SPIS TREŚCI
Prolog .......................................................................................7
Rozdział I.................................................................................15
Rozdział II................................................................................27
Rozdział III...............................................................................41
Rozdział IV ..............................................................................55
Rozdział V ...............................................................................75
Rozdział VI ............................................................................105
Rozdział VII ...........................................................................119
Rozdział VIII ..........................................................................139
Rozdział IX.............................................................................167
Rozdział X..............................................................................179
Rozdział XI.............................................................................211
Rozdział XII............................................................................235
Rozdział XIII...........................................................................259
Rozdział XIV ..........................................................................291
Rozdział XV ...........................................................................311
Słowniczek najważniejszych pojęć........................................339
PROLOG
Wiele lat temu w odległych zakątkach wszechświata istniała galaktyka, której mieszkańcy wiedli spokojne życie. Ich samoświadomość była tak rozwinięta, że nie toczyli ze sobą wojen, tylko współpracowali na każdym kroku, budując potężne cywilizacje. Gwiazdozbiór nie należał do największych.
Pierwsza z nich – Loouth – była zagrożona przez „słońce”. Trajektoria, po której je okrążała, znajdowała się blisko gorącego ciała niebieskiego. Warunki, jakie panowały na Loouth, nie sprzyjały rozwijaniu się życia. Była to jedyna taka planeta w galaktyce CrySkyline. Druga z kolei, mimo że również nie była zbytnio oddalona od centralnej gwiazdy, stwarzała wielu istotom doskonałe warunki do rozwoju.
Baaren była jedną z najbardziej zaludnionych planet w galaktyce. Jej gorący klimat przyciągał wiele gatunków, które przybywały jedynie na chwilę, ale osiedlały się na długi czas.
Następną w kolejności była planeta Bardam Zan, co w języku mongolskim znaczy duma. Klimat oraz atmosfera stwarzały idealne warunki do egzystencji. Większość jej terenów zamieszkiwała dumna rasa Werrissian.
Kolejna planeta była niczym cień Bardam Zan. Tajemnicze ciało niebieskie okrążało niemalże w takim samym czasie centralną gwiazdę CrySkyline co planeta Werrissian. Skaduwee (z afrykanerskiego cień) zamieszkiwały różne dzikie bestie, które wzbudzały strach samym wyglądem. Mimo że były niebezpieczne, żyły w harmonii z innymi mieszkańcami tej mrocznej planety. Cywilizowane
D.E.A.T.H.7
istoty budowały tam metropolie, wkomponowując architekturę w krajobraz, przez co czasami trudno było znaleźć ich budynki.
Piątym ciałem niebieskim, które krążyło w galaktyce CrySkyline, było Leutrox. Leutrox i Skaduwee dzieliła spora odległość, niemal tak duża jak odległość Skaduwee od „słońca”. Nad niemal całym Leutrox unosiła się gęsta mgła, ale mimo to klimat był tam najbardziej zróżnicowany w całej galaktyce. Wyraźne pory roku występowały w prawie każdym zakątku, a powierzchnię planety pokrywały majestatyczne krajobrazy. Widoki zapierały dech w piersiach.
Niestety z powodu bardzo szybko rozwijającej się cywilizacji planeta była w niektórych rejonach mocno zanieczyszczona. Mimo ciągłej walki ze skażeniem nie udawało się go wyeliminować i spotkać można tu było często równie niezwykłe, co niebezpieczne jeziora żrących kwasów lub gejzery wyziewające śmiertelnie trujące gazy. Przyzwyczajeni mieszkańcy planety nie uznawali tego za problem i najbardziej cierpiała na tym sama planeta oraz przybysze z innych zakątków wszechświata. Tamtejsze stworzenia miały bardzo rozwiniętą inteligencję, były jednak z natury nieufne. Wspierały siebie nawzajem, ale mieszkańcy innych planet nie mogli liczyć na to samo.
Przedostatnią planetą, oddzieloną pasem asteroid od pozostałych ciał niebieskich, była Zhekha Kyre. Jej atmosfera również była bardzo gęsta, ale tu przez gorący klimat ciężko było w ogóle oddychać. Planeta może nie była zbyt przyjazna – również jeśli chodzi o przyrodę – jej mieszkańcy za to wręcz przeciwnie. Mimo że krążyła po większej orbicie niż Leutrox, rok na niej trwał krócej. Przez to grawitacja była tu silniejsza niż na innych planetach.
Na samym końcu układu planetarnego znajdowała się nieduża planeta niemal w całości skuta lodem. Promienie z centralnej gwiazdy słabo ją ogrzewały, przez co panował tam mroźny klimat. Mieszkańcy byli bardzo przyjaźni i otwarci na przybyszów. Bardzo
Prolog8
często współpracowali z Werrissianami, wspólnie zgłębiając tajemnice kosmosu. Byli jednak sceptycznie nastawieni do ekspedycji, jaką tamci planowali.
Ostatnia planeta nosiła nazwę Xiv, co po prostu oznacza czternaście w języku rzymskim. Była to liczba słynących ze śmiertelnych pułapek natury miejsc, z których jeszcze nikt nie wrócił żywy. Cudownie wyglądające dzieła sztuki, rzeźbione zimnym wiatrem i lodem, przynosiły chłodną śmierć bez względu na to, jak wytrzymały był gatunek. Niezwykle utalentowani astronomowie z dumnej rasy Werrissian dokonali niezwykłego odkrycia. Tak im się przynajmniej wydawało. Całkiem niedaleko CrySkyline tworzyła się nowa galaktyka, która została nazwana na ich cześć Galaktyką Werrissian. Emocje sięgnęły zenitu, gdy po wielu badaniach z wykorzystaniem zaawansowanych technologicznie teleskopów udało się odkryć, że prawdopodobnie istnieje tam już życie. Postanowiono wysłać ekspedycję w celu potwierdzenia tej teorii. Wspierani przez mieszkańców Xiv Werrissianie skompletowali niezbędny sprzęt i wyliczyli dokładnie czas trwania misji. Jednak nie każdy był do wyprawy tak pozytywnie nastawiony jak mieszkańcy Bardam Zan. Leutrox oraz Skaduwee ostrzegały, że to nie jest dobry pomysł. Proponowały nawet, żeby wysłać najpierw bezzałogowe statki badawcze. Nie udało im się jednak przekonać dumnych odkrywców. W końcu ekspedycja doszła do skutku. Trzy pojazdy kosmiczne wyposażone w wysokiej klasy sprzęt badawczy opuściły galaktykę CrySkyline, kierując się w stronę nowej mgławicy. Regularne raporty napawały coraz większą radością i dumą Werrissian pilotujących wyprawę z centrum dowodzenia na Bardam Zan. W końcu pojazdy dotarły w pobliże jednej z planet nowego układu. Odtąd raporty zaczęły docierać coraz rzadziej, aż w pewnym momencie ekspedycja zamilkła. Tłumaczono to 10 D.E.A.T.H. chwilowymi problemami z połączeniem z odległymi stronami, ale cisza niepokojąco się przedłużała. Po kolejnych miesiącach bez odzewu i choćby śladów na radarach świadczących o powrocie naukowców zaczęto się niepokoić. Porozumiawszy się z mieszkańcami planety CrySkyline, Werrissianie zwrócili się o pomoc do mędrców z Leutrox. Rozwiązanie, jakie tamci zaproponowali, nie napawało radością ani optymizmem. Wręcz przeciwnie. Podjęto jednak decyzję o misji ratunkowej. Zamiast sprzętu badawczego na pokładach miała się teraz znaleźć broń laserowa. Przygotowania szły sprawnie, jednak nie zdążono ich ukończyć. Pewnego dnia w okolicach szóstej planety pojawił się niezidentyfikowany pojazd, który raczej nie pochodził z tej galaktyki. Mieszkańcy Zhekha Kyre próbowali nawiązać z nim kontakt, ale bezskutecznie. Statek na krótką chwilę zniknął im z oczu, po czym znów pojawił się na orbicie i wszedł w atmosferę planety. Przemierzał prerie, mijając mniejsze miasta. Ich mieszkańcy byli bardzo zaniepokojeni. Obawy nie były bezpodstawne. Tajemniczy pojazd wykonał gwałtowny manewr, zmienił kurs i ostro przyspieszył, kierując się w stronę jednego z większych miast na planecie. Prędkość statku zwiększała się z każdym kilometrem. Niebezpiecznie zbliżał się do zabudowań, a przerażeni mieszkańcy musieli usuwać mu się z drogi, żeby ich nie staranował. Po kilku kilometrach testowania prędkości i reakcji istot w końcu na drodze przybyszów stanęło kilka pojazdów służb porządkowych. Statek zwolnił, po czym zatrzymał się tuż przed szeryfami. Kolejna próba nawiązania kontaktu też się nie powiodła. Goście nie chcieli się w ogóle odezwać. Dali jednak odpowiedź na zadawane pytania. Z dział umiejscowionych tuż przy kadłubie wydobył się ogień, który zniszczył jeden z pojazdów służb porządkowych, po czym, nie przerywając ataku, statek zimpetem ruszył przed siebie. Ogień zostawiał ciemną smugę, nad miastem unosił się siwy Prolog 11 i gęsty dym. Pościg za agresorami spełzł na niczym. Rajd przez środek miasta przyniósł zniszczenie i śmierć wielu przypadkowych istot. Po krwawej zabawie, jaką sobie urządzili, obcy wzbili się gwałtownie w górę i skierowali się na orbitę. Tuż po jej przekroczeniu zniknęli, osiągając prędkość nadświetlną. Smutek i żal – zmieszane ze strachem i ciszą – rozniosły niepokojące wieści po całej galaktyce. Nikt już nie myślał o kolejnej misji naukowej. Przygotowywano się do akcji ratunkowej – takiej z pełnym uzbrojeniem. Werrissianie mieli w swojej flocie pojazdy, które błyskawicznie przemieszczały się pomiędzy planetami, a kilka potężnych strzałów zich dział pozwalało zniszczyć ogromne okręty międzygalaktyczne. Wyścig zbrojeń trwał w najlepsze. Na każdej z siedmiu planet mieszkańcy gorączkowo przygotowywali się na najgorsze. Nagle w okolicach trzeciej planety, domu Werrissian, pojawiły się znajome statki. Chwilowa radość z powrotu naukowców szybko przerodziła się w szok i przerażenie. Pojazdy były nie tylko bardziej masywne niż wcześniej, ale również opancerzone i uzbrojone. Okazało się, że mieszkańcy pobliskiego układu planetarnego wykorzystali sprzęt badawczy Werrissian, by do nich trafić. Trzy krążowniki zatoczyły koło nad ogromną metropolią, po czym, zniżywszy lot, pomknęły między zabudowaniami. Mieszkańcy przyglądali się przelatującym pojazdom niczego nieświadomi. Wszystkie jednostki służb porządkowych postawiono w stan gotowości. Trzy krążowniki leciały prosto na bazę wojskową… Nieprzerwany strumień pocisków dziurawił mury budynków, wysadzając w powietrze magazyny z bronią, militarne pojazdy i biurowce. Kontratak okazał się nieskuteczny. Wróg był tak dobrze wyposażony, że Werrissianie nie mogli sobie z nim poradzić. W pośpiechu zaczęli szukać pomocy. Na Leutrox nie mogli liczyć. Ta mało przyjazna planeta była swego rodzaju neutralnym państwem w tej części wszechświata. Mieszkańcy nie byli członkami żadnej organizacji, nie 12 D.E.A.T.H. brali udziału w bitwach ani wojnach, nie reagowali na problemy innych. Planeta ztropikalnym klimatem zmagała się z podobnymi trudnościami. Tam jednak nie było znajomych wszystkim pojazdów z Bardam Zan – pojawiły się same obce jednostki. Podobieństwo polegało jedynie na tam, że przybysze również i tam masakrowali oddziały militarne. Atak na Zhekha Kyre był znikomy. Obcy przylecieli, pokręcili się trochę i tyle ich widziano. Najprawdopodobniej nie spodobała im się planeta i stwierdzili, że nie ma na niej czego szukać. A mogliby się mocno zdziwić. Strach we wszystkich budziło jednak to, że nawet niebezpieczna planeta, pełna śmiertelnych pułapek, została zaatakowana. Kilka nieprzyjaznych statków poległo w starciu z naturą, ale pozostałe spustoszyły niemalże całą mroźną Xiv. Krucjata trwała długo i wydawało się, że rzeź nie będzie miała końca. Z oddali przyglądało się temu dwóch tajemniczych osobników. Sygnały nadajników i teleskopów zdawały się wskazywać, że znajdują się w okolicach Galaktyki Werrissian. Po chwili obserwacji postanowili przerwać tę krwawą jatkę. Mieli na pokładzie ogromnej stacji kosmicznej broń, jakiej nie znał żaden gatunek CrySkyline. Potężne działo, wyglądające jak gigantyczny silnik odrzutowy, mogło unicestwiać całe planety. Kalibracja takiej broni trwała jednak dosyć długo, a w tym czasie napastnicy plądrowali cztery planety naraz. Czas uciekał, ale w końcu dwaj śmiałkowie poradzili sobie z aparaturą i podjęli odważną decyzję. Chcieli wysadzić jeden z księżyców Bardam Zan, na którym stacjonował generał wszystkich flot nieprzyjaciela. Naturalny satelita był na tyle blisko planety, że stał się idealnym punktem obserwacyjnym dla dowódcy. Bezwzględny wojskowy prowadził stamtąd najstraszniejszą rzeź w historii istnienia galaktyki. Intencje, pomysł i plan mieli dobre. Brakowało im jednak doświadczenia i nie przewidzieli skutków wystrzału z tak potężnej broni. A to, co się wydarzyło, miało nieodwracalne konsekwencje. Prolog 13 Laserowy strumień wystrzelił z oślepiającym błyskiem, po czym zapadła cisza. Cisza, która w przerażający sposób poniosła się echem po wszechświecie. Zbyt mocna siła strumienia i błędna kalibracja sprawiły, że atak nie trafił do celu. Oślepiający promień nie trafił w księżyc, a w planetę. Potężna eksplozja rozniosła mikroskopijne kawałki Bardam Zan oraz ciał jej mieszkańców po całej galaktyce. Wybuch był tak silny, że fala uderzeniowa wyrzuciła z orbit nawet sąsiednie planety. Skaduwee zniknęło niemalże natychmiast. Z połowy zmasakrowanej Baaren pędziły z prędkością światła spore odłamki, które – niczym komety – bombardowały gorącą Loouth. Po dumnej rasie nie pozostał ślad. Skutki wybuchu odczuło nawet Leutrox, które znajdowało się w pobliżu Zhekha Kyre. Wytrącona z orbity neutralna planeta otarła się o sąsiednią, również wybijając ją z trajektorii. Kręcąc się zbyt szybko wokół własnych osi oraz zwiększając grawitację, zniszczyły swoje atmosfery i krajobrazy. Znajdowały się teraz niebezpiecznie blisko Galaktyki Werrissian. Pierwsze dwie gorące planety wylądowały z potężną siłą w jej „słońcu”. W wyniku uderzenia wystrzeliły śmiercionośne promienie świetlne w kierunku pozostałych ciał niebieskich. Leutrox nie ucierpiało, ponieważ zasłonięte było przez Zhekha Kyre. Duszna planeta straciła większą część swojej gęstej atmosfery. Obie jednak były na tyle daleko, że ostrzał z centrum galaktyki ich niemalże nie dosięgnął. „Słońce” zmieniło się w tykającą bombę, która z czasem zaczęła się wypalać. Dwie prawie niezniszczone planety zostały wchłonięte do Galaktyki Werrissian. Gorącą planetą ze zniszczoną atmosferą zainteresowali się tajemniczy intruzi, którzy z czasem wybili wszystkich jej mieszkańców. Zastąpiły ich roboty i cyborgi. Mroźnej i niebezpiecznej planety, która – pozbawiona swojej orbity – zniknęła, nikt nie potrafił odnaleźć. Kosmos wchłonął ją w swe mroczne głębiny. 14 D.E.A.T.H. Po wielu latach od tragedii o CrySkyline zaczęły krążyć legendy, przekazywane z ust do ust przez najstarszych mieszkańców Leutrox oraz garstkę ocalałych rodowitych mieszkańców Zhekha Kyre. Żadna z planet nie przyznała się do użycia śmiercionośnego lasera na zniszczonej stacji kosmicznej. Sprawcy w tajemniczych okolicznościach rozpłynęli się w powietrzu, a miejsce zbrodni zniszczyli. Galaktyka Werrissian powiększyła się o dwie planety, natomiast po CrySkyline zostały tylko krwawe wspomnienia. Życie rozwijało się na nowych terytoriach. ROZDZIAŁ I Nie przypominał kruszców, które wszyscy znamy. To nie był diament, szafir, szmaragd ani żaden inny kamień szlachetny o wielkiej wartości. Wyglądał jak ciemne przezroczyste szkło, mienił się czarną barwą, a w środku znajdowały się jakby drobinki kurzu, które cały czas się poruszały, co przypominało miniaturową galaktykę. Kamień wyglądał niecodziennie i nadzwyczajnie. Szczęśliwy znalazca w pierwszej kolejności zastanowił się, ile może być wart. Wyglądał okazale, mimo że był trochę brudny od piasku, mieścił się w dłoni i miał bardzo ciekawy kształt. Nowy właściciel obracał go w palcach w tę i we w tę, uważnie mu się przyglądając. Było w nim coś dziwnego, co napawało znalazcę zarazem niepewnością i pożądaniem. Gość z ciemną czupryną, w czarnym stroju, chuście na szyi i opasce na głowie przyglądał się znalezionemu przedmiotowi przez ciemne okulary. Pierwszym uczuciem, jakiego doznał po jego wykopaniu spod zwyczajnych kamieni i piasku, była pustka. Bezmyślnie wziął go do ręki i zaczął mu się przypatrywać. Ogarnął go strach, nie docierało do niego nic z otoczenia, tak jakby nic poza tym kryształem nie istniało. Kamień wyglądał jak część czegoś większego. Ostre kanty świadczyły o tym, że jest to tylko kawałek całości, i to znacznie mniejszy niż reszta. A może tak się tylko wydawało? Po dłuższej chwili wojownika naszła myśl, że gdzieś jest tego więcej. Czy faktycznie ten kamień oderwał się od jakiegoś dużego kryształu, czy może wszystkie były tak małe? Czy w miejscu, gdzie go znalazł, są całe złoża? 16 D.E.A.T.H. Zadumę przerwał na widok szkarłatnych kropel na kamieniach obok swojego lewego buta. Na ułamek sekundy oderwał wzrok od znaleziska i dostrzegł, że w „słońcu” mieni się krew, jego krew. Dopiero teraz zauważył, że skaleczył się o krawędzie kryształu. Kanty musiały być bardzo ostre, bo rozcięły rękawice, których nie ściągnął, schylając się po niego. Krew ciekła z rany i spływała po materiale, a potem kapała na ziemię. Wziął przedmiot do drugiej ręki i z zaciekawieniem obejrzał w słońcu rozciętą dłoń. Patrzył z uwagą, jak krew płynie po wnętrzu dłoni w stronę nadgarstka. Surowy wiatr wysokich gór i kanionów, które przypominały kamieniołomy w górach skalistych, gwizdał mocno w uszach mężczyzny. Mimo ciepła niebo było zachmurzone, a wiatr przesuwał chmury w szybkim tempie, więc „słońce” to zachodziło, to znów rozbłyskiwało promieniami rozbijającymi się o skały. Była wczesna wiosna. Roślinność budziła się do życia po zimowym śnie, a po białym puchu nie było już śladu. Drzewa i krzewy zazieleniły się i krajobraz budził podziw. Świeże górskie powietrze rozchodziło się w nozdrzach. Pomimo tak bujnej roślinności i tętniących życiem lasów trudno było teraz znaleźć jakiekolwiek zwierzęta poza sokołami i orłami, krążącymi wysoko nad głową i znikającymi gdzieś w oddali. Najprawdopodobniej ze względu na porę roku, bowiem temperatura była jeszcze za niska dla większości zwierząt, choć odpowiednia dla trenujących tu wojowników. – Rusz dupsko! – Echo poniosło głos innego mężczyzny, stojącego niżej na kamiennej ścieżce. Oddalony o jakieś trzysta metrów towarzysz krzyczał, spoglądając na zamyślonego wojownika. – Edraa! Edraa wstał szybko, schował znaleziony przedmiot do kieszeni i skierował głowę w kierunku kolegi. – Coś zrobił? – zapytał tamten, podchodząc powoli. Jego głos znów poniosło echo. – Pierdolone kamienie – mruknął cicho Edraa, po czym wrzasnął do tamtego: – Idę! Rozdział I 17 Obaj byli wojownikami ninja należącymi do małej, pięcioosobowej grupy samurajów, których władcy różnych rejonów zatrudniali jako tajnych agentów albo morderców. Cała piątka spędzała czas głównie na trenowaniu i doskonaleniu swoich umiejętności, a gdy nie mieli zleceń, ruszali na dalekie wyprawy, zazwyczaj pieszo. Tego dnia wszyscy ćwiczyli manewry w terenie. Skradali się i przemieszczali bezszelestnie. Edraa, jeden z najszybszych wojowników w grupie, dostrzegł w pewnym momencie coś błyszczącego w pobliskich zaroślach. Udając, że jest zmęczony i chce zawiązać buta, przykucnął obok i przyjrzał się świecidełku. Mieniło się w blasku centralnej gwiazdy – Sodraax, ale gdy to schowało się za chmurą, kamień nadal błyszczał. W pierwszej chwili Edraa pomyślał, że to może złudzenie optyczne, ale stwierdził, że lepiej to sprawdzić. Uznał, że było to coś cennego i nadzwyczajnego. Nie mylił się. Nie był jeszcze świadom tego, co znalazł, wiedział natomiast, że największą głupotą byłoby się tym pochwalić reszcie grupy. – Chyba coś zgubiłeś – powiedział Grikdaa, wskazując na miecze w pokrowcach i pasach leżące w miejscu, gdzie wcześniej kucał wysoki samuraj z opaską na głowie. – Nikt ich nie weźmie prócz ciebie, więc rusz dupsko, nie mamy czasu – warknął rozkazująco. Grikdaa był starszy od Edry i dowodził całą grupą. Samuraj o atletycznej budowie również miał na sobie czarny strój, na szyi jednak nie nosił chusty, a czarny komin służący do zasłaniania twarzy, gdy sytuacja tego wymagała. Na głowie miał czarną czapkę, którą mógł naciągnąć na oczy. Był niewiele niższy od Edry, ale silniejszy, i nie spodobało mu się to, w jaki sposób kolega popatrzył na niego, gdy kazał mu się pospieszyć. Zwykle bywał trochę ponury i rzadko się uśmiechał, ale tym razem nie było to to samo spojrzenie co zawsze. Edraa nie miał na nosie okularów, a jego oczy były nienaturalnie puste, pozbawione wyrazu i błyszczące, jakby się czegoś naćpał. Przypominały oczy rekina. 18 D.E.A.T.H. Edraa wrócił w milczeniu po zostawione miecze. Dwóch innych kolegów, którzy byli już dużo dalej, głośno się śmiało. Nabijali się z Edry, stwierdzając, że jest zbyt niezdarny jak na ninja. W końcu taki czujny wojownik zapomniał o swojej broni i jeszcze się skaleczył jak mały chłopczyk, bawiąc się kamieniami. Przynajmniej oni tak to widzieli. Lubili się śmiać, toteż nie przepuszczali żadnej sytuacji, w której mogliby się trochę z kogoś ponabijać czy pożartować. Byli braćmi, doskonale się rozumieli i bardzo dobrze uzupełniali, zarówno w ataku, jak i w asekuracji. Wiedzieli, gdzie zaraz będzie ten drugi, i umożliwiali sobie nawzajem swobodne przejście do ataku. Ostatnim członkiem grupy był dość krępy jak na samuraja mężczyzna, który lubił dużo biegać i zazwyczaj wyznaczał tempo całej piątki. Jako urodzony lider, przejmował inicjatywę, kiedy tylko mógł, choć nigdy nie kwestionował dowództwa Grikdy. Miał mnóstwo energii i trudno go było zatrzymać na dłuższy czas w jednym miejscu. Jego postura sprawiała jednak, że gorzej radził sobie z akrobacjami. Grikdaa był jedyną osobą, której osiłek chciał się podporządkowywać. Poprzednich dowódców irytowało jego ciągłe nieposłuszeństwo, ale on sam na niepokorności wychodził zawsze bardzo dobrze; twierdził, że lepiej, niż gdyby słuchał czyichś poleceń. Grupka powoli ruszyła dalej. Tym razem powolnym truchtem, żeby trochę odpocząć. Dowódca został całkiem z tyłu, aby mieć wszystkich na oku. Chciał się również przyjrzeć miejscu, gdzie wcześniej kucał jego podopieczny. Gdy nie dostrzegł tam niczego nadzwyczajnego, stał się jeszcze bardziej podejrzliwy. Również dlatego, że czuł coś dziwnego w obecności Edry. Gdy ten przechodził obok niego, pojawił się nieprzyjemny dreszcz. Zauważywszy jego puste oczy, zapytał cicho: – Co z twoimi oczami? Brałeś coś? – VAD – odparł drwiąco Edraa. Rozdział I 19 VAD, Vacuum Accelerating of Dust, ciemnoniebieski proszek, który się wciąga lub pali, wdychając dym do płuc. Jest to swego rodzaju narkotyk, którego produkowano głównie na planecie Zhekha Kyre, a największym rynkiem zbytu było Gobvinuin. Podczas palenia proszek zmieniał barwę na ciemnożółtą, podobnie jak wydobywający się z niego gęsty dym. VAD podnosiło tętno, rozszerzało źrenice i obniżało próg bólu. Wzrastał też poziom adrenaliny, a krew w żyłach zmieniała barwę na ciemnofioletową. Każdy, kto wziął działkę, dostawał potężny zastrzyk siły i energii, ale przestawał być czujny i nie potrafił się skoncentrować. Wielu wojowników ginęło po zażyciu VAD, pakując się w niebezpieczne sytuacje czy robiąc po prostu coś głupiego. Po chwili powolnego biegu Grikdaa zarządził krótką przerwę na uzupełnienie wody. Najsilniejszy z grupy zatrzymał się daleko z przodu, dwaj śmieszkowie w połowie dystansu, a Edraa przed nimi. – Co, ciamajdo? Znów łapsko rozwaliłeś? – zapytał jeden z rozrywkowych braci. Samuraj nie odpowiedział. Zignorował zaczepki, co było w jego stylu. Nie przejmując się jego milczeniem, tamten kontynuował. – Opóźniasz nas trochę. Coś zrobił? – zapytał. – Pewnie bił Niemca po kasku w krzakach, ale zapomniał, że w ciernie wszedł – rzucił ze śmiechem drugi. – Nawet pośmiać się z tobą nie można. Trzeba było kogo innego wziąć do grupy – odparł pierwszy. – To z kogo byśmy się nabijali? – zaśmiał się znów tamten. Edraa siedział w milczeniu i tylko popatrzył na nich spode łba. – Czemu się nawet nie odezwiesz? – zapytał drugi z braci. – Duma mu nie pozwala, z plebsem nie rozmawia – zażartował znów pierwszy. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale urwał w połowie zdania. Drugi z nich stał akurat tyłem parę kroków dalej, wykorzystując przerwę na załatwienie potrzeby fizjologicznej. 20 D.E.A.T.H. Usłyszał ciche uderzenie, trzask gałęzi i trzepot skrzydeł ptaków wylatujących w panice z zarośli na zboczu góry, na której siedzieli. Odwrócił się gwałtownie i otworzył szeroko oczy. Edraa błyskawicznie znalazł się przy drugim towarzyszu broni. Jego puste oczy lśniły czarną barwą, a źrenice nie reagowały na zmieniające się światło ani wiatr. Wbijał oczy rekina w twarz drugiego z braci. Ostatnią myślą, jaka przebiegła przez głowę przestraszonego wojownika, było to, że tamten cichy hałas był odgłosem spadającego ciała. Nie zdołał się już odezwać ani zastanowić nad sytuacją. Wzdrygnął się tylko, czując błogie ciepło rozchodzące się po ciele, a chłód cieczy na brzuchu uzmysłowił mu, że zaraz dołączy do brata. Drugie ciało spadło w te same zarośla. Odgłos łamanych gałęzi poniósł się echem, a schowana w nich zwierzyna znów zerwała się do ucieczki. Parę kroków dalej pozostał już tylko ślad rozbryzganej krwi pierwszego z braci. W miejscu, gdzie został zamordowany drugi z samurajów, teraz widniała kałuża. Tam, gdzie spadły ciała wojowników, widoczne były połamane gałęzie. Wszystko trwało zaledwie parę sekund. Żaden z nich nie zdążył wydobyć z siebie głosu, żeby ostrzec pozostałych. Gęste zarośla skutecznie zasłoniły zwłoki i gdyby nie te parę śladów, nie byłoby wiadomo, co się stało. Wiatr mocniej zawiał, a wroga cisza dała się odczuć parędziesiąt metrów dalej, gdzie odpoczywał na kamieniu dowódca grupy. Edraa zaszurał butem nieopodal miejsca pierwszego mordu, zasypując piaskiem krew, połamane zarośla przysłonił większymi liśćmi iściąwszy dwa krzaki, rzucił je w dół zbocza. Przy drugiej plamie natomiast kucnął i ściągnął rękawicę ze zranionej wcześniej dłoni. Gdy podszedł Grikdaa, podniósł lekko głowę. Krew wyglądała tak, jakby właśnie spłynęła zjego ręki. Dowódca stanął parę kroków od wojownika i rozejrzał się uważnie. Zmarszczył brwi i zapytał cicho: – Gdzie śmieszki? – Poszli naprzód – odparł Edraa bez emocji, wzruszając ramionami.