Spis treści
Rozdział I: Początek ...................................................................9
Rozdział II: Świadomość ............................................................21
Rozdział III: Anna Dobrzycka .....................................................27
Rozdział IV: Bałwan i klaun ........................................................34
Rozdział V: Ciepło-zimno ............................................................42
Rozdział VI: To koniec ................................................................51
Rozdział VII: Pudełko tajemnic ...................................................61
Rozdział VIII: Topimy lody .........................................................76
Rozdział IX: Druga szansa ..........................................................90
Rozdział X: Zapach fiołków .........................................................99
Rozdział XI: To nawarzyliśmy piwa… ..........................................106
Rozdział XII: Skrzydła anioła .....................................................114
Rozdział XIII: Projekt Porewit ....................................................126
Rozdział XIV: Niekomfortowe wyznania ......................................133
Rozdział XV: Tik-tak, tik-tak ......................................................148
Rozdział XVI: Nie jestem sama ..................................................155
Rozdział XVII: Uczuciowe turbulencje ........................................165
Rozdział XVIII: Powrót ..............................................................172
Rozdział XIX: Plan działania .......................................................177
Rozdział XX: Naiwna .................................................................193
Rozdział XXI: Niepowiadomiony ojciec mojego dziecka ................199
Rozdział XXII: To prawda ..........................................................208
Rozdział XXIII: Przeprowadzka ..................................................216
Rozdział XXIV: Testosteron .......................................................223
Rozdział XXV: Więcej testosteronu .............................................232
Rozdział XXVI: Zazdrość ............................................................239
Rozdział XXVII: Marzenia senne i nie tylko ..................................252
Rozdział XXVIII: Jarosław Barczyński ........................................268
Rozdział XXIX: Spotkanie po latach ............................................281
Rozdział XXX: Nowy rozdział ......................................................292
Rozdział I
Początek
Kiedyś byłam kobietą. Zabawnie to brzmi, prawda? W zasięgu moich rąk znajdowało się wszystko, co najważniejsze: niewielkie, ale za to własne cztery kąty, zadowalająca praca, kochający mężczyzna u boku i powód do radości, bo Kazik właśnie poprosił mnie o rękę. Mimo niesprzyjających okoliczności, mimo wojny, wszechobecnego strachu i wiszącego nad nami poboru wojskowego Kazika przepełniała mnie nadzieja na lepsze jutro. Co się stało z tą kobietą? Tak bardzo pragnę znów wtulić się w ukochane ramiona i udać się w swoją bezpieczną strefę. Cóż… wygląda na to, że kiedyś odpłynęłam trochę za daleko.
Styczeń tysiąc dziewięćset piętnastego roku był niezwykle mroźny. Niewinność białego puchu, który okrywał znaczącą część ziemskiego padołu, została zbrukana krwią żołnierzy broniących ojczyzny i nieprzyjaciela, a także moją własną. Podczas zamieszek na rynku zostaliśmy z narzeczonym wciągnięci w sam środek rozwścieczonego tłumu. Kazik dzielnie stawiał czoła wszystkim wokół, próbował odseparować nas od ludzi, wydostać na zewnątrz gromady. Czuwał nade mną jak anioł, prowadził przez gąszcz złożony z ludzkich twarzy, desperacko odsuwając ode mnie wszystkich nieznajomych. Chciał w ten sposób uzyskać dla mnie nieco przestrzeni, tak abym mogła swobodnie oddychać. Chorowałam na astmę, a Kazik wiedział, że moje płuca nie wytrzymają długo takiego ścisku. Kurczowo trzymałam się jego ręki, modląc się
Świadomość 9
w duszy o to, żeby jak najszybciej opuścić to miejsce. Czułam, jak mój oddech stawał się coraz płytszy, a uścisk coraz słabszy. Dłoń narzeczonego wysuwała się powoli z mojej. Siła zgromadzonych ludzi okazała się tak duża, że szybko zostaliśmy rozdzieleni. Kazik krzyczał, szarpał się z przypadkowymi osobami, by znaleźć się znów blisko mnie, ja natomiast nie miałam już sił, by się bronić. Z oczu popłynęły mi łzy. Jak za mgłą widziałam twarz ukochanego oddalającą się coraz bardziej. Brakowało mi powietrza, zaczęłam się dusić. Nogi miałam jak z waty. Tłum nastawał na mnie coraz bardziej, ściskał moje drobne ramiona, czułam na całym ciele nasilające się dźgnięcia łokci. Poczułam, że z jednej strony ponosi mnie tłum, a z drugiej opadam coraz niżej i niżej, aż po chwili moje kolana dotknęły twardej, zimnej, kamienistej drogi. Mój oddech, choć szybszy, dodawał mi coraz mniej sił. Koncentrowałam się tylko na nim. Deptana przez przypadkowych ludzi, czułam potworny ból całego ciała. Zamknęłam oczy, choć wcześniej już nie dostrzegałam nic oprócz ciemności. Ta ciemność pochłonęła mnie całkowicie, odpłynęłam w niej gdzieś daleko.
Na nagrobku Barbary Trzmielewskiej do dziś można przeczytać, że zmarła osiemnastego stycznia tysiąc dziewięćset piętnastego roku. Nikt jednak już nie pamięta, kim tak naprawdę była, czym się zajmowała i jak zginęła. Basia w dniu swojej śmierci liczyła sobie dwadzieścia dwa lata. Nie doczekała się dzieci, nie zdążyła nawet wyjść za mąż. Jej rodzina i znajomi pogrążyli się w żałobie. Płakał po niej również cały zakład tkacki, w którym pracowała jako szwaczka. Nikt jednak nie wie, co się wydarzyło później. Nikt nie ma pojęcia, że po Basi nie pozostało tylko zdewastowane i okaleczone ciało. Ta dziewczyna pozostawiła po sobie coś więcej – pozostawiła mnie. Tego dnia Świadomość Barbary przekroczyła wszelkie granice, które kiedykolwiek znała ludzkość. Również tego dnia wraz z dotykiem i pewnym impulsem jej Świadomość przeniosła się z ciała młodziutkiej Barbary do ciała lekarza, który orzekł jej zgon.
Rozdział I: Początek 10
Obudziłam się w prosektorium, naga, przykryta białym, cierpkim obrusem. Chciałam otworzyć oczy, ale powieki ani drgały. Próbowałam rozchylić usta, żeby coś powiedzieć, ale i one odmawiały posłuszeństwa. Skoncentrowałam się na innych częściach ciała, na palcach ręki, nóg – bezskutecznie. Krzyczałam w głębi duszy, jednak nikt mnie nie słyszał. Nawet najcichszy dźwięk nie wydostawał się na zewnątrz. Nie mam pojęcia, jak długo tam leżałam. Zdawało się to trwać całą wieczność. Po pewnym czasie do pokoju wkroczył mężczyzna, gwiżdżąc pod nosem coś pogodnego – melodię, która napawała nadzieją. Określiłam jego płeć po tonie głosu i ciężkich jednostajnych krokach. Wyobraziłam sobie postać niskiego, przygarbionego człowieczka z lekką nadwagą. Tak, właśnie tak mógł wyglądać. Pomyślałam, że to moja szansa. Znów zaczęłam krzyczeć, jednak żaden dźwięk nie wydostał się poza granice mojego mózgu. Moja ekipa ratunkowa pozostawała głucha na wołania o pomoc. Gra tocząca się pomiędzy podświadomością, w której obecnie tkwiłam, a desperacką próbą odzyskania kontroli nad własnym ciałem doprowadzała mnie do szaleństwa. Usłyszałam, jak człowieczek zakłada rękawiczki i podchodzi do mnie. Nie czułam jego dotyku, a mimo to zdawałam sobie sprawę, że dokładnie bada moje leżące bez życia ciało. Po starannych oględzinach, a przynajmniej tak przypuszczam, wymamrotał pod nosem datę i czas zgonu, zdjął rękawiczki i złapał mnie za rękę. Właśnie ten dotyk poczułam, dokładnie tak jakby każda cząstka jego skóry wyryła się na każdym atomie mojej. Równocześnie zorientowałam się, że to, co ze mnie zostało, sama Świadomość, przepływa z głowy, poprzez szyję, bark, ramię do mojej dłoni i każdą cząstką skóry, stykającą się ze skórą tego człowieka, do jego dłoni, później znów tą samą trasą przez ramię, bark i szyję do jego głowy. Wślizgnęłam się tam szybko i bezszelestnie. Usłyszałam jego myśli: „Biedna dziewczyna, tylko dwadzieścia dwa lata… Jak mam powiedzieć jej rodzinie, że nie żyje?”.
Świadomość 11
Puścił dłoń Barbary i wyszedł z sali. „Nie chciałbym nigdy poczuć tego, co oni poczują za chwilę…”
– Bardzo mi przykro, zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, jednak nie udało się nam uratować państwa córki.
Słyszałam każdą jego myśl, każde słowo. Widziałam wykrzywione w smutku twarze Kazika i moich przybranych rodziców. Nigdy nie zapomnę ich oczu. Już na zawsze będą prześladowały mnie w snach. Ludzie bliscy mojemu sercu pogrążeni w żalu płakali, a ja w duchu łkałam razem z nimi. Nie ustawałam w staraniach, by powiedzieć im, że nadal tutaj jestem, że żyję, jednak nikt nie słyszał moich krzyków. Ani lekarz, który dzielił się ze mną swoimi myślami, ani tym bardziej moja rodzina. Błąkałam się jak intruz w umyśle człowieka, który nawet nie zdawał sobie sprawy z mojego istnienia. Jego wszechobecna świadomość nie pozwalała mi przejąć władzy nad ciałem. Uzyskałam dostęp tylko do małej przestrzeni jego mózgu. Mimo to widziałam, słyszałam i czułam wszystko to samo co gospodarz. Nie miałam żadnej kontroli nad jego ciałem, ruchami i słowami, a równocześnie doświadczałam wszystkich bodźców z zewnątrz. Wewnętrzna złość, rozgoryczenie i smutek wirowały we mnie bez możliwości pokazania ich na zewnątrz. Taka okazja pojawiła się dopiero później. Transportujący mnie lekarz podczas obchodu wszedł do sali pacjenta będącego w śpiączce. Sprawdził jego puls i po raz kolejny całą świadomością przeniosłam się tak samo wraz z dotykiem do ciała innego mężczyzny.
Umysł tego człowieka był inny, całkowicie pusty. Mogłam się swobodnie rozciągnąć, rozgościć i poruszać po wszystkich jego zakamarkach. Co więcej, nie musiałam o nic walczyć. Wiedziałam, że jestem tutaj sama. Poczułam ulgę, uwalniając się od natrętnych myśli i uczuć lekarza. Przytłaczały mnie swoją obecnością. Tym razem przejęcie kontroli nad mózgiem starszego mężczyzny stało się możliwe. Ponadto nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Zdecydowanie gorzej wyglądała sytuacja z próbą władania jego ciałem.
Rozdział I: Początek 12
Oczywiście szybko usłyszałam i oswoiłam się z biciem serca pacjenta. Mogłam bez problemu wciągnąć powietrze w jego piersi. Poczułam, jak tlen rozlewa się po wszystkich zakamarkach ciała. Reszta mojego zadania okazała się o wiele trudniejsza. Skoncentrowałam się na oczach. Moim celem stało się podniesienie powiek. Kilka prób zakończyło się niepowodzeniem, ale się nie poddawałam. Czułam, że mogę to zrobić. Skupienie i determinacja sprawiły, że po pewnym czasie się udało. Zobaczyłam salę szpitalną, białe ściany i meble w tym samym kolorze. Zauważyłam, że jestem sama. Lekarz, który mnie tutaj przetransportował, zdążył już dawno opuścić to pomieszczenie. Chciałam poruszyć palcami. Myślałam, że jeśli tego dokonam, to następne będą nogi, a wtedy będę w końcu mogła stąd uciec. Minęło ponad pół godziny, zanim uzyskałam niewielką władzę nad jego dłońmi, a właściwie palcami, które drgnęły nieznacznie. To z pewnością nie wystarczy, żeby stąd wyjść. Mój plan okazał się niedoskonały. Zdecydowałam więc, że go zmienię. Tym razem za obiekt swojego wysiłku wybrałam usta. Skoro nie mogłam wydostać się stamtąd o własnych siłach, to może chociaż nakłonię kogoś, żeby mi pomógł. Poza tym będę mogła im opowiedzieć o tym, co się wydarzyło, i w jaki sposób znalazłam się w ciele tego nieznanego mi wcześniej człowieka. Najpierw postanowiłam otworzyć usta. To przecież nie różni się niczym od poruszenia palcem. Po pewnym czasie mi się to udało. Znów poczułam nową nadzieję. Byłam zmotywowana do dalszych prób. Sporo czasu i wysiłku, później byłam w stanie wyszeptać pierwsze nie do końca składne zdanie. W momencie kiedy to z moich ust wyszły pierwsze słowa, do pokoju wkroczyła pielęgniarka. Gdy tylko dostrzegła, że pacjent ma otwarte oczy, wybiegła, a po chwili wróciła wraz z lekarzem.
nia jego ciałem. – Witamy z powrotem! – Doktor uśmiechnął się, nie kryjąc zdumienia zastanym widokiem. – Wie pan, gdzie się znajduje, co się wydarzyło?
Świadomość 13
– Szpital… – wyszeptałam po dłuższej chwili, choć starałam się krzyczeć tu i teraz.
Próbowałam się podnieść, jednak to przekroczyło moje obecne możliwości. Ramiona drgnęły tylko tak, jakby przeszedł przez nie dreszcz. Czego się więcej mogłam spodziewać? Przecież to ciało nie należy do mnie. Tak wiele czasu zajęło mi, by nieznacznie poruszyć palcami i wypowiedzieć kilka słów, a w jednej chwili chciałam dźwignąć kilkadziesiąt kilogramów. Poza tym rekonwalescencja nawet własnego ciała po pewnym czasie przebywania w śpiączce trwa na pewno dłużej niż pięć sekund. – Jak się pan nazywa? Padło następne pytanie. Jaki pan? Jestem kobietą! – pomyślałam zdezorientowana. W tym momencie straciło to jednak znaczenie. Całkowicie zagubiona, z plątaniną myśli i odczuć ostatnich wydarzeń, zatraciłam sens abstrakcyjności sytuacji, w której się znajdowałam. Najważniejsze dla mnie było teraz to, że znów mogę się porozumiewać ze światem! – Trzmielewska… – wyszeptałam skołowana – Basia… – dodałam po pewnym czasie. – Pan raczy żartować? – zapytał, wybałuszając oczy. Pozbierał szybko myśli, ponieważ dobrze zapamiętał to nazwisko młodej dziewczyny, która zginęła dzisiejszego popołudnia. – Znał pan tę dziewczynę? Znał pan Basię Trzmielewską? – Nie! – odpowiedziałam cicho, lecz stanowczo. – To ja… Medyk, najwyraźniej bardzo zaskoczony, nie odezwał się już ani słowem. Jego wyraz twarzy wyrażał jednak o wiele więcej. Patrzył na mnie tak, jakby chciał powiedzieć, że postradałam zmysły. Przewrócił kilka kartek, napisał coś na ostatniej z nich i wyszedł. Znów zostałam tylko sam na sam ze swoim nowym ciałem i milionem dręczących mnie myśli. Konwersacja z lekarzem nie pozostawiła mi żadnych złudzeń – nikt nie uwierzy mi w to, co się stało. Na ich miejscu sama bym sobie nie uwierzyła. Następny plan legł w gruzach. Może powinnam wrócić do
Rozdział I: Początek 14
pierwotnego zamierzenia? Może powinnam uciec? Cokolwiek miałoby się zdarzyć, powinnam chociaż spróbować. Po kilku godzinach wysiłku efekty mojej pracy nadal nie były zadowalające. Poruszanie palcami stało się dla mnie nieco łatwiejsze, ale niezdarność ruchów nadal pozostawiała wiele do życzenia. Stan aparatu mowy mogłam sprawdzić, kiedy wrócił lekarz prowadzący, razem z innym mężczyzną około pięćdziesiątki. Ten drugi zabrał z ramy łóżka moją kartę i obaj podeszli dość blisko z mojej prawej strony.
– Witam ponownie. – Doktor, którego poznałam już wcześniej, wydawał się teraz o wiele bardziej zdystansowany, poważny. – Mam nadzieję, że zdążył pan choć trochę wypocząć. – Spojrzał na mnie z wyrzutem. Domyślam się, co kłębiło się teraz w jego głowie.
– Tak – wyszeptałam nieco głośniej niż poprzednim razem.
– Dobrze, w takim razie zacznijmy jeszcze raz. Wie pan, gdzie się znajduje? – Zerknął na mnie znad okularów.
– W szpitalu.
Tylko dobrze to rozegraj… – powtarzałam sobie w myślach.
– Świetnie. Jak się pan nazywa? – To pytanie wydawało się dzisiaj kluczowe.
– Nie wiem… – Postanowiłam trzymać się świata niewiedzy. Na pewno nie zaszkodzi mi to tak jak uparte wyznawanie jednej niewiarygodnej wersji.
– Jest pan pewien? – Lekarz prowadzący zdawał się nie do końca wierzyć w to, co do niego mówię. Spodziewał się pewnie usłyszeć więcej rewelacji podobnych do tych sprzed kilku godzin.
– Tak… – Zauważyłam, że moje słowa stały się wyraźniejsze.
– Dobrze, w takim razie niech mi pan powie, kim jest ta dziewczyna, o której wspomniał pan wcześniej? – Domyślałam się, że będzie drążył temat.
– Nie wiem… – To będą moje ulubione słowa.
Świadomość 15
– Jak to pan nie wie? Skąd zna pan to nazwisko? – zapytał poirytowany.
– Nie wiem, nie pamiętam.
Na twarzy doktora prowadzącego można było dostrzec grymas złości. Ten drugi stał natomiast przez cały czas niewzruszony.
Zadał mi jeszcze kilka pytań, jednak na wszystkie usłyszał odpowiedź „nie wiem” albo „nie pamiętam”. Nie sądzę, aby zrozumiał to, co mi się przytrafiło, a trwając uparcie przy swoim, mogłam tylko pogorszyć sytuację. Skończywszy przesłuchanie, lekarze zostawili mnie znów samą. Wszystkie próby przejęcia władzy nad ciałem oraz rozmowa z mężczyznami w białych kitlach ogromnie mnie zmęczyły. Zaraz po wyjściu lekarzy zasnęłam.
Następne kilkanaście dni stało się dla mnie nie lada wyzwaniem. Po pierwsze, chcąc prawidłowo funkcjonować, musiałam dobrze poznać ciało, które obecnie zamieszkiwałam. Skóra tego człowieka była stara, pomarszczona i chropowata. Dowiedziałam się później, że mężczyzna ten to Adam Bobrowski, siedemdziesięciotrzyletni sławny dyrygent. W przeciwieństwie do mnie nie należał do szczupłych osób, przez co czułam się obszerna i ociężała. Wszystko wydawało się takie wielkie – jego brzuch, dłonie, stopy. Jak można się domyślić, również anatomicznie różniliśmy się od siebie. Zniknęły moje piersi, chociaż Adam ze względu na swoją tuszę również miał dość duże. Były one jednak innego kształtu i opierały się bezwładnie na sterczącym brzuchu mężczyzny. Poza tym z trudem przyzwyczajałam się do innych narządów płciowych. Pod pewnym względem czułam się dziwnie, a czasami wręcz niekomfortowo i niezręcznie. Ruchy Adama, wolniejsze i cięższe niż moje dotychczasowe, przyczyniały się czasami do lekkiego zachwiania równowagi. Każdy większy wysiłek sprawiał, że dostawałam zadyszki, a trzeba też podkreślić, że mówiąc o większym wysiłku, mam
Rozdział I: Początek 16
na myśli przemieszczenie się pomiędzy łóżkiem a szafą. Inną kwestią jest to, że wstawałam bez zgody lekarza, który nakazywał cały czas leżeć. Każdy dzień przynosił nowe doświadczenia i pokazywał różnice pomiędzy tym, kim byłam wcześniej, a tym, kim miałam się stać teraz. Drastycznie pogorszył mi się wzrok i słuch, przez co musiałam wkładać o wiele więcej wysiłku w rozmowę z kimkolwiek. A okazji do rozmów nie dostarczano mi zbyt wiele. Tak naprawdę nie odwiedzał mnie nikt spoza personelu szpitalnego. Jedyną osobą, która mówiła do mnie więcej niż to, co nakazuje profesja, była jedna z pielęgniarek. Znałam tylko jej imię – Zosia. Konwersacje z nią napawały mnie optymizmem i przynosiły nowe wieści z kraju. W jej zachowaniu czułam zwykłą ludzką troskę. Podczas jednej z rozmów nie wytrzymałam i opowiedziałam jej swoją historię. Niestety po czasie okazało się, że nie była to najlepsza decyzja w moim życiu. Dziewczyna przerażona wyznaniami starego, schorowanego mężczyzny zakończyła rozmowę tak szybko, jak tylko mogła, prawie wybiegając z sali. Poradziła mi tylko, żebym nie opowiadał głupot i odpoczął. Następna próba odzyskania swojej tożsamości okazała się fiaskiem. Byłam zdruzgotana.
Właśnie wtedy, kiedy wszystko wydawało się skończone, Adama odwiedziła córka Marta z dwiema wnuczkami – Aliną i Marią.
– Jak się czujesz, tato? – Lokowana blondynka w okolicach czterdziestki siedziała na brzegu mojego łóżka, tuż obok ogromnego Adamowego brzucha.
– Dobrze – skłamałam.
– To dobrze – skwitowała dość szybko. – Dziewczynki chciały się z tobą zobaczyć. – W drzwiach stały dwie młodziutkie osoby. Wyglądały na kilkanaście lat. Obie blondynki, obie do złudzenia podobne do matki. – Wiem, że ich nie pamiętasz – wyszeptała mi do ucha. – Ale proszę cię, chociaż się z nimi przywitaj, z prawej Marysia, z lewej Alina…
Świadomość 17
Jej namacalny dystans wobec ojca i błagalny ton dały mi wiele do myślenia. Nie sądzę, żeby pomiędzy nimi układało się zbyt dobrze. Dziewczynki podeszły do mnie, uściskałam je obie. Powiedziałam też, że ślicznie wyglądają, i zapytałam, jak im idzie nauka. Odpowiedziały, że szkoła została zamknięta. Wyznały też, że boją się wychodzić z domu. Nie dziwiłam się im. Moje ostatnie wyjście z mieszkania zakończyło się śmiercią. Nie miałam jednak pojęcia, że zajęcia w szkołach przestały się odbywać. Sytuacja musiała nie być zbyt ciekawa. Dziewczynki przywitały się tylko i wyszły. Zostałam sam na sam z Martą.
– Lekarz opowiedział mi o tym, co mówiłeś zaraz po przebudzeniu – rozpoczęła spokojnie. – Tato, kim była ta kobieta?
– Nie wiem, o czym mówisz – skłamałam.
– Mówię o tej dziewczynie, o Basi Trzmielewskiej. Kim ona dla ciebie była? – W jej głosie można było wyczuć nutkę niecierpliwości.
– Nikim, nie wiem, o czym mówisz. – Trwałam przy swoim.
– Tato, nie okłamuj mnie. Lekarz o wszystkim mi powiedział. Rozmawiałam też z pielęgniarką. Od razu po przebudzeniu mogłeś majaczyć, ale z panią Zofią rozmawiałeś kilka dni temu. Czy ty naprawdę w to wierzysz? Wierzysz w to, że jesteś kobietą?
Jej słowa wbijały się jak nóż w moje serce. Myślałam, że pielęgniarka zachowa dla siebie to, co jej powiedziałam. Jak bardzo się myliłam.
– Nie jakąś kobietą! – odpowiedziałam głośno i stanowczo. Poczułam, jak fala gorąca przebiega przez całe moje ciało. Pomyślałam, że nie mam nic do stracenia, nic! I tak jestem już starym, stetryczałym mężczyzną, którego dni na tym świecie są policzone. – Jestem nią! Nazywam się Basia Trzmielewska, mieszkam na Mickiewicza trzynaście mieszkania sześć, mam dwadzieścia dwa lata! Dwadzieścia dwa, rozumiesz?! A to cholerne ciało ma chyba ze sto!… – krzyczałam jak opętana. Wyrzuciłam z siebie wszystko, całą swoją historię, każdy drobny detal mojego obecnego świata, a Marta siedziała na krawędzi mojego łóżka, wysłuchując każdego słowa ze stoickim spokojem, spokojem, który sprawiał, że mój gniew rósł z sekundy na sekundę.
Rozdział I: Początek 18
– Skończyłeś? – zapytała niezmiennie spokojnym tonem, kiedy z moich ust padło ostatnie słowo. Nie odpowiedziałem nic, więc po chwili ciszy to ona zabrała głos. – Skoro twierdzisz, że jesteś tą dziewczyną, to pewnie nie pamiętasz, jak w wieku siedmiu lat oddałeś mnie do szkoły z internatem tylko po to, żeby mnie nie oglądać, żeby nie musieć się mną zajmować, nie słuchać dziecięcych fantazji. Ty nie pamiętasz, ale ja tak. – Jej głos przepełniała teraz gorycz zawodu i żalu. – Teraz ty, będąc dziesięć razy starszy, opowiadasz mi historię, której nie wymyśliłby nikt przy zdrowych zmysłach. Mam nadzieję, że zrozumiesz to, że ja również nie mam ochoty tego słuchać. Przykro mi, tato. – Pochyliła się nade mną i pocałowała mnie w policzek, po czym wyszła już bez słowa z sali.
Przepełniała mnie złość, ale jeszcze większy gniew opanował mnie, kiedy do sali weszło dwóch rosłych mężczyzn, którzy nie bez problemu założyli mi kaftan i wywlekli z budynku. Ciągnęli mnie przez dziedziniec do innej, niższej nieruchomości, w której mieścił się szpital psychiatryczny.
Zamknięto mnie w pokoju bez klamek, w oknach umieszczono natomiast kraty. Cały czas nosiłam na sobie ten sam kaftan, który krępował moje ruchy. W moim pokoju pośrodku białych ścian stało tylko łóżko. Na początku personel przychodził do mnie dwa razy dziennie, wmuszając we mnie jedzenie i tabletki. Po jakimś czasie zdjęto mi kaftan i posiłki podawano na blaszanym talerzu, najpierw suche bez sztućców, później zupę, którą mogłam jeść łyżką. Dopiero po kilku miesiącach pozwolono mi wyjść z izolatki i przebywać w zbiorczym pomieszczeniu z innymi pacjentami. Lekarze nadal mi nie wierzyli. Byli pewni, że postradałam zmysły. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, aby zorganizować spotkanie z rodziną – z moją rodziną.
Świadomość 19
Nie pomogły prośby ani groźby, dla nich byłam kolejnym trudnym pacjentem z rozdwojeniem jaźni. Po wielu kłótniach i krzykach, z których każda kończyła się tak samo – kolejną chłostą i pobytem w izolatce – zrezygnowałam całkowicie z wszelkich prób przekazania im prawdy. Postanowiłam poczekać w ciszy i spokoju na to, co było nieuniknione. Czekałam tylko na śmierć Adama Bobrowskiego.
W psychiatryku spędziłam prawie dwa lata. Myślę, że to sporo czasu, aby w samotności kontemplować swoje dotychczasowe życie. Świat, do którego byłam przyzwyczajona, został mi brutalnie odebrany, a ja sama czułam się obdarta nie tylko z własnego ciała, ale także z godności. Wydawało mi się wtedy, że o wiele lepiej byłoby, gdybym umarła. Śmierć rozwiązałaby wszystkie moje problemy. Sprawiłaby, że cały ból i wszystkie moje troski straciłyby na znaczeniu. Akurat w tym przypadku ciało Adama okazało się nadzwyczaj pomocne: stare, pomarszczone, liczące ponad siedemdziesiąt lat. Statystyki mi sprzyjały, powinnam już dawno nie żyć. Tak więc odliczałam dni do końca swojej egzystencji. Rozwiązanie przyszło niespodziewanie, podczas ostrzeliwania szpitala. Bobrowski został trafiony pociskiem prosto w serce. Uznałam to za szczęśliwy traf, miałam nadzieję na szybkie unicestwienie mojej duszy. Świadomość jednak pokazała swoje własne zdanie na ten temat. Po wielu godzinach leżenia w martwym ciele Adama opuściłam jego materialną powłokę, by zagnieździć się w umyśle jednej z pielęgniarek, która właśnie sprawdziła mi puls.
Rozdział II
Świadomość
Sto lat życia minęło nadzwyczaj szybko. Czas ten spędziłam pod różnymi postaciami ludzi młodych i starych, różnej rasy i płci. Dowiedziałam się o człowieku więcej, niż mogłam kiedykolwiek przypuszczać. Gdyby zdarzyło mi się jeszcze uczestniczyć w lekcji biologii, umarłabym z nudów. Ze swojego pierwszego życia, a także z wielu innych, nauczyłam się, co niesie ze sobą posiadanie ciała płci pięknej. Pozwolono mi również dosłownie wejść w skórę mężczyzny. Nadal jednak nie odpowiedziałam na pytanie, kim albo czym tak naprawdę jestem. Przez wiele lat istniałam jako Barbara Trzmielewska, następnie doświadczyłam życia jako Adam Bobrowski, Franciszek Wański, Stanisław Adamski, Joanna Urbańska, Leon Malinowski, Anna Nowak i Agnieszka Drach. Zdarzyło mi się być nawet Michaelem Smithem, Jorge Gonzálezem i Michałem Kowalskim. Żadna z tych osób nie przetrwała dłużej niż kilkanaście lat, w porywach dwadzieścia kilka. Oprócz mojego pierwotnego ciała tak naprawdę nie czułam się już związana z żadnym innym ciałem. Nigdy nie założyłam rodziny. Co więcej, nie miałam nawet ochoty na wiązanie się z kimś na dłużej. Byłam heterokobietą. Zasmakowałam także życia jako heteromężczyzna – jakkolwiek byłoby to dziwne. Próbowałam też związków gejowskich, ale ani ten stan, ani żaden inny nie przynosiły mi satysfakcji. Przez ostatnie sto lat cały czas myślałam o nim – o Kaziku – i o poczuciu bezpieczeństwa, jakie mi dawał, kiedy znajdowałam się w jego ramionach.
Świadomość 21
Każda z osób, których ciało zamieszkiwałam, to odrębna historia. Jedyne, co łączy je wszystkie, to podobny początek. Rodzina, znajomi, którzy nie kryją rozczarowania ukochaną osobą. Wiele serc rodziców i bliskich zostało złamanych. Jeszcze więcej relacji zostało zniszczonych. Z początku bardzo przeżywałam wszystkie te historie razem i każdą z nich z osobna. Później jednak zdałam sobie sprawę, że nie uniknę cierpienia ludzi wokół mnie. Co najwyżej mogę zmniejszyć ból odczuwany przeze mnie. Po latach wypracowałam swój własny system radzenia sobie z rodziną i znajomymi w sposób możliwie jak najbardziej humanitarny, zarówno dla mnie, jak i dla całej reszty. Podczas całej swojej egzystencji na tym świecie przeżyłam kilka przygód miłosnych, niewiele jako takich przyjaźni, sporo znajomości. Mimo wszystko doskwierała mi samotność. Czułam się opuszczona i niepotrzebna. Tak naprawdę przez wiek tworzyłam różne kreacje siebie, przywdziewałam niezliczone maski tylko po to, żeby nikt nie poznał mojego prawdziwego oblicza. Nie chciałam się przywiązywać do drugiej osoby, bo i po co? Wystarczyło, że patrzyłam na śmierć rodziny Barbary. Do tej pory pamiętam każdy szczegół z ich pogrzebu. Pochowałam wielu ludzi. Sama zresztą także kilkakrotnie umierałam. Gdybym do kogoś jeszcze zdołała się zbliżyć, nawiązać głębszą więź, znów musiałabym cierpieć. Nic tak nie boli jak przemijanie. Strata osób wokół siebie, strata własnego ja – to wszystko jest nieuniknione. Dzięki temu, że z nikim nie związałam się na dłużej, tak by móc się przyzwyczaić do jego obecności, dzięki wypraniu z uczuć ta egzystencja stała się łatwiejsza, spokojniejsza i beznamiętna.
Poza powyższym dowiedziałam się również, że dla bytu takiego jak ja ludzie dzielą się na kilka typów. Pierwszym z nich są Przewoźnicy. Jak sama nazwa wskazuje, osoby te sprawiają, że świadomość może się przemieszczać i to najczęściej wbrew czy też pomimo swojej woli. Ludzie o tych właściwościach często nie zdają sobie sprawy z mojego istnienia, co bywa niekiedy
Rozdział II: Świadomość 22
uciążliwe, a czasami zabawne. Ich świadomość rozlana jest po całym umyśle. Dla mnie pozostawiają tylko specjalny mały obszar, w którym mogę krótkotrwale przebywać. Przykładem takiego bytu może być lekarz transportujący Barbarę do ciała Adama Bobrowskiego. Pozostając w ciele Przewoźnika, uzyskuję bierny kontakt z rzeczywistością. Widzę, słyszę, czuję nie tylko świat zewnętrzny, ale i to, co dzieje się wewnątrz. Nie jest mi jednak dane wpływać na jego działania. Relacje z Przewoźnikami są zazwyczaj krótkotrwałe, traktuję ich jak rodzaj transportu. To tak jakbym wsiadała do pociągu, nie znając stacji docelowej. Ponieważ epizody z tymi istotami trwają zazwyczaj kilka godzin, choć zdarzają się również kilkudniowe, trudno spamiętać ludzi, którym dosłownie siedziałam w głowie. Dziwnie jest natomiast słyszeć myśli, znać nadzieje i obawy ludzi, z którymi nigdy wcześniej nie miało się kontaktu. To wyższy poziom poznania, chociaż tylko chwilowego.
Zdarzają się również Przewoźnicy świadomi mojego istnienia. Takie osoby nazywane są w świecie medycyny schizofrenikami. Byty tego rodzaju słyszą mój głos, moje myśli, a także czują to co ja. Poza tym bez problemu się ze mną porozumiewają. Wygląda to tak, że w jednym umyśle znajdują się dwie osobowości, a ciało raz po raz poddaje się emocjom jednej, a innym razem drugiej strony. Można się poczuć jak doktor Jekyll i pan Hyde. Niektórzy schizofrenicy są silniejsi, inni bardziej bierni. Zawsze jednak istnieje możliwość na przynajmniej chwilowe przejęcie władzy nad ich ciałem. Osobiście nie lubię podróżować w ten sposób. Zdaję sobie sprawę z krzywdy, którą wyrządzam niewinnym osobom. Przecież w żaden sposób na to nie zasłużyli. Poza tym umysł schizofrenika bywa poniekąd pułapką świadomości. Wydostanie się z tego więzienia jest utrudnione, a raczej spowolnione. Tak jak Przewoźnikom wystarczy kilka sekund, aby pozbyć się intruza, tak schizofrenicy potrzebują do tego od kilku do kilkudziesięciu minut. Przekazywanie impulsów może być nieustanne lub poprzerywane.
Świadomość 23
W takich sytuacjach wybawieniem są masaże, skaleczenia i sporo szczęścia, by osoba po drugiej stronie miała coś z Przewoźnika. Szczęście przydaje się, ponieważ Przewoźników i Schizofreników jest mało. Większość osób nie ma żadnych zdolności, czy to transportowych, czy też możliwości porozumiewania się. Sprawia to, że podróżowanie pomiędzy jednym a drugim ciałem staje się często długotrwałe i męczące. Najdłuższa moja podróż trwała trzy miesiące i pięć dni. W tym czasie zwiedziłam wiele miejsc, a nawet krajów. Spotkałam także wielu ludzi, przez co często przypadkowi przechodnie wydają mi się nadzwyczaj znajomi.
Ostatnią grupą transporterów, bardzo specyficzną, są Dominanci. Tak jak u Schizofreników uciążliwy jest tylko czas wydostania się z ciała albo konieczność mieszczenia się z inną Świadomością na jednej przestrzeni, tak Dominanci mogą być niebezpieczni. Posiedli zdolność czerpania siły z „pasożyta”, wykorzystują informacje, doświadczenia i umiejętności przewożonych istot. Absorbują wszystko, co tylko może im się przydać. Potrafią zmęczyć, stłamsić intruza, mimo że sam człowiek nie ma pojęcia o jego istnieniu. Ich podświadomość wydaje się na tyle rozwinięta, że potrafi wykorzystać sytuację i uzyskać dostęp do wspomnień i uczyć się poprzez kopiowanie schematów. Dlatego też długi pobyt w umyśle takiej osoby skutkuje osłabieniem, czasami nawet wycieńczeniem. Może się to wydawać dość dziwne, przecież sam pasożyt nie wykazuje żadnej czynności, jednak same bodźce wewnętrzno-zewnętrzne mogą wycieńczyć o wiele bardziej niż własny wysiłek umysłowy. Dominanci pozbawiają energii do takiego stopnia, że rekonwalescencja trwa czasami kilka miesięcy. Fartem jest, kiedy bezpośrednio po pobycie u Dominanta trafiam do umysłu Biorcy, wtedy dochodzę do siebie najkrócej. O wiele gorszym scenariuszem okazuje się podróż z Przewoźnikiem bądź też Schizofrenikiem. Być może nie wykorzystują intruza, jednak zmuszają do przyjmowania bodźców i ewentualnej aktywności.
Rozdział II: Świadomość 24
Inną grupą ludzi, choć tak naprawdę nie jestem do końca pewna, czy mogę ich ludźmi nazywać, są Biorcy. To puste ciała, które zostały przez świadomość opuszczone. Nie do końca wiem, dlaczego się tak dzieje. Nie mam pojęcia, czy przedostała się ona do jednego z Przewoźników, czy może umarła. Wiem tylko, że ciało zostało z niej w jakiś sposób opróżnione całkowicie, nie pozostawiając nawet najmniejszej cząstki bytu. Najczęściej biorcami są osoby pozostające w śpiączce, która nie zawsze równoznaczna jest z brakiem świadomości. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że pustą skorupą okaże się pacjent będący w śpiączce przez dłuższy czas, na przykład kilka miesięcy bądź też lat, niż ten, który śpi kilka dni. Czasami zdarzają się również pewne blokady uniemożliwiające przedostanie się do umysłu człowieka będącego w śpiączce. Innym razem w ciałach tych zamieszkuje pewna leniwa świadomość, której wygodniej jest wegetować niż żyć. Wydaje mi się, że determinantą jest brak motywacji do życia, ale to tylko moje subiektywne przypuszczenia.
Jestem jeszcze ja – Świadomość, bo inaczej nie umiem siebie nazwać. Jestem wolnym bytem przepływającym pomiędzy jednym ciałem a drugim. Istotą, która nie ma możliwości kontroli przemieszczania się między kolejnymi jednostkami. Jestem bytem, który poddaje się nieznanej zewnętrznej sile, nie mając ani bezpośredniego, ani nawet pośredniego wpływu na to, co się z nim dzieje. Próbowałam wiele razy przejąć kontrolę nad tym procederem, jednak wszystkie moje próby spaliły na panewce. Poddałam się. Już sam proces ponownego umierania, transportowania i przejmowania władzy nad następnym ciałem jest wykańczający. Po co jeszcze bardziej utrudniać? Zastanawia mnie tylko to, czy oprócz mnie istnieją inne wolne świadomości błąkające się między jednym a drugim ciałem w poszukiwaniu Biorcy. Nigdy żadnej innej nie spotkałam, jednak sam fakt bycia jedną z nich sprawia, że aż chce się wierzyć w istnie
Świadomość 25
nie wolnych bytów. Poza tym, podróżując wraz ze Schizofrenikiem, mam wrażenie, że oprócz mnie mogą tam być jeszcze inne „głosy”.
Czy to się kiedyś skończy? Nie wiem. Czekam na ten dzień z utęsknieniem. Wiele razy próbowałam się zabić. Samobójstwo popełniałam na różne sposoby. Wciąż jednak zamiast zakończyć swoje życie, trafiam do kolejnego Przewoźnika, następnego Biorcy. Czy to jakiś rodzaj nieśmiertelności? Poniekąd… Tylko ja o tę nieśmiertelność nie prosiłam…
Rozdział III
Anna Dobrzycka
Dziś, osiemnastego stycznia dwa tysiące piętnastego roku, znów jestem kobietą. To dla mnie wyjątkowy dzień. Mija właśnie sto lat od śmierci Barbary – dziewczyny, której życie pamiętam teraz jak przez mgłę. Mimo upływu czasu nadal przeżywam wydarzenia tamtego dnia, kiedy to po raz pierwszy doświadczyłam niemożliwego. Co roku osiemnasty dzień stycznia skłania mnie do refleksji nad tym, jak przeżyłam ostatni wiek. Czy dobrze wykorzystałam czas, który ofiarował mi los? Z drugiej strony zastanawiam się, jak mogłabym żyć, gdyby to wszystko nie miało miejsca. Jak wyglądałby mój świat? Czy zginęłabym na wojnie od pierwszej lepszej kuli wystrzelonej w moim kierunku? Czy może dożyłabym starości razem z moim Kazikiem? Prawdopodobnie założyłabym rodzinę, doczekałabym się dzieci, a później wnuków. Czy umarłabym szczęśliwa? Chciałabym w to wierzyć…
Obecne ciało zamieszkuję od trzech lat. Podchodzę do niego bardzo sentymentalnie, ponieważ jest niesamowicie podobne do ciała Barbary. Znów widzę w lustrze drobną, niską szatynkę o niebieskich oczach. Moje ciało liczy sobie dwadzieścia pięć lat. Nazywam się Anna Dobrzycka, skończyłam studia na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Od dwóch lat pracuję w prywatnej firmie, zajmuję się promocją i marketingiem. Po ostatnim pięćdziesięcioleciu spędzonym w ciele mężczyzny miło znowu poczuć się kobietą, poniekąd odzyskać to, co dawno temu utraciłam.
Świadomość 27
Mimo wszystko jest to uczucie dość dziwne. Przejmując czyjeś ciało, władam nie tylko jego rękami czy nogami, ale każda kolejna powłoka to także nowy mózg i inny rodzaj funkcjonowania. Wiele do powiedzenia mają również wydzielane przez ciało hormony. Za każdym razem jestem więc bogatsza o nową perspektywę świata i ludzi mnie otaczających, a im więcej czasu spędzam w jednym ciele, tym bardziej czuję się jego właścicielem. Dlatego też muszę przyznać, że pod koniec życia Michała Kowalskiego myślałam i czułam się jak prawdziwy facet.
Dzięki Ani mogłam powrócić do dawnych czasów. Dawała mi ona możliwość dokończenia życia, które wcześniej mi zabrano. Czułam się świetnie w tym ciele, tak jakbym po długiej i męczącej podróży wróciła do domu. Niestety nikt tam na mnie nie czekał. Dawno pożegnałam wszystkich bliskich i znajomych z mojego pierwszego życia. Dlatego też Ania pozostawała czystą kartką, którą z czasem starałam się zapełnić. Sama Dobrzycka nie miała rodziców ani innej bliższej rodziny. Być może zabrzmi to dziwnie albo niepokojąco, ale gdy się o tym dowiedziałam, poczułam ogromną ulgę. Dlaczego? Kiedy zajmuję ciało kogoś, kto wcześniej żył, zawierał związki, miał znajomych i przyjaciół, trudno wszystkich zadowolić. Wiem, że to nie są moi bliscy, oni natomiast cały czas są mną rozczarowani. Dlatego też uważam, że im mniej osób bliskich miała moja obecna skorupa, tym lepiej. Zmniejsza się wtedy ból zadany zarówno im, jak i mnie. W innych życiach zdarzały mi się przypadki, kiedy ciało, które zamieszkiwałam, miało wcześniej tak wielu członków rodziny i znajomych, że tłamsili mnie swoją obecnością. Próbowali narzucić mi myśli, nawyki i upodobania. Chcąc się od nich uwolnić, zmieniałam pracę, miasto, zaczynałam po raz kolejny od nowa.
Ania co prawda nie miała rodziny, ale była zaręczona z Maciejem. Po czasie przyznaję, że to dobry chłopak. Czekał kilka miesięcy, aż Ania odzyska przytomność. Współczułam mu, kiedy konsekwentnie łamałam jego już i tak obolałe serce. To nie tak, że
Rozdział III: Anna Dobrzycka 28
nie dałam mu szansy, wręcz przeciwnie. Po raz pierwszy od wielu lat postanowiłam spróbować związać się z kimś tak na poważnie. Prawdopodobnie przez sentyment do ciała. Często spotykaliśmy się z Maciejem. Mieliśmy podobne zainteresowania, więc o niekończącą się rozmowę nie było trudno. Poza tym pociągał mnie fizycznie. Odznaczał się szczupłą sylwetką i wysokim wzrostem. Jego zielone oczy cudownie lśniły za każdym razem, kiedy na mnie patrzył. To jednak nie wystarczyło. Maciek chciał odzyskać dawną Anię, a ja mogłam zaproponować mu tylko siebie. Po kilku miesiącach prób i przepychanek zdecydowaliśmy się na rozstanie. Po raz pierwszy od wielu lat to ja dostałam kosza.
Podczas randek z Maciejem, a także po rozstaniu z nim pomagała mi jedyna osoba, którą Ania dobrze znała – jej przyjaciółka Julia Emocek. Wsparcie tej dziewczyny okazało się nieocenione, tym bardziej że do tej pory przyzwyczaiłam się do samotności. Julia studiowała kiedyś z Dobrzycką, miały ze sobą świetny kontakt. Po wyjściu ze śpiączki przychodziła do mnie codziennie. Próbowałam się jej pozbyć. Zachowywałam się opryskliwie i wrednie, jednak z jakiegoś powodu zawsze wracała. Poza tym jest jedną z nielicznych osób, które nie porównują mnie z pierwowzorem, a raczej akceptują taką, jaka jestem tu i teraz. Obecnie pracujemy biurko w biurko. To ona poleciła mi tę pracę. Muszę przyznać, że jestem z niej zadowolona, mimo że na studiach spędziłam tylko dwa lata i moja wiedza nie jest ostatecznie usystematyzowana. Julia pozostaje w długoletnim związku z Kamilem, którego nie cierpię. Co prawda pozornie wydaje się zabawny i wyluzowany, jednak ja wiem, że pod tą maską kryje się niezły cwaniaczek, który często wykorzystuje dobroć mojej przyjaciółki. Julia nieraz przez niego płakała. Zawsze jednak jakimś sposobem udaje mu się przekonać ją do powrotu. Czasami mam wrażenie, że nadal spotykają się ze sobą tylko dlatego, że Emocek nie potrafi być sama. A może tylko mi się wydaje?
Świadomość 29
Po dokładnie stu latach egzystencji i jednym bolesnym koszu od mężczyzny, którego tak naprawdę nie kochałam, doszłam do wniosku, że nie chcę dłużej być samotna. Pragnę znów kochać i być kochana, zacząć żyć chwilą, nie patrząc w przyszłość, przestać odliczać do następnej zmiany ciała, po prostu żyć, a nie wegetować jak do tej pory. Niestety dzisiejszy świat jest zupełnie inny niż ten, w którym żyłam jako Barbara. Czas biegnie szybciej, bardziej dynamicznie, tak jakby przelatywał mi przez palce. Dzień podobny jest do dnia, tydzień do tygodnia, i bardzo łatwo zatracić siebie i swoje wartości. Ludzie przykładają większą wartość do tego, co się ma, niż do tego, jakim się jest. Wartości moralne zeszły na drugi plan, ludzie są płytsi, bardziej zachłanni i zdegenerowani. Czasami zastanawiam się, czy świat oszalał, czy to po prostu ja zostałam źle wychowana i nie nadaję się do tych czasów? Tym trudniejsze do wykonania staje się zadanie, które przed sobą postawiłam – wyburzenie choć w części murów, które przez lata sukcesywnie wokół siebie stawiałam.
Do tej pory zdążyłam już trochę się otworzyć. Pierwszy mur w gruz obrócił właśnie narzeczony Ani. Sama próba poznania tego mężczyzny kosztowała mnie wiele pracy nad sobą. Musiałam przecież pozwolić Maciejowi, aby choć trochę poznał prawdziwą mnie. A kim ja obecnie jestem? Od dawna nie czuję się Barbarą, a już tym bardziej żadną z osób, których ciała zajmowałam do tej pory. Tak naprawdę nie jestem również Anią, a przynajmniej nie tą, w której zakochał się Maciej. Chyba najbardziej bliską prawdy jest definicja mnie jako zlepku różnych cech, emocji i uczuć, na które pewien wpływ mają hormony wydzielane przez aktualne ciało. Zauważyłam, że jedyną stałą rzeczą w moim dziwnym i burzliwym życiu są wartości, którymi się kieruję. To właśnie one definiują mnie jako byt. Cała reszta jest zmienna. I tak jako Anna Dobrzycka uwielbiałam lody czekoladowe, których nienawidziłam, będąc Barbarą. Maciej widział we mnie kilka cech Ani. Wiedział, jakiej muzyki słuchała, jakie
Rozdział III: Anna Dobrzycka 30
filmy lubiła, ale przeszkadzał mu mój pogląd na świat, zupełnie inny niż beztroskiej i spontanicznej Ani. Właśnie dlatego przestaliśmy się widywać. Pojawiły się zgrzyty, wypominanie, porównywanie z pierwowzorem, a ja wiedziałam dokładnie, że nie mogę być tą osobą, której ode mnie oczekuje.
Następny mur zburzyła Julia. Pamiętam, że to ją pierwszą zobaczyłam w szpitalu.
– …nawet nie wiesz, jak trudno mi uczyć się bez ciebie tych wszystkich bzdur… „przyjęcie utylitarystycznej funkcji dobrobytu społecznego stwarza egalitarystyczne implikacje”, co to w ogóle ma być? Nie rozumiem z tego ani słowa! W takich chwilach to ci nawet zazdroszczę… – Usłyszałam sarkastyczne słowa wysokiej ciemnej blondynki siedzącej na starym drewnianym krześle tuż obok mnie. Nogi oparte miała o ramę mojego łóżka, a w ręce trzymała książkę Nicola Acocella do polityki gospodarczej.
– Chyba nie ma czego… – wyszeptałam.
Julia aż podskoczyła na te słowa. Upewniła się, czy przypadkiem nic jej się nie uroiło. Zadawała mi pytania, sprawdzała, czy odpowiednio reaguję, i po chwili wybiegła, prawie potykając się o krzesło, na którym chwilę wcześniej siedziała. Zostałam sama w białym pomieszczeniu, otoczona szpitalnym sprzętem. Nie upłynęło jednak dużo czasu, zanim sala zapełniła się ludźmi. Najpierw w drzwiach pojawił się jeden lekarz – około czterdziestki, niski, krępy, trochę gburowaty. Zaraz za nim przybiegły dwie pielęgniarki w podobnym wieku, brunetka i blondynka. Po chwili do całej załogi dołączyła lekarka – najstarsza z całej czwórki. Później dowiedziałam się, że zajmuje stanowisko ordynatora. Rozpoczęła się standardowa procedura. Najpierw dowiedzieli się, że „nic nie pamiętam”, w końcu tak było łatwiej, później przebadali mnie pod każdym kątem – fizycznym i psychicznym. Przez pierwszy tydzień żaden dzień nie obszedł się bez badania, więc nieustannie wędrowałam z sali do sali, poznając większość
Świadomość 31
pomieszczeń na oddziale, na którym leżałam. Ponieważ mózg nie został uszkodzony, lekarze nie doszukali się przyczyny mojej amnezji. Wypisano mnie po kilkunastu dniach, zalecając, bym zgłosiła się do psychologa lub psychiatry. Dostałam również skierowanie na rehabilitację.
Jak już wspomniałam wcześniej, Julia przychodziła do mnie codziennie. W sumie to nawet zanim odważyłam się otworzyć oczy, często słyszałam jej głos. Emocek opowiadała mi o swojej pracy, o życiu, pytała mnie o szpital, komentowała jedzenie, martwiła się o to, jak się czuję. Ani razu jednak nie zapytała, czy coś sobie przypomniałam. Było to dla mnie bardzo dziwne i nowe. Wszyscy wcześniejsi bliscy i znajomi w końcu się łamali i próbowali wydobyć ze mnie osobę, której ciało przejęłam. Julia postępowała zupełnie inaczej. Była przy mnie podczas pobytu w szpitalu i później, kiedy wróciłam już do domu Ani. Nie zraziła się nawet moim gburowatym zachowaniem, wszystkimi murami, które wzniosłam wokół siebie. Jeszcze raz, a przynajmniej dla niej, opowiadała mi swoje życie i naprawdę ze mną rozmawiała, nie zakładając niczego. Czułam się przy niej nadzwyczaj bezpiecznie. I co? I w końcu się poddałam. Myślę, że dzisiaj mamy bardzo dobry kontakt. Spędzam z nią sporo czasu, a przynajmniej najwięcej spośród wszystkich osób, które spotkałam, będąc w różnych ciałach, oczywiście poza ciałem Barbary.
Julia pochodzi z małej miejscowości niedaleko Poznania. Jej rodzice nadal tam mieszkają. Ma dwójkę rodzeństwa – starszego brata i młodszą siostrę, z którymi utrzymuje dobry kontakt. Kiedyś nawet próbowała mnie zeswatać ze swoim bratem, ale mimo szczerych chęci jej się nie udało. Ta dziewczyna jest oazą dobra i ciepła rodzinnego, uwielbia się uczyć nowych języków i tańczyć, więc nie zajęło jej dużo czasu, zanim wyciągnęła mnie na zumbę i hiszpański. Poza tym czyta miliony książek, których tytułów nie jestem w stanie spamiętać.
Rozdział III: Anna Dobrzycka 32
Przejmując ciało Ani, przejęłam również jej mieszkanie. To niewielka kawalerka w starej kamienicy, która nieustannie się sypie. Być może już dawno wyprowadziłabym się do innego mieszkania, ale wygodnie mieszkać w centrum. To właśnie dla tej lokalizacji przemogłam się w sobie i zostałam tam razem ze wszystkimi rzeczami swojej poprzedniczki. Dopiero po czasie i kilku drobnych zmianach poczułam się tam jak u siebie.