Sobota, 5 lutego 1994 roku .....................................................................................................  95
…Poczet krętaczy polskich........................................................................................................  99
Niedziela, 6 lutego 1994 roku..................................................................................................  102
Poniedziałek, 7 lutego 1994 roku.............................................................................................. 111
Środa, 9 lutego 1994 roku........................................................................................................ 114
Koniec lutego 1994 roku........................................................................................................... 121
Historia likolabów – lata 1989/90.............................................................................................. 128
Wczesna jesień 1994 roku ....................................................................................................... 133
Październik 1994 roku. Bali, Jawa i Borneo................................................................................ 139
Środa, 19 października 1994 roku ............................................................................................ 143
Piątek, 2 grudnia 1994 roku..................................................................................................... 149
Piątek, 9 grudnia 1994 roku..................................................................................................... 150
Sobota, 10 grudnia 1994 roku.................................................................................................. 154
Sylwester 1994 roku ............................................................................................................... 162
Poniedziałek, 2 stycznia 1995 roku .......................................................................................... 163
Wtorek, 3 stycznia 1995 roku .................................................................................................. 165
Środa, 4 stycznia 1995 roku..................................................................................................... 167
Sobota, 7 stycznia 1995 roku................................................................................................... 169
Poniedziałek, 9 stycznia 1995 roku .......................................................................................... 174
Wtorek, 10 stycznia 1995 roku ................................................................................................ 182
Środa–sobota, 11–14 stycznia 1995 roku ................................................................................. 184
Czwartek–piątek, 2–3 lutego 1995 roku ................................................................................... 186
Zima 1991–jesień 1992 roku ................................................................................................... 190
c.d. Czwartek–piątek, 2–3 lutego 1995 roku ............................................................................. 193
Czerwiec 1992 roku. Sałatka Roya............................................................................................ 196
Niedziela, 12 lutego 1995 roku................................................................................................. 200
Wtorek, 14 lutego 1995 roku ................................................................................................... 202
Wtorek, 21 lutego 1995 roku ................................................................................................... 207
W Zielonej Oazie .................................................................................................................... 209
Poniedziałek, 27 marca 1995 roku............................................................................................ 213
Wtorek, 28 marca 1995 roku ................................................................................................... 215
Środa, 29 marca 1995 roku ..................................................................................................... 218
Czwartek, 30 marca 1995 roku ................................................................................................ 220
Piątek, 31 marca 1995 roku ..................................................................................................... 222
Sobota, 1 kwietnia 1995 roku .................................................................................................. 224
Niedziela, 2 kwietnia 1995 roku ............................................................................................... 233
Poniedziałek, 3 kwietnia 1995 roku........................................................................................... 239
Wtorek, 4 kwietnia 1995 roku .................................................................................................. 241
Środa, 5 kwietnia 1994 roku .................................................................................................... 244
Piątek, 7 kwietnia 1995 roku .................................................................................................... 247
Sobota, 8 kwietnia 1995 roku .................................................................................................. 248
Grigorij wyciąga pistolet........................................................................................................... 249
Posłowie................................................................................................................................. 254
Wykaz nazwisk i pseudonimów................................................................................................. 282
Fotografie .............................................................................................................................. 284
O autorce................................................................................................................................ 297








Interes przemawia wszystkimi językami
i odgrywa wszystkie role,
nawet rolę bezinteresowności.

François de La Rochefoucauld







PRZEDMOWA


        To był czas fascynujących wydarzeń. Transformacja ustrojowa. Haust świeżego powietrza, które oszołomiło wszystkich. Niektórych tak skutecznie, że jeszcze przez wiele lat nie byli świadomi, jakie imponderabilia towarzyszyły ożywczemu wiatrowi kapitalizmu.
        Stoczniowcy, zatrudniani coraz częściej w różnych spółkach korzystających z majątku dawnego zakładu pracy, zarabiali dużo. Wcześniej takie kwoty były dla nich nie do pomyślenia. Liczyło się tu i teraz. Kasa ciekła wartkim strumieniem. Nie dostrzegali braku reinwestycji dochodu w zużyty już (i dalej się zużywający) majątek swoich firm. Nie zauważali, że spółki i decydenci, dzieląc się z nimi chwilowymi dochodami, gros z nich pakują do własnych kieszeni, mając w dupie przyszłość firmy.
        Wszystkim w Polsce wydawała się możliwa do realizacji wersja American dream. Świat dla zuchwałych stanął przed nami otworem. Na ulicach kwitł handel. Towary sprzedawano na łóżkach polowych, rozstawianych wszędzie tam, gdzie spodziewano się strumienia przechodniów. Handel prowadzili pracownicy biur firm, które w perspektywie miały znacznie ograniczać zatrudnienie. Wielu z nas przeczuwało koniec czasu, w którym praca była zapewniona ustawowo, a liczba zatrudnionych nie zależała od potrzeb rynkowych. Przedsiębiorczy urzędnicy wyruszali w piątki na zakupy (najczęściej do nieodległego Berlina) po to, aby w soboty i niedziele na rynkach i bazarach handlować wszystkim tym, czego Polakom brakowało. Cytrusy, słodycze, ubrania dla dzieci, buty, zabawki. Towar schodził jak przysłowiowe gorące bułeczki.
        Zasobni w gotówkę otwierali nieformalne „linie kredytowe”, pożyczając owym weekendowym handlarzom kasę na zakupy na wysoki procent. W ten sam sposób często finansowano transakcje inwestycyjne


7




o szybkiej stopie zwrotu. Niestety, te ostatnie przykłady biznesu obarczone były niezwykle dużym ryzykiem; zdarzało się, że pożyczkodawca okazywał się członkiem grupy żerującej na niepowodzeniach młodych wilków wschodzącego kapitalizmu. Wtedy dochodziło do dramatów: naliczano karne odsetki, procenty od procentów. Długi rosły w tempie przekraczającym jakiekolwiek wyobrażenia, nawet te o galopującej inflacji. Koniec nieszczęśnika bywał zawsze dramatyczny: delikwent albo tracił cały majątek, albo zdrowie lub życie. Mieszkania i samochody zmieniały właścicieli nie wskutek ugody między dwoma kontrahentami, ale pod wpływem spluwy lub ręcznej demonstracji: jak kotlet wyglądać mogła nie tylko dorodna sztuka mięsa, lecz także facjata dłużnika.
        Mimo widocznego rozwoju grup przestępczych i napływu informacji o wymuszeniach haraczy przy prowadzeniu biznesu w każdej formie policja i władze nie chciały problemu ani zauważyć, ani tym bardziej zdefiniować.
        W takich okolicznościach szybko pojawiały się wokół małe i większe fortuny. Ci, którzy postawili na szybkie wzbogacanie się dzięki produkcji dóbr, stawiali na zakup wysłużonych maszyn i linii technologicznych z różnych części zachodniej Europy, najczęściej nabywając wyposażenie upadłych firm niemieckich. Zyski były duże, bo na rynku brakowało wielu towarów. A bariery celne na granicy polskiej skutecznie jeszcze broniły przed prostą konkurencją produktów z Zachodu.
        Wszystkim się wtedy wydawało, że naturalna droga do sukcesu zaczyna się od wspomnianego łóżka polowego czy bazarku, a z czasem będzie można zainwestować w niewielki punkt sprzedaży w powstających halach kupieckich. Uważano, że doprowadzi to do naturalnego wykupu miejsc w planowanych centrach handlowych.
        O tym, że miejsc w nich przedsiębiorczy handlarze nie znajdą, a koncerny i sieci handlowe tak naprawdę zniszczą większość tych wczesnokapitalistycznych dorobkiewiczów, mieliśmy się przekonać znacznie później. Wtedy, gdy na korekty działań nie było już czasu ani warunków. Koncerny weszły powoli jak słoń i zdeptały wszystko, co stanęło im na drodze.
        W takich ciekawych czasach postanowiliśmy z moim mężem Leszkiem pójść na całość. Zamarzyło się nam zbudować pierwszą w Polsce profesjonalną fabrykę lodów. O lodach kręconych metodą tradycyjną (rzemieślniczą) wiedzieliśmy sporo. Udało nam się za głębokiej komuny


8




bywać za granicą, a od czasów poluzowania polityki wyjazdowej kilkakrotnie odwiedziliśmy Niemcy. Byliśmy zafascynowani ogromnie bogatą ofertą lodów sprzedawanych w każdym tamtejszym sklepie. A w Polsce istniały wtedy jedynie Calypso, Bambino* i niezapomniane lody Pingwin na patyku. W ofercie kilku producentów były też Cassate (my produkowaliśmy je również w swojej cukierni) oraz Palermo – czyli warstwy zamrożonej bitej śmietany z rodzynkami i lodów czekoladowych z kawałkami gorzkiej czekolady. Ale w Europie widzieliśmy nieporównywalnie większą ofertę: od tortów lodowych, rolad, przez niezliczoną ilość lodów w kubeczkach, na patyczkach, w formach i kształtach budzących nie tylko podziw, ale i niepohamowaną chęć ich jedzenia.
        Zamarzyło nam się wybudować w Gdańsku profesjonalną fabrykę z możliwością produkcji tych gatunków lodów, które widzieliśmy w Grecji, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Niemczech, a nawet w dalekiej Nigerii. Produkcja lodów i sprzedaż jest zyskowna z definicji. Nic dziwnego, że powiedzenie „kręcić lody” to synonim sukcesu finansowego, chociaż w Polsce ma odcień pejoratywny. Ale pal licho odcienie: na lodach można zarobić. Pomysł był świetny, tylko nie bardzo wiedzieliśmy, skąd wziąć pieniądze na jego realizację. Głównym finansującym musiał być bank – to było oczywiste. Ale zanim zwróciło się do banku po pożyczkę, należało mieć jakiś kapitał początkowy. Ba, zabezpieczenie pod kredyt, dopóki powstająca fabryka nie będzie wystarczającą gwarancją dla banku. Kasy nie mieliśmy. Zarobione pieniądze inwestowaliśmy w rozwój prowadzonej od lat cukierni. Ona mogła stanowić wstępne zabezpieczenie dla pierwszych transz kredytowych. Potrzebna jednak była też gotówka na założenie spółki z o.o. oraz jakiś, choćby niewielki, kapitał początkowy. No i trzeba było za coś kupić grunt pod fabrykę.
        Kiedy wszystkie przeszkody wydające się nie do pokonania udało nam się wziąć z marszu, galopująca inflacja zaczęła pożerać całe zapasy poczynione w planie finansowym. Ukrywałam te zapasy w konstrukcji biznesplanu wszędzie, gdzie się dało, po to, aby bezpiecznie dotrwać do momentu uruchomienia fabryki. Przeszacowałam wydatki na zakup surowców,


* http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,18608584,maciej-nowak-wspomina-lody-z-prl-u-bambino-pingwin-calypso.html (data dostępu: 21.03.2018).


9




zmniejszyłam potencjalne dochody ze sprzedaży, nabijałam nieistniejące koszty tylko po to, aby uzasadnić długi okres spłaty kredytowej oraz okres karencji w spłacie. Te przeszacowania kosztów sięgały nawet czterdziestu procent. Ale inflacja powaliła nasze ostrożnościowe zapory. Czas zaczął nas mocno gonić. Szukanie kapitału stało się sprawą palącą. Peregrynację rynku kapitałowego w Polsce opłaciliśmy słono, nie tylko w formie pieniężnej…
        O tych niezaewidencjonowanych kosztach naszej inwestycji chcę dzisiaj opowiedzieć… O kosztach i niezwykłych wydarzeniach im towarzyszących. Gdy skrupulatne rozliczenia z urzędami przeplatały się z kreatywną księgowością, gdy oszustwo finansowe było metodą nie tylko na nabijanie sobie kabzy, ale na podwyższenie wartości tego, co stanowiło prawie do końca jedynie własność banku. Towarzyszyło nam hasło „pierwszy milion trzeba ukraść”. Dlatego nie wahaliśmy się stosować sztuczek, których dzisiaj powinniśmy się wstydzić. Chociaż nasze oszustwa nie przysparzały nam bezpośrednio korzyści materialnych, świadomie wprowadzaliśmy różnych ludzi w błąd.
        W tle perypetii i szczęśliwego finału tej budowy i walki o finansowanie fabryki pojawią się moje przemyślenia z tamtych dni, wspomnienia z buntów lat 1956, 1968, 1970 i późniejszych, fascynujące wyprawy realizowane dzięki sukcesowi finansowemu oraz obecna ocena otaczającej nas rzeczywistości, a przede wszystkim realia biznesowe towarzyszące okresowi przemian. Miałam okazję oglądać je od środka.
        Z racji tej inwestycji i późniejszych konsekwencji jej sprzedaży spotykaliśmy bandytów z mafii i biznesmenów z pierwszych stron gazet. Niektórzy z nich zniknęli, za to inni szli jak burza, pnąc się po szczeblach kariery. Podczas bankietów, na których „musiało się bywać”, uczestniczyłam w różnych rozmowach przybliżających realia zdumiewająco szybko zdobywanych fortun. To był czas, gdy na przyjęciach suto lał się alkohol, a języki, zanim zaplątały się na dobre, mieliły informacje uznane przez nas wówczas za niewiarygodne. Czas pokazał, że były to chwile szczerości.
        To były niezwykłe dni. Zastanawiam się, od czego zacząć: czy od wersji w stylu Hitchcocka, czy też zgodnie z kalendarium wydarzeń. Wybieram wersję mieszaną…


10





GDAŃSK
NIEDZIELA, 23 STYCZNIA 1994 ROKU



        Udało mi się właśnie ułożyć pięknego scrabble’a. Stanowiące go słowo było niezgorsze: „nieskory”… Dołożyłam je w jedynym miejscu, w którym można było ustawić pożądaną przez wszystkich graczy siedmioliterówkę. Za 96 punktów. Ten niedzielny wieczór nie różnił się specjalnie od innych, takich samych już od dwóch czy trzech lat. Chwile wytchnienia po zamknięciu cukierni i załatwieniu spraw w fabryce i biurze poświęcaliśmy na dwie, trzy partyjki zabawy w słówka.
        Tusia przygotowywała się w swoim pokoju do kolokwium z historii. Musiała nadrobić czas przeznaczony na domową randkę z Piotrem. Straciła stosunkowo niedużo, bo Piotr właśnie przed chwilą odprowadził Kajrosa, wyręczając ją tym samym z półgodzinnego wieczornego spaceru z ukochanym psem.
        Piotr wszedł do salonu, by się z nami pożegnać.
        – Widzę, że nieźle pani staranowała męża – zwrócił się do mnie, patrząc na aktualny wynik gry.
        – To tylko rewanż, przed chwilą to ja zebrałam niezłe cięgi… – odpowiedziałam.
        – Kajros dał ci popalić? – zapytał Leszek. Pytanie było zasadne, bo nasz bokser respektował wszelkie komendy pod warunkiem powtórzenia ich dwu- lub trzykrotnie. To dla wielu osób oznaczało trudność w przyprowadzeniu go w pożądane miejsce. Śmialiśmy się, że każdemu bokserowi trzeba powtarzać polecenia, bo nie jest pewny, czy jego pan nie zmieni zdania.
        – Wyjątkowo nie – roześmiał się Piotr. – Tylko w ogródku, już pod domem, usiłował udawać, że nie jest pewien, czy mamy wracać.


11




Dodatkową motywacją tej niepewności była suczka przechodząca za płotem.
        Wilczyca Sisi, drugi z naszych psów, wróciła do domu sama natychmiast po załatwieniu swoich potrzeb. Była znajdą. Znajoma znalazła ją niesłychanie wychudzoną (najszerszą częścią ciała był pysk). Z uwagi na zazdrość jej suczek nie mogła zatrzymać Sisi do chwili ukazania się ogłoszenia w gazecie o znalezieniu psa – poprosiła więc mnie o przechowanie zwierzaka przez kilka dni. My mieliśmy w domu samca. Była szansa, że obejdzie się bez konfliktu.
        Leszek na obecność kolejnego dużego zwierzęcia zareagował dość nerwowo: „Psa ma w poniedziałek nie być. Albo ja, albo kolejne zwierzę”. Brzmiało to groźnie, ale znałam go jak własną kieszeń. Właściciel suczki się nie znalazł, a ta koegzystowała z moim mężem w przyjaźni przez następnych jedenaście lat. Pamiętała jednak, że to ja ją odkarmiłam, wyczesywałam i od tamtej pory nikt nie miał prawa w mojej obecności do gwałtownych ruchów. No i nie odstępowała mnie na krok. Towarzyszyła mi nawet w nocy, gdy szłam do toalety. Nie wolno było podnieść na mnie głosu. Reagowała zawsze szczerzeniem zębów i warczeniem, gdy przy stole Leszek nagle dla zabawy, nie zmieniając tembru głosu, pytał: „Mam zbić Gosię…?”.
        Sisi nie chciała wychodzić z domu w przeciwieństwie do naszego boksera, który odwiedzał sam wszystkich sąsiadów oraz dalej mieszkających znajomych, preferując wizyty w domach właścicieli bokserów płci mu przeciwnej.
        – Pozdrów od nas rodziców, Piotrze.
        Leszek zamknął drzwi za gościem, a ja przed decydującą rozgrywką zajrzałam do Krzysia. Nasz synek musiał czuć się zdecydowanie lepiej, skoro zapamiętale ćwiczył ulubioną grę rodzinną na komputerze. Granie w River Raid nie pozwalało mu często się drapać, chociaż w zasadzie przestał już to robić. Widocznie smarowanie gencjaną każdej nowej krostki, która pojawiała się na jego ciele, (uzupełnione porcją maści przeciwświądowej) było skuteczne. Liczba fioletowych plamek na jego twarzy i głowie była iście imponująca. Nasz szesnastolatek wyglądał jak nakrapiany strach na wróble…


12




        „Niedługo dogoni wzrostem Leszka” – pomyślałam, wracając do salonu i przerwanej partii scrabble’a. Pierwsze ruchy na planszy nie dały nikomu z nas większej przewagi. Grę przerwał dźwięk telefonu. Skończyłam układanie słowa i odebrałam.
        – Puternicki? Mamy na was zlecenie… – Usłyszałam. Od dawna nie dziwiło mnie, że barwa mojego głosu wprowadzała w błąd wielu telefonicznych rozmówców w kwestii mojej płci. Pomyślałam sobie, że ktoś myli zlecenie z zamówieniem na dostawę słodkości z naszej cukierni…
        Kiedy przekazywałam słuchawkę Leszkowi, mówiąc: „To do ciebie, ktoś chce złożyć zamówienie”, usłyszałam dziwne słowa: „Zaczniemy od dzieci…”.
        – Puternicki, słucham.
        Patrząc na zmieniający się wyraz twarzy Leszka, zrozumiałam, że rozmowa ma niepokojący charakter. Usłyszałam, jak mój mąż pyta:
        – Jaki dług? Nie mamy u nikogo żadnego długu! O co panu chodzi?
        Odpowiedź musiała być krótka, bo Leszek prawie natychmiast odłożył słuchawkę na widełki.
        – O co chodziło? O jakim długu i zleceniu mówił ten facet? – spytałam zaniepokojona.
        Leszek spróbował odtworzyć całą rozmowę.
        – Jakiś facet twierdził, że otrzymał zlecenie od naszego wierzyciela (któremu winni jesteśmy duże pieniądze) na zabicie naszych dzieci, jeśli nie oddamy natychmiast całej pożyczonej kwoty. Że wiedzą o odebraniu przez nas „dużych pieniędzy”, więc mamy z czego oddać. Że będą do nas strzelać, zaczną od dzieci, a potem zabiją ciebie… To jakiś absurd, na pewno pomyłka. Durny żart. – Mimo wypowiadania na głos takich ocen Leszek nie wyglądał na spokojnego.
        – To musi być pomyłka, skoro nie jesteśmy winni nikomu żadnych pieniędzy – powiedziałam z nadzieją. Po chwili jednak przypomniałam sobie, że pierwsze słowa były skierowane do Leszka.
        – Leszku, ale ten facet zapytał mnie, czy to Puternicki, wyraźnie. Na pewno to słyszałam! Boże, więc to jednak do nas – może ktoś chciał z nas zakpić? Albo nas wystraszyć…


13




        Oboje coraz bardziej zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ten telefon może rzeczywiście oznaczać poważne kłopoty. Przed trzema laty, a zdecydowanie przed rokiem, weszliśmy w świat wielkiego biznesu. A to, co się działo po polskiej transformacji w 1989 roku, mogło nas napawać niepokojem. Ciągle słyszeliśmy od różnych ludzi o mafijnych wymuszeniach, o powiązaniach biznesmenów ze środowiskiem przestępczym, o udziale różnych oficjeli i służb w dziwnych, szemranych interesach. I chociaż prasa i policja zaprzeczały istnieniu w Polsce mafii i tych opisanych zjawisk biznesowych – każdy z naszych znajomych wiedział o wielu przypadkach wyłudzeń pieniędzy, konieczności opłacania haraczu w zamian za spokój i tak zwaną ochronę, a także o tym, że w Gdańsku dochodziło do pobić i uprowadzeń biznesmenów i że próżno było oczekiwać ochrony od policji, która tkwiąc korzeniami w poprzednim systemie, była dziwnie ślepa na przestępcze działania tego typu.
        – To chyba nie chodzi o haracz – stwierdził Leszek. – Gdyby chodziło o opłaty za spokój, to wyraźnie powiedzieliby, że będziemy mieli spokój, jeśli zapłacimy. Oni nam kazali oddać pieniądze… pożyczone. Chyba ten facet mówił, że wiedzą, iż dostaliśmy teraz dużą kasę.
        Po krótkiej wymianie zdań postanowiliśmy metodą eliminacji przeanalizować, z kim mieliśmy jakieś kontakty, które mogły narazić nas na te groźby. Najważniejsza i najpilniejsza jednak była próba zabezpieczenia dzieci przed potencjalnym zagrożeniem, które uznaliśmy oboje za bardzo poważne. Nieważne, czy chodziło o próbę wymuszenia pieniędzy, czy też haracz za ochronę. Nie zamierzaliśmy ulegać, bo to oznaczałoby oddanie się w ręce szantażystów.
        – Zadzwonię do oficera dyżurnego województwa, powiadomię go o groźbach i poproszę o ochronę…
        Wykręciłam numer 997 i poprosiłam o połączenie z oficerem. Dyżurny z pogotowia policji podał mi jakiś numer do komendy wojewódzkiej.
        Rozmowa nie była satysfakcjonująca. Zostałam poinformowana, że sprawę powinnam zgłosić do prokuratury rejonowej następnego dnia w godzinach porannych.
        Oficer oznajmił:


14




        – Powiedziałem, że właściwe jest zawiadomienie prokuratora rejonowego, co może pani uczynić jutro z samego rana, od godziny ósmej. Albo zgłosić zdarzenie w dzielnicowej komendzie policji.
        – Ale córka wyjeżdża przed ósmą! – zaprotestowałam.
        – Nic na to nie poradzę, taka jest procedura. Zresztą jest już późny wieczór, państwo przebywacie w domu i obecnie nic raczej nikomu nie zagraża – odpowiedział funkcjonariusz i odłożył słuchawkę.
        – Może komuna upadła, ale milicja obywatelska działa, jak działała. Nazwa się tylko zmieniła. Oni mi kazali iść rano na komendę we Wrzeszczu! – wyraziłam głośno swoją frustrację.
        Odszukałam telefon do dyżurnego prokuratora. Rozmowa wyglądała podobnie. Według obu panów nie było powodów do wszczynania jakichkolwiek interwencji przed zgłoszeniem sprawy i oceną stopnia zagrożenia.
        – Rozumiem, że zagrożenie życia jest dla pana powodem na tyle błahym, iż nie zechce pan przyjąć zgłoszenia w trybie natychmiastowym…
        – Wie pani, to mógł być głupi żart, a właściwą oceną zajmą się fachowcy w rejonie.
        – Proszę pana, prowadzimy z mężem poważną inwestycję, prasa informowała o tym, że pozyskaliśmy inwestora kapitałowego, którym jest brytyjski fundusz, i podano, że inwestycja opiewa na dużą kwotę pieniędzy. W dodatku informowano o sprzedaży fabryki. Żąda się od nas oddania pieniędzy, oskarża o oszustwo i grozi śmiercią mnie i moim dzieciom. Pan to uważa za żart?
        – Ja nic nie uważam, ale muszę stosować się do procedur. Jest już po dwudziestej drugiej. Rano zgłosi pani ten fakt w prokuratorze rejonowej, gdzie zostanie podjęta właściwa decyzja i ewentualne działania…
        – Czego mogliśmy się spodziewać po tych panach… Oni jeszcze tkwią z butami w komunie – skomentowałam wyniki obu tych rozmów.
        – Dla nich inwestycje rzędu milionów dolarów to abstrakcja. – Leszek zdiagnozował postawę policjantów.
        Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jak wielu owych panów, tkwiących rzeczywiście butami w komunie, rękami mocno grzebie w kupkach pieniędzy różnych nowobogackich, tworzy immunitety dla gangsterów


15




(często na polecenie służb specjalnych związanych z podziemiem przestępczym robiącym interesy w świetle jupiterów).
        Przez ostatnie trzy lata prowadzenie inwestycji budowy pierwszej w Polsce profesjonalnej fabryki lodów wiązało się z szukaniem dofinansowania. Działanie to pochłonęło nas tak dalece, że realia toczącego się życia biznesowego i więzy łączące podziemie z oficjelami różnych szczebli i dziedzin urzędowych (w tym ochrony prawa) były nam stosunkowo mało znane. Jedno było dla nas jasne: biznesmeni płacili haracze, a wymuszenia pieniędzy miały miejsce. Mieliśmy niestety pewność, że podane w prasie kwoty inwestycji, zarówno w momencie przyjmowania udziałowca brytyjskiego, jak i samej sprzedaży fabryki, musiały rozbudzić czyjeś żądze łatwego zarobku. Byliśmy pewni, że przerażający telefon ma związek z ogłoszeniem przez prasę pierwszego przypadku zainwestowania przez zagraniczny fundusz kapitałowy ponad miliona dolarów w małą, prywatną firmę wywodzącą się z rzemieślniczego zakładu, a potem wspólnej sprzedaży fabryki ze sporym zyskiem.
        – Przede wszystkim musimy uprzedzić Tusię – zdecydował Leszek.
        – Ją tak. Natomiast Krzysiowi nie powiemy nic – odparłam. – Jemu nic nie grozi, bo siedzi w domu i nie będzie wychodził jeszcze przez kilka dni. Zdążymy ten szantaż zgłosić do prokuratury i potem postanowimy, co dalej.
        – Okej. Masz rację.
        Poszłam do pokoju Tusi i poprosiłam ją do salonu. Nasza powaga ją mocno zaniepokoiła.
        – Co się stało? Dlaczego wyglądacie, jakbyście zobaczyli upiora, niekoniecznie w operze? – próbowała nas rozchmurzyć.
        – Mieliśmy przed chwilą bardzo niepokojący telefon. Ktoś żąda od nas pieniędzy i grozi zrobieniem krzywdy tobie i Krzysiowi. Jesteśmy po rozmowie z policją i prokuraturą, ale dopiero jutro możemy liczyć na pomoc stróżów prawa. Na wszelki wypadek wolimy zachować ostrożność.
        – Może ktoś robi sobie z was jaja? – spytała z nadzieją Tusia.
        – Może i tak, ale musimy poważnie potraktować ostrzeżenie – odpowiedział spokojnie Leszek.


16




        – Zdecydowaliśmy z tatą, że jutro pojedziesz na uczelnię taksówką. Gdyby nie kolokwium, zostałabyś w domu do czasu, aż nie dowiemy się czegoś na temat źródła tego szantażu. Musisz po zajęciach pójść do dziekanatu, stamtąd zadzwonić po kolejną taksówkę i przyjechać prosto tutaj. Dasz nam też znać, jak będziesz wyjeżdżała, żeby ktoś przyprowadził cię z taksówki…
        – Przecież nie odważą się porywać mnie w biały dzień! Chyba przesadzacie. – Tusia wyraziła swoje wątpliwości.
        – Może tak, ale wolimy dmuchać na zimne.
        Nie zamierzaliśmy jej mówić, że nie grożono porwaniem, a strzelaniem do nich. Sądziliśmy, że przed domem i w obecności osób trzecich nasza córka będzie bezpieczna.
        Mimo braku przekonania co do stopnia zagrożenia Tusia wyraziła zgodę na proponowany scenariusz następnego dnia.
        – A co z Krzysiem? – zapytała. – Jemu też już powiedzieliście?
        – Na razie nic mu nie mówimy. Ty też zachowaj informacje dla siebie – zdecydowałam.
        – A Piotrowi mogę powiedzieć?
        – Możesz – zgodził się Leszek.
        Po tej rozmowie już trochę spokojniejsi wróciliśmy do rozważania, kto może być autorem tych gróźb. Bo oboje z Leszkiem wiedzieliśmy, że musi to być ktoś z kręgu ludzi, którzy wiedzą o prowadzonej przez nas budowie fabryki w Baninie i szczegółach finansowych. Pozyskanie finansowania z brytyjskiego funduszu mogło się kojarzyć z pierwszym etapem wzbogacenia, a kropkę nad i stanowiły informacje o sprzedaży fabryki. Od enuncjacji prasowych o sprzedaży liczba potencjalnych szantażystów znacznie wzrosła.
        Żadne z nas nie zdawało sobie tak naprawdę sprawy ani ze skali, ani miejsca zagrożenia. Groźbę potraktowaliśmy poważnie, ale rozwiązanie tej zagadki odłożyliśmy w czasie.
        Od alarmującego telefonu i późniejszych rozmów z policją i prokuraturą upłynęło nie więcej niż dwadzieścia pięć minut. Nagle z pokoju Tusi dobiegł nas jakby głośny huk i tuż po nim w drzwiach salonu pojawiła się nasza przerażona córka. Nie miałam pojęcia, co to znaczyło. Tylko Leszek rzucił się biegiem do pokoju syna, krzycząc po drodze:


17




        – Krzysiu, padnij na podłogę! Nie podchodź do okna, padnij na podłogę! Wszyscy na podłogę! Strzelają do nas!
        Kilka sekund po tym dotarły do nas dźwięki dwóch kolejnych strzałów. Teraz i dla mnie, i dla Tusi było jasne, że strzelano do naszych okien. Brzękowi tłuczonych szyb towarzyszył tupot nóg biegnących korytarzem Krzysia i Leszka. Zanim znaleźli się w salonie, obaj padli na kolana, aby nie pokazywać się w oknach…

        Nasze ówczesne mieszkanie mieściło się na pierwszym piętrze domu, którego parter zajmowały cukiernia i sala kawiarniana ze sprzedażą wraz z zapleczem, czyli pomieszczeniami produkcji cukierniczej i produkcji lodów. Rozkład mieszkania był następujący: usytuowanie salonu od strony ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego zmniejszało potencjalnie ryzyko swobodnego ostrzeliwania w przeciwieństwie do lokalizacji pokojów dzieci (znajdowały się od strony garaży, gdzie napastnik mógł zdecydowanie łatwiej ukryć się przed przypadkowymi świadkami). Jednak w trakcie strzelaniny ta świadomość była skutecznie stłumiona przerażeniem. Leżeliśmy na podłodze, a wyłączenie oświetlenia było dla


18




mnie wyczynem porównywalnym do wystawienia się z bezpiecznych okopów na strzały. Błyskawicznie wstałam i zgasiłam światło, równocześnie zrzucając aparat telefoniczny na podłogę. Już leżąc, wybrałam numer policji.
        – Proszę przyjechać. Ktoś do nas strzela.
        – Proszę podać nazwisko i adres.
        – Puternicka, cukiernia Roma, Wrzeszcz…
        – Strzela w cukierni?
        – Nie, do mieszkania na piętrze.
        Radiowozy przybyły stosunkowo szybko, chociaż nam wydawało się, że oczekiwanie trwało wieczność. Cała ekipa przyjechała z nieodległego od naszego domu komisariatu znajdującego się przy ulicy Białej we Wrzeszczu. Dopiero później pojawili się jakiś prokurator razem z oficerem z komendy wojewódzkiej.
        Musieliśmy najpierw wytłumaczyć Krzysiowi, skąd tata wiedział, co się dzieje. Nasz syn nie należał do dzieci pokornie wykonujących polecenia. Tym razem ton głosu Leszka spowodował, że bez szemrania i sakramentalnego pytania „A dlaczego, tato?” padł na ziemię tuż przed strzałem oddanym w jego kierunku, co skutecznie ochroniło go od zranienia kulą, która rykoszetem odbiła się od metalowego okucia szafy na wysokości około 1,2 metra.
        Byliśmy wszyscy w szoku, kiedy policja rozpoczęła czynności operacyjne. Minęło sporo czasu, zanim mogliśmy spróbować odtworzyć, co się tak naprawdę stało kilkanaście minut wcześniej.
        Otóż po naszej rozmowie Tusia wróciła do przerwanej nauki do swojego pokoju, jednak nie potrafiła się skupić i zaczęła analizować otrzymane informacje. W pewnym momencie postanowiła przyjść do nas i zapytać o to, czy czasem nie skojarzyliśmy głosu naszego rozmówcy. Odsunęła fotel od biurka i natychmiast wyszła z pokoju. Prawdopodobnie kiedy jej sylwetka ukazała się w oknie, padł pierwszy strzał. Na szczęście naszą córkę od fotela do wyjścia dzieliły tylko dwa, trzy kroki, więc zdążyła zniknąć za drzwiami. Jak potem odtworzyliśmy – praktycznie minęła się z Leszkiem biegnącym do Krzysia z okrzykiem „Padnij na podłogę!”.


19




        Krzyś, usłyszawszy dziwny huk od strony okna w pokoju Tusi, odszedł od komputera, żeby sprawdzić przez swoje okno, skąd dobiegł ten hałas. Krzyk Leszka i wykonanie polecenia uchroniły naszego syna przed postrzałem. Potem policja wyjaśniła, że nie tylko same strzały były dla niego zagrożeniem. Równie niebezpieczny był sam rykoszet. Gdyby Krzyś nadal stał, kula utkwiłaby w jego ciele.
        Rozpoczęło się przesłuchanie. Opowiedzieliśmy na zmianę z Leszkiem o naszych kontaktach. Podaliśmy nazwiska partnerów biznesowych, wskazując zgodnie, że najbardziej prawdopodobnym reżyserem tych wydarzeń mógł być w naszej ocenie pewien biznesmen, bardzo znany na Wybrzeżu od czasów transformacji. Bo tylko on jeden na krótki czas zainwestował trzy miliardy starych złotych w naszą firmę. Tyle że nie pasował do przedstawionego żądania, bo cała kwota zainwestowana przez niego na chwilę w spółkę została dawno oddana wraz z odsetkami za cały okres jej ulokowania na koncie naszej firmy. Domyślaliśmy się głośno, że w grę wchodzili także dziwni (tak nam się wtedy wydawało) ludzie wywodzący się z grona uczestników transformacyjnych przejęć byłych sklepów Społem. Byli przez bardzo krótki czas naszymi wspólnikami, ale rozstaliśmy się w zgodzie. Jak się szybko okazało, panowie chyba chcieli finansować rozwój swoich sklepów z pieniędzy przeznaczonych na fabrykę. Ich intencje od razu rozpoznaliśmy z naszym prawnikiem: wyobrażali sobie, że strumień pieniędzy na fabrykę będzie płynął z kolejnych dofinansowań przez naszego francuskiego partnera Daniela Pecorariego. Kiedy okazało się, że możliwości Daniela skończyły się na częściowym wkładzie początkowym i załatwieniu preferencyjnego kredytu z banku Credit Nationale, ich entuzjazm umarł śmiercią natychmiastową. Nasze rozstanie było sprawne i bezbolesne. Zaraz potem do spółki próbowali wejść właśnie ludzie, których podejrzewaliśmy o związek z tym gangsterskim zleceniem.
        – Rozumiem, że nie macie państwo sprecyzowanych podejrzeń, kto może stać za tą strzelaniną – stwierdził policjant.
        – Nie. Ale wiele poszlak wskazuje, że może to być ktoś z firmy Ideal Salary.


20




        – Na jakiej podstawie budowaliście państwo swoje wątpliwości wobec tej firmy? – zainteresował się pan porucznik. – Możecie państwo wyjaśnić, jak nawiązaliście kontakt z tą spółką i skąd podejrzenia o jej udział w dzisiejszym napadzie?
        Zaczęłam wyjaśniać:
        – Podczas pierwszego spotkania z potencjalnymi inwestorami w nasz biznes wszyscy, czyli mąż, ja i mecenas Tarnowski, odnieśliśmy bardzo pozytywne wrażenie co do obu panów. Spółkę Ideal Salary reprezentowali syn – władający biegle językiem angielskim, ze studiami i kursami zagranicznymi w dziedzinie biznesu – i ojciec – wieloletni, doświadczony pracownik wysokiego szczebla centrali handlu zagranicznego. Dla mnie pozycja ojca była swego rodzaju dodatkowym atutem. Sama miałam w życiorysie pracę w Centromorze* . Firma, na której czele stoją obaj panowie, reklamowana jest w najbardziej ekspozycyjnych miejscach Gdańska. Zajmują się na dużą skalę handlem paliwem. Jako rekomendację podali związki z pewnym funduszem kościelnym (jak się okazało rok później, wykorzystali go do przekrętu – nie zapłacili dostawcy, pobierając z funduszu całość należnej opłaty). Ich wyniki finansowe były imponujące.
        – Dlaczego państwo przyjęli tę firmę na udziałowca?
        – Nie do końca przyjęliśmy. To była umowa warunkowa. Zaraz panom wyjaśnię: po doświadczeniach z właścicielami sieci sklepów Proseco Ltd. mecenas Tarnowski postawił jako warunek zawarcia z nimi umowy ostatecznej miesięczny okres na sprawdzenie wiarygodności firmy i intencji jej właścicieli. Warunkiem pierwszym była wpłata trzech miliardów złotych na konto Roma International sp. z o.o. i załatwienie promesy na kredyt na firmę Ideal Salary z przeznaczeniem na


* Ponieważ mój etat w Centrali Handlu Zagranicznego pozyskałam w wyniku poparcia ówczesnego prezydenta miasta Gdańska, po pracy w wybrzeżowej gazecie, nie wiedziałam, jakimi ścieżkami prowadzona była rekrutacja w Centrali i jakie zależności łączyły wielu jej pracowników ze służbami specjalnymi, czyli albo wojskówką, albo SB. Na początku lat dziewięćdziesiątych tylko starzy wyjadacze – czyli działacze opozycji komunistycznej – mieli tego świadomość.


21




dofinansowanie Roma Int. w kwocie sześciuset tysięcy dolarów. Obie strony mogły w tym okresie odstąpić od woli zawarcia ostatecznej umowy spółki, jeśli badanie dokumentów spółek uzasadni taki krok bądź Ideal Salary nie przedstawi promesy kredytowej na dofinansowanie budowanej fabryki. Mniej więcej dwa tygodnie później mecenas Tarnowski poinformował nas, że dokumenty tej spółki są w prokuraturze. To mogło świadczyć o niewiarygodności firmy. Dlatego prawnik doradził nam odstąpienie od umowy. Postanowiliśmy wtedy zintensyfikować rozmowy prowadzone z funduszami kapitałowymi i szybko wycofać się z umowy przedwstępnej z tą spółką. Zażądany sposób zwrotu złożonego przez nich wadium, czyli trzech miliardów złotych w gotówce, wzbudził w nas kolejne podejrzenia co do sposobu działania firmy i jej właścicieli.
        – W gotówce? I państwo się na to zgodzili?
        – Nie mogliśmy mieć żadnej pewności co do szemranego charakteru takiej formy działania. Transakcje gotówkowe i walizki pełne pieniędzy są jeszcze dopuszczalnym sposobem rozliczeń, chociaż, przyznaję, nietypowym. Pieniądze oddaliśmy, więc długu nie mamy – uzupełniłam.
        – Ale nikt inny w tej chwili nie przychodzi nam do głowy – dodał Lesio.
        Podczas tej rozmowy wróciły niedobre emocje, jakie towarzyszyły moim decyzjom w tamtych dniach. Odstąpienie od tej umowy oznaczało dla mnie ostateczną klęskę na drodze do realizacji marzenia, jakim była inwestycja oparta na rodzimym kapitale. Szlag mnie trafiał, kiedy słyszałam wokół o sprzedawaniu wszystkiego, co się da spieniężyć, w ręce zagranicznych inwestorów. Jestem ekonomistką z wykształcenia. Wiedziałam, że zyski będą transferowane poza Polskę. Inżynierię finansową zachodnich koncernów i mniejszych firm zdołałam poznać w praktyce, od tak zwanej podszewki, przy transakcjach przeprowadzanych przez Centromor i (w mniejszym stopniu) Polfracht, w którym odbywałam praktyki, w tym dyplomową.
        – Czyli tak naprawdę nie macie państwo długu w tej firmie?
        – Nie – zaprzeczyliśmy oboje z Leszkiem.
        – A jakieś inne długi? W innych firmach?


22




        – Żadnych. Po sprzedaży fabryki spłaciliśmy wszystkie nasze zobowiązania – zarówno bankowe, jak i prywatne.
        – A może dzieci narobiły jakichś długów?
        Te pytania zaczynały być mocno wkurzające. Szczególnie w aspekcie żądań kierowanych ewidentnie pod naszym adresem. Nie naszych dzieci. One miały być tylko zakładnikami.
        – Wie pan, córka ma własne pieniądze, w dodatku jest bardzo oszczędna. A syn ma szesnaście lat i skala potencjalnej pożyczki w jego przypadku to nie są pieniądze, zwrotu których w dodatku żąda się pod groźbą użycia broni palnej… To nie ten kierunek poszukiwań sprawców.
        – Proszę się nie denerwować, musimy sobie wszystko wyjaśnić – uspokajał porucznik. – Proszę także zostawić fachowcom ocenę motywów działań sprawcy bądź sprawców.
        Ekipa śledczych w tym czasie przeprowadzała oględziny w pokojach dzieci. Mierzyli odległości od okna do śladów po kulach na suficie i ścianach w obu pomieszczeniach. Robili zdjęcia. Jak się później okazało, inny technik badał ślady na zewnątrz budynku.
        – Czy zauważyliście państwo coś za oknami, co mogłoby mieć znaczenie? Jakichś nieznanych ludzi, samochód?
        – Nie. W zasadzie ani my, ani dzieci nie podchodziliśmy do okien przed tą strzelaniną. Tylko syn po pierwszym strzale zbliżył się do okna, ale natychmiast położył się na podłodze. Na żądanie męża.
        Tusia włączyła się do naszych zeznań:
        – Piotr też nie zauważył niczego dziwnego, przecież był kilkanaście minut wcześniej na spacerze z Kajrosem. Gdyby ktoś się tutaj kręcił, na pewno by o tym wspomniał. Machałam mu na pożegnanie przez okno, zauważyłabym jakiś samochód. Kilkanaście minut wcześniej na pewno nikt tam nie stał.
        – Rzeczywiście, zapomnieliśmy o Piotrze i jego co najmniej kilkuminutowym pobycie w ogrodzie z powodu niechęci Kajrosa do powrotu do domu.
        – Czy w cukierni na dole nikogo nie ma? – kontynuował porucznik.
        – Nie, wszyscy dawno skończyli pracę, a lokal też zamknęliśmy ponad dwie godziny temu.


23



do góry

Wykonane przez Onisoft.pl

2017 Wszelkie prawa zastrzeżone oceanksiazek.pl

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl