Kategorie blog
Zabierz mnie do domu
Zabierz mnie do domu





















Od autorki



Drogi Czytelniku!
        Oddaję w twoje ręce moją pierwszą książkę, żywiąc cichą nadzieję, że polubisz jej bohaterów. Ktoś kiedyś słusznie powiedział, że każdy z nas jest właścicielem przynajmniej jednej, nienapisanej powieści. Ośmieliłam się odnaleźć ją w sobie i kradnąc czas pomiędzy pracą, gotowaniem, sprzątaniem domu, robieniem zakupów i spotkaniami z bliskimi, krok po kroku zapełniałam kolejne strony mojej historii. Niekiedy dopadało mnie zwątpienie, czy nie porwałam się z motyką na słońce. Na szczęście były to tylko stany przejściowe.
        Nie ośmieliłabym się nazwać siebie pisarką, bo daleko mi do tej profesji. W tej dziedzinie zaliczam się do nowicjuszy, a jakieś drobne osiągnięcia z przeszłości obecnie nie mają żadnego znaczenia.
        Muszę jeszcze dodać, że gdyby nie zachęta mojej rodziny i jej wsparcie, ta książka w ogóle by nie powstała. Dziękuję synowi Piotrowi i jego żonie Beacie za bardzo trafne uwagi dotyczące praw autorskich. Dziękuję Jackowi, mojemu drugiemu synowi, za głębokie zaangażowanie oraz pomoc w korekcie tekstu. Moje ciągłe telefony i nagabywania o pracę nad kolejnym rozdziałem musiały być dla niego czasami irytujące. Szczególnie jestem wdzięczna za cierpliwość, z jaką mój trzeci syn Aleksander i mąż Roman znosili wielokrotne odczytywanie tych samych fragmentów powieści. Nie mogę pominąć Steni, Maryli, Ireny, Zofii, Hani, Ewy i Eli, które były pierwszymi recenzentkami tekstu. Z powyższego wynika, że nie tylko ja jestem autorką napisanej książki, i to sprawia mi dużo radości.


5




        Od dziewięciu lat mieszkam w Irlandii i wciąż na nowo odkrywam ten przepiękny kraj. Irlandczycy to z jednej strony niezwykle ciekawy, charyzmatyczny i hardy naród. Z drugiej strony są niezwykle rodzinni, wrażliwi i opiekuńczy. To piękne cechy, których im zazdroszczę. Na Zieloną Wyspę wyemigrowały rozmaite nacje i właśnie to zetknięcie wielu kultur rodzi przeróżne sytuacje: czasami zabawne, czasami kłopotliwe, czasami pouczające. W mojej historii stanowią one dalekie tło, nie do końca wykorzystane. W tej kwestii mam głębokie postanowienie poprawy.
        Drogi Czytelniku, niektóre z opisanych przypadków są oparte na autentycznych wydarzeniach, chociaż zostały one trochę zmienione i dostosowane do potrzeb postaci literackich. Na szczęście nie musiałam używać perswazji, żeby uzyskać zgodę na ich publikację. Podobieństwo bohaterów do realnych osób jest zupełnie niezamierzone, ale powszechnie mówi się, że kto szuka, ten znajdzie.
        Osobiście czuję pewien niedosyt, że nie udało mi się przedstawić dalszych losów postaci drugoplanowych. Sama jestem ich ciekawa. Myślę, że one przykucnęły gdzieś za rogiem ostatniej kartki tej powieści i cierpliwie czekają na swoją szansę.
        Mam nadzieję nie zanudzić nikogo, ale jeśli ktoś po przeczytaniu kilku stron odłoży tę książkę na półkę, powiem sobie: „Trudno”. Pójdę do kuchni umyć naczynia i będę myśleć o kolejnej historii.


6




        – O nie! Tylko nie drugi kot! – W głosie Barbary słychać było determinację. – Zanieście go do swoich rodziców i niech oni zadzwonią do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.
        Trzech chłopców, w wieku od pięciu do ośmiu lat, stało przed domem Basi, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. Oleg nerwowo obgryzał paznokcie, Alex wpatrywał się w kobietę, jakby chciał ją zahipnotyzować, zaś Jack kurczowo przyciskał do piersi podwinięty szkolny sweter z małym zawiniątkiem w środku. On, jako najstarszy w tej grupie, odezwał się prosząco, spoglądając na Basię tym dziwnym wzrokiem, charakterystycznym dla dzieci, którym na czymś bardzo zależy:
        – Ale my też będziemy szukać domu dla niego… tylko… Chodzi tylko o parę dni…
        – Odnieście go tam, skąd go wzięliście. Jego mama na pewno go szuka. – Barbara, żywiąc resztkę nadziei na uniknięcie dodatkowego obowiązku, podjęła ostatnią próbę.
        – Jego mama nie żyje! – Tym razem odezwał się Alex.
        – Jak to nie żyje?
        – No, leży tam. – Alex zatoczył ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – Nie żyje! Widzieliśmy!
        – Całkiem obcięło jej głowę! – wykrzyczał z fascynacją Oleg, przerywając obgryzanie paznokci.
        – Nie żyje?! – Basia nie mogła uwierzyć. Co gorsze, już widziała dwa koty w swoim domu i żeby się chyba dobić, poprosiła Jacka


7




o pokazanie Tego Czegoś. Chłopiec ostrożnie odchylił brzeg swetra, ukazując czarny kłębuszek. Maleńki kociak z wielkimi, zaropiałymi oczami trząsł się, jakby czekał na wyrok.
        „No nie, no nie! Kurczę, że ja zawsze muszę się w coś wplątać! To już koniec! Przecież nie zostawię go tak. Nie mogę” – myślała Basia trochę zła sama na siebie. – Ale ja za tydzień jadę na urlop… – Już bardziej z rezygnacją niż z chęcią wykręcenia się podjęła ostatnią próbę obrony. W końcu westchnęła: – No dobrze. Jakoś sobie poradzimy. Dajcie mi go.
        – Yes! Yes! – Z trzech gardeł jednocześnie wyrwał się okrzyk radości i po chwili rozwiązał się worek z pytaniami:
        – Czy możemy przyjść później, żeby go zobaczyć?
        – A to jest on czy ona?
        – A jak będzie miał na imię?
        – Barbaro, a czy zatrzymasz go dla Kropki?
        Chłopcy przekrzykiwali się nawzajem, jakby wstąpiła w nich nagła euforia. Basia już dawno przestała się dziwić, że tutaj wszyscy mówią sobie po imieniu.
        – Stop! Stop! Powoli! Oczywiście, że możecie przyjść odwiedzić kotka, ale nie dziś. Zobaczcie, on jest strasznie zmęczony i wystraszony. – Przytuliła trzęsący się czarny kłębuszek. – Nie wiem, czy to jest on, czy ona, ale na pewno jest głodny i wyziębiony. Zawołam was później. Zgoda?
        – Yes! Yes! – Chłopcy ponownie wyrazili swoje zadowolenie i żywo gestykulując, pobiegli na boisko.
        Basia zamknęła drzwi. Jeszcze raz głęboko westchnęła, pokręciła głową i wciąż trzymając kociątko przy piersi, zaczęła szukać jakiegoś kartonika. Opakowanie po jej nowych adidasach okazało się w sam raz. Barbara przetarła czoło, jakby chciała sobie coś przypomnieć. Poszła do sypialni, otworzyła szafę i szukając czegoś do wyścielenia pudełka, ręką sięgnęła w głąb, za ręcznikami. Nagle zamarła. Powoli wyjęła coś kolorowego i patrząc na to, cała zesztywniała, a serce podskoczyło jej do gardła.


8




        „Mamusiu! Mamusiu! Zobacz, jak ja liczę: jeden, dwa, trzy…” – Mały paluszek wędrował od słonika do słonika, a ciemne oczka śmiały się do Basi. – Pięć, siedem! Umiem już do siedmiu!”.
        Zduszony szloch przerwał panującą ciszę. Barbara straciła poczucie czasu. Miała wrażenie, jakby tych sześciu lat, które minęły od tamtej chwili, w ogóle nie było. Ból powrócił i przygniótł ją do ziemi. Drżąca ręka zacisnęła się na skrawku materiału, nogi bezwiednie się ugięły i kobieta osunęła się na podłogę. Basia wtuliła twarz w gałganek, głęboko wciągając powietrze… Zapach ciągle był ten sam… Jej synek… Jej chłopczyk…
        Wtem coś rozpaczliwie zapiszczało.
        – O… Malutki… Przepraszam, nie chciałam… – Otarła łzy rękawem. – Nie chciałam cię przydusić.
        Jej wzrok z powrotem powędrował do pidżamki. Czerwone, polarowe ubranko w żółte słoniki. Jego ulubione… Już miała odłożyć je na miejsce, gdy nagle zmieniła zdanie. Popatrzyła na czarną kulkę i bez wahania wymościła kartonik. Tylko ręce drżały jej jeszcze trochę, kiedy ostrożnie układała kocię w jego nowym kojcu z nietypowym kocykiem.
        – Tutaj będzie ci dobrze. Michaś byłby w siódmym niebie, gdyby cię zobaczył… Teraz przygotuję ci mleko. Ty pewnie jeszcze nie umiesz pić. Zobaczymy.
        Jakby na potwierdzenie, kociak wydał dziwny odgłos, ni to miauknięcie, ni to skrzek – taką małą skargę stworzenia zdanego na łaskę innych. Basia nalała mleka na niewielką podstawkę. Zwierzątko prychało, puszczało bańki, jego głowa zrobiła się cała mokra, a jedzenia nic nie ubyło. Kobieta podeszła do kredensu, poszperała w szufladzie i wyjęła stamtąd strzykawkę. Napełniła ją mlekiem, wzięła kociaka na ręce, wsunęła końcówkę substytutu piersi do jego pyszczka i… Poszło! Kocię łapczywie połykało życiodajny płyn, przymykając zaropiałe oczka.
        – No! Brzuszek masz już pełen. Jeszcze tylko przemyjemy ci ślepka. – Niespodziewana radość rozpogodziła twarz Basi. Nowy


9




domownik, otulony i syty, poszedł spać, a jego opiekunka zajęła się przygotowywaniem obiadu.
        „Ciekawe, co powie na to Witek…” – Cichy chichot zawtórował jej myślom.


* * *


        Witek popatrzył na żonę z ciepłym błyskiem w oczach. Coś w nich igrało i tańczyło.
        – Nooo, nie wiem. Nie wiem. A co zamierzasz potem?
        – Zapytamy Gosi. Ona ma koci hotel, to zaopiekuje się naszą Kropką, no i tym nowym kotkiem. Kupimy karmę, tyle ile potrzeba, i zawieziemy ją do niej razem ze zwierzakami. Po powrocie z wakacji poszukamy domu dla malucha. Może umieścimy ogłoszenie w Internecie…
        – I jak tu odmówić… – Bardziej stwierdził niż zapytał Witek.
        – No, wiesz. Przecież nie mogłam jej, bo to chyba ONA, nie mogłam jej tak zostawić. Na pewno nie poradziłaby sobie sama i zdechłaby gdzieś w krzakach.
        – Już dobrze, dobrze. – Witek pogładził włosy Basi. – Jesteś jak dziecko.
        – Jak to jak dziecko?
        – Widzisz, wciąż masz taką otwartą i czystą duszę. – Mówiąc to, z czułością patrzył w jej oczy. Ręką odgarnął niesforny kosmyk, wciąż opadający na jej czoło. Potem pochylił się i delikatnie przyciągnął żonę do siebie. – I za to cię kocham.
        – Jak dziecko… jak… – Barbara nie broniła się, kiedy Witold pociągnął ją do sypialni, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Już dawno odzwyczaili się od ich zamykania.
        Nikt nie zakłócił im intymności i mogli nacieszyć się sobą bez skrępowania… Dali sobie wystarczająco dużo czasu.


10




        Barbara, świadoma atrakcyjności swojego wyglądu, leniwie zsunęła się z łóżka.
        – Więcej tak nie mów, bo jeszcze posądzą cię o pedofilię. – Przechyliwszy głowę, przekomarzała się, nawiązując do poprzedniej rozmowy.
        – Hm… – Witek, zmrużywszy oczy, przyglądał się żonie. – Myślę, że to pierwotny instynkt ciągnie mężczyzn do waszych cudownych piersi, a pedofilia jest czymś wstrętnym. Jestem typowym facetem i kocham kobiece ciało. – Witek wykonał gest, jakby przebiegał ręką wzdłuż damskich krągłości. – W was jest coś takiego uroczego, cudownie kuszącego, że… Dlatego chciałbym ciągle cię dotykać, chciałbym wąchać zapach twoich włosów, twojej skóry… Och, Basiu. Nawet nie wiesz, jak bardzo…
        – Nie rozmarzaj się. – Basia z uśmiechem zadowolenia pocałowała męża w wilgotne usta. – Chodź, mój Romeo. Mamy coś do zrobienia w naszym domku. – To mówiąc, klepnęła go w nagi pośladek i wyszła z sypialni.
        Chwilę później dało się słyszeć odgłos zamykania drzwi lodówki. Po szybkim prysznicu Witek również zszedł na dół. Jego żona z apetytem przegryzała kabanosa. Dobrze, że można było je kupić w polskim sklepie, a nawet wybierać między kilkoma producentami. Wielu Irlandczyków, Słowaków, Rosjan, a nawet Filipińczyków pokochało polskie wędliny.
        – Chcesz jeden?
        – Nie, dziękuję. Jeszcze nie jestem głodny. Lepiej pokaż mi, co tam narozrabiałaś.
        – Zaraz narozrabiałaś! To takie małe coś. Bardzo, bardzo malutkie. O, zobacz tutaj. Wysuwałam szufladę i chyba zrobiłam to za szybko, bo wypadła z rolek i spadła na podłogę. Na szczęście nie wyszczerbiła się za mocno, ale brzydko to wygląda. Dasz radę to naprawić?
        Witold rzucił okiem na front szuflady, przejechał dłonią i coś pomruczał pod nosem.
        – No, niestety. Najlepiej będzie wymienić to czoło.


11




        – Czy masz takie samo?
        – Nie mam. Muszę kupić.
        – Myślisz, że dostaniesz identyczne? Głupio by to wyglądało z innym frontem.
        – Dostanę, dostanę. Nie martw się. Nawet widziałem coś podobnego w B&Q, albo w McMachan.
        – To dobrze, bo trochę się martwiłam. – Odetchnęła z ulgą.
        – Kochanie, to przecież tylko szuflada. To da się naprawić w przeciwieństwie do życia, w którym nie wszystko można wymienić czy zreperować. – Witek ciężko westchnął, co zdarzało mu się bardzo rzadko. Basia uważnie mu się przyjrzała.
        – Czy stało się coś, o czym nie wiem? – zapytała.
        – Widzisz, to znowu ten mój brat. Zawsze są z nim jakieś problemy: jak nie pokłóci się z żoną, to zapije na pięć dni albo narobi długów, a potem chce pieniędzy od wszystkich, bo przecież on jest biedny.
        – Znowu prosił cię o pieniądze…
        – Jak zawsze. Prostych życzeń imieninowych czy urodzinowych nie wyśle, żałuje na znaczek, ale jeśli chodzi o kasę – to tak. Wtedy przypomina sobie o mnie i nawet jest w stanie zadzwonić. – Witek był autentycznie zdenerwowany i z rezygnacją usiadł na krześle.
        – Ile tym razem?
        – Dziewięć tysięcy.
        – Coo!? No chyba zwariował! Na co mu tyle pieniędzy? – Barbara była zszokowana.
        – Na prąd.
        – Na prąd? – powtórzyła jak echo. – Na prąd! Oczywiście! Zamiast palić w centralnym, ogrzewali się prądem! Nie wiem, jak tak można żyć. Aśka nigdy nie pracowała, bo nie miałaby czasu na koleżanki i papierosy. A on? No nie! W ich domu od dawna rządzi wódka. Kochanie, kawy? – Nie czekając na odpowiedź, skierowała się do szafki z porcelaną.
        – Tak, poproszę.


12




        Ustawiła dwie filiżanki na drewnianej tacy i włączyła czajnik. Po chwili zapachniało prawdziwą kawą. Basia uznawała tylko mieloną. Jej ulubioną markę musieli przywozić z Polski, ponieważ w Irlandii była niedostępna. Witek pił tylko rozpuszczalną. Mały dzbanek z mlekiem, właśnie dla niego, powędrował do mikrofali.
        – I co masz zamiar z tym zrobić?
        – Nic. Powiedziałem mu, że nie dysponuję takimi pieniędzmi, a zresztą nie mam już serca do tego mojego brata. Cały czas tylko jakieś problemy… i jeszcze…
        – Wiesz, co mnie najbardziej irytuje, gdy o nich pomyślę? – Basia weszła mężowi w słowo. – Oni ciągle uważają, że pomoc im się należy, jak z urzędu. Zarówno ty, jak i Hania musicie im pomagać, bo tak ma być. Kornel, notabene takie ładne imię dla takiego obiboka, ma postawę roszczeniową. Wy zarabiacie, a to oznacza, że musicie dzielić się z nimi. Tylko z jakiej racji?! Cholera!
        – Kochanie, przecież ty nie klniesz.
        – Bo się zdenerwowałam. Wiesz, co mnie jeszcze w tym wszystkim wkurza? Kiedy coś im damy, głównie pieniądze, to oni nie potrafią powiedzieć głupiego „dziękuję”. Tak jakoś się zakręcą, że nie wiem, czy są zadowoleni, czy nie. Na dodatek sama mam poczucie winy, tylko nie wiem dlaczego. Oboje ciężko pracujemy, dbamy o dzieci… dziecko, dom. To, co mamy, zawdzięczamy sobie. Co święta wysyłamy im kasę. Czy to źle, że chcemy gdzieś pojechać, coś zobaczyć, odpocząć? Cholera! Czy mam mieć wyrzuty sumienia, że wybieramy się na wakacje, a oni nie?
        – Basiu, daj spokój. To jest taki typ ludzi. To są wieczni biorcy.
        – A my kto? Bank udzielający bezzwrotnych pożyczek? Ale to nie wszystko… prawda? Coś jeszcze masz w zanadrzu. – Ostatnie zdanie wypowiedziała wolniej i z pewnym napięciem.
        – Niestety tak. – Witek wziął głęboki oddech. – Kornel stracił pracę.
        – Co?! – Z Basi uszło całe powietrze. – I co teraz?
        – Nie wiem. Sam nie wiem… – W jego głosie zabrzmiała rezygnacja.


13




        Barbara zajrzała do filiżanki i odsunęła ją z niechęcią.
        – Wypiłam kawę, nawet nie wiem kiedy. Czy wiadomo, dlaczego stracił pracę?
        – Mówił, że nie przedłużyli mu kontraktu, ale rozmawiałem z Marysią. Dzwoniłem do niej jakoś po południu i ona powiedziała mi, że Kornel dostał do podpisu rezygnację z pracy na własną prośbę.
        – To jest jakieś dziwne. Jeśli dali mu do podpisania papiery, że sam odchodzi, to oznacza to tylko jedno: poszli mu na rękę, bo nie chcieli dać mu dyscyplinarki.
        – Też tak myślę. Przypuszczalnie był pijany w pracy.
        – I co teraz? – To pytanie brzmiało w głowie Basi ze zdwojoną mocą.
        – Kochanie, jeśli dam mu jakiekolwiek pieniądze, to nie mam żadnej pewności, że on ich nie przepije.
        – Jest aż tak źle?
        – Tak. I wiesz co jeszcze?
        – A jest jeszcze coś? – Dla niej sytuacja już wydawała się beznadziejna. Wszystko wyglądało jak jeden długi łańcuch nieszczęść. Twarz Witka zesztywniała, kiedy ponownie się odezwał.
        – Opieka społeczna zagroziła, że odbierze im Anię.
        – Boże! – Oczy Barbary rozszerzyły się na moment, a w jej głosie dało się wyczuć strach.
        – Aśka i Kornel mają przydzielonego kuratora. Kornelowi zaproponowano leczenie, ale on oczywiście odmówił. Marysia próbowała na niego wpłynąć, lecz bez skutku. Jeśli nic nie zmieni się na lepsze, to odbiorą im dziecko – wyrzucił z siebie Witold i chyba trochę mu ulżyło, bo wyprostował się, jakby jakiś ciężar spadł mu z ramion.
        – To jest aż tak źle… Myślisz, że może dojść do takiej sytuacji?
        – Nie mam pojęcia, ale widząc, co się dzieje, właśnie tego można się spodziewać – odpowiedział, po czym wstał, wziął filiżanki i podszedł do zlewu. Zaszumiała woda z odkręconego kranu. Po chwili kontynuował: – Wiesz, co powiedziała Marysia?
        – Raczej nie.


14




        – Mówiła, że gdyby tak się stało, to ona wystąpi o prawo do opieki nad Anią jako starsza siostra.
        – Całe szczęście. Udała ci się chrześnica. Marysia to bardzo ciepła, ale i rozsądna dziewczyna. Czasami aż dziw bierze, że ona ma dopiero dwadzieścia lat. Witek, ale ona wciąż się uczy, pracuje w weekendy i ma tylko stypendium. Mogą nie przyznać jej praw.
        – Poczekamy, zobaczymy. Jeśli będzie taka potrzeba, to jej pomożemy. Oczywiście, jeżeli się zgodzisz. – Witold odwrócił się od zlewu. – Jak dobrze, że mam ciebie.
        Promienny uśmiech żony był miłą reakcją na te słowa.
        – Co do zgody, to moją odpowiedź na pewno znasz.
        – Nie żałujesz? – zapytał.
        – Nie żałuję.


* * *



        – Jak się masz, Barbara? – zapytała Eileen, sąsiadka, która właśnie wyszła przed dom, żeby sprawdzić, gdzie jest jej dwójka dzieci: sześcioletni Mike i ośmioletnia Fiona. Zgodnie z irlandzkim prawem dzieci do dwunastego roku życia, jeśli nie znajdują się w szkole albo w przedszkolu, powinny przebywać pod opieką osoby dorosłej. – Słyszałam, że zatrzymałaś drugiego kota.
        – Nie do końca. Ponieważ za kilka dni jedziemy na urlop, nie mam czasu, żeby coś z tym zrobić. Po powrocie będziemy szukać dla niego domu.
        – Och, Barbara. Dwa koty to dużo pracy – skomentowała Eileen, jakby nie słyszała wcześniejszej wypowiedzi. – Dzwoniłaś do opieki nad zwierzętami?
        – Tak, oczywiście, ale oni sami borykają się z nadmiarem kociąt i szczeniąt. Akurat mamy na nie sezon.


15




        – Ciągle ten sam problem. Ludzie w ogóle nie myślą, żeby w jakiś sposób to kontrolować.
        – Właśnie, a potem dzieci przynoszą zwierzaki do domów. Na razie nic na to nie poradzimy. Na mnie już czas. Przepraszam cię, Eileen, ale dziś muszę spakować się na wyjazd. Później nie będę miała czasu, ponieważ pracuję.
        – Jeśli chcesz, mogę podlewać twoje kwiaty. Trawę też możemy wam skosić. Co ty na to?
        – Świetnie! Bardzo dziękuję, właśnie się nad tym zastanawiałam. Spotkamy się po naszym powrocie. Dobrze?
        – Nie ma sprawy. Trzymaj się, Barbara.
        Wchodząc do domu, już od progu usłyszała dźwięk telefonu.
        – Ach, to ty, Haniu! – zawołała zadowolona do słuchawki. – Co tam u ciebie? Już wkrótce się spotkamy.
        – Cześć, Basiu. Też się cieszę, ale spotkamy się nie tam, gdzie byśmy chciały…
        – Masz jakiś dziwny głos… Mów, co się stało.

        Do wieczora czas zleciał w miarę szybko. Zapadał już zmrok, kiedy Witek wreszcie wrócił z pracy. W powietrzu czuło się lekki chłód nadchodzącej nocy. Basia owinięta we flanelową koszulę męża siedziała w ogrodzie i popijała gorącą wodę z cytryną, miodem i kilkoma liśćmi mięty. Na drewnianym stole stała latarenka z palącą się świeczką. Pachniało różami i skoszoną trawą.
        – Jak tam, Basiu? Widzę, że brakuje ci mojego towarzystwa. – Pochylił się i pocałował żonę. – Co taka smutna siedzisz? –
        Cześć, kochanie. Chyba musimy zmienić nasze plany urlopowe.
        – Dlaczego?
        – Hania będzie miała operację. Wykryto u niej guzka macicy.
        Witek usiadł, a właściwie ciężko opadł na stojące obok krzesło ogrodowe.
        – Tak długo wszystko było w porządku. Najpierw pierś i teraz… Przecież regularnie chodziła do kontroli. Czy wiadomo, co to jest za guzek? – zapytał.


16




        – Podobno łagodny. Hania poszła na rutynowe badanie do ginekologa i on wyczuł jakieś zgrubienie. Skierował ją na USG. Zrobiła je, no i tam potwierdzono obecność guzka. Potem była biopsja i na szczęście w badaniu histopatologicznym nie wykryto komórek złośliwych.
        – Dzięki Bogu!
        – Ponieważ Hania jest po pięćdziesiątce i na dodatek ma liczne mięśniaki, to będą usuwać wszystko.
        – Jak to wszystko?
        – Wituś, tak jest przyjęte, że kiedy dojrzała kobieta ma właśnie takie problemy, to wycina się macicę z jajnikami, żeby zapobiec ewentualnemu rozwojowi raka.
        – Brzmi makabrycznie. Jak Hania to znosi?
        – Przez telefon wydawała się spokojna, ale znasz swoją siostrę. Ona nie pokaże po sobie, że się denerwuje. Szkoda tylko, że nie zadzwoniła wcześniej. Sama borykała się z tym od początku. Wyobrażasz sobie ten strach, kiedy oczekuje się na wynik: czy dostaniesz szansę na spokojne życie, czy czeka cię walka o każdy kolejny dzień? Nic się wtedy nie liczy: praca, ogród, dom, wycieczki. Wszystko traci sens. – Basia uciekła myślami w przeszłość, kiedy to sama przechodziła podobną sytuację. Trudno zapomnieć ten strach…
        – Wiem, Basiu. Dzięki Bogu dawne demony minęły i mam nadzieję, że nigdy więcej nie powrócą. Dlatego cenię sobie każdy dzień spędzony z tobą… Nie wyobrażam sobie, żeby… – Witek odchrząknął, jakby nagle coś stanęło mu w gardle. – Gdzie ma być ta operacja? W wojewódzkim?
        – Tak. Na Zawadzie. Akurat będziemy w Polsce, bo operacja jest planowana za dziesięć dni.
        – Nie wiesz czasem, czy Hania powiadomiła Kornela?
        – Nie mam pojęcia. Nie pytałam.
        – To nic. Zadzwonię do niego. – Witek objął żonę. – Chodźmy do domu. Robi się zimno. A jak tam twoje kociaki? – Jakieś iskierki zaigrały w jego oczach.


17




        – Mała jest taka śmieszna. Wpakowała się do spania Kropki, a ta nawet nie zareagowała, tylko ostrożnie weszła za nią i ułożyła się obok. Spały razem. A dlaczego mówisz: MOJE KOCIAKI? Przecież my mamy tylko jednego.
        – Tak, tak. Jednego… – Witold pokiwał głową i kąciki ust lekko się mu uniosły.

* * *



        Witek, Basia i Gośka, ich przyjaciółka, kierownik działu w Dunnes Stores, dużym markecie wielobranżowym, wysiedli z samochodu i stanęli przy otwartym bagażniku. Po lewej stronie rozpościerały się łąki, gdzieś w oddali połyskiwała tafla jeziora.
        – Nie wiem, jak dałam wam się namówić na te ryby, ale stało się – mówiąc to, Barbara owinęła szyję lekkim szalikiem i zapięła kurtkę pod samą brodę.
        Tę białą kurtkę miała na sobie pierwszy raz. Kupiła ją specjalnie na wypady na klify. Nigdy nie lubiła wiatru. Jej twarz wystawiona na irlandzkie warunki pogodowe, czyli wiatr wiejący przez większość dni w roku, stawała się irytująco czerwona. Nie dosyć, że piekła, to jeszcze wyglądała, jakby chciała powiedzieć: „Właśnie wypiłam dwa drinki”.
        – Witek, chodź, zapnij mi te dziwne spodnie! – Barbara szarpała się z szelkami na ramionach.
        – Witek, chodź, pomóż mi je wciągnąć! – Gosia usilnie próbowała wpasować się w wodery, które utknęły jej na biodrach. – Ani w tę, ani we w tę! Cholera jego mać!
        Basia spojrzała i parsknęła śmiechem:
        – Warto było przyjechać, żeby zobaczyć coś takiego! Gosia, ale dlaczego wołasz mojego męża?
        – No bo MOJEGO tutaj nie ma!


18




        – A ja?
        – Oj, dobra, dobra! Witek! No chodź, bo mi cipka marznie!
        – Oj, to już idę! Już lecę! Wciągaj brzuch! – Mężczyzna złapał wodery po obu bokach i energicznie szarpnął je do góry… Spodnie zostały w tym samym miejscu, w którym były. – Rajstopy ubrałaś? – zapytał.
        – No właśnie zapomniałam, a leżały przygotowane. Kurczę! Witek, próbuj jeszcze raz. Bez woderów nigdzie nie idę.
        – Zaraz nie wytrzymam! – Basia śmiała się, trzymając się pod boki.
        – No! Witek! – ponaglała zdeterminowana Gosia.
        – Brzuch! Nie wypinaj tyłka! No! No… już… już… Już!
        – Wreszcie! A teraz pozapinaj mnie, bo nie wykręcę tak ręki. Kurrr…! Kto to wymyślił, żeby klamry od szelek były tak daleko! – Gośka wreszcie uporała się z woderami i włożyła specjalną kamizelkę dla wędkarzy, z mnóstwem większych i mniejszych kieszeni na rzepy i zamki, ze szlufkami i miejscami do przypinania drobnego sprzętu, takiego jak: kleszcze, szczypce, waga ręczna, nożyczki, chwytak i jeden Bóg wie do czego jeszcze.
        – Gosiu, a jak będziesz chciała siku, to co wtedy? – zainteresowała się Basia z dziwnym uśmiechem na twarzy.
        – Jak to co? Zawołam Witka. No nie? – odpowiedziała, przekomarzając się.
        – Wiecie co? Nawet nie jestem zazdrosna o to, że razem jeździcie na te ryby – stwierdziła Basia. – Te wodery są lepsze niż pas cnoty.
        Po chwili w trójkę przeciskali się przez krzaki. Potem przecięli łąkę, kierując się w stronę jeziora. Słońce przygrzewało bardzo przyjemnie. Od strony jeziora doleciał ich szum łabędzich skrzydeł. Dwa majestatyczne ptaki poderwały się do lotu, szybując nisko nad lustrem wody. Ten widok zatrzymał ich na moment. Wszyscy podnieśli głowy i zamarli na chwilę, obserwując oddalające się łabędzie.
        – Żaden film nie jest w stanie oddać uroku takiej chwili – odezwała się Barbara lekko zduszonym głosem.


19




        Wkrótce stanęli naprzeciwko jeziora, które było tak długie, że jego końca nie dało się zobaczyć.
        – Idziemy! Dziewczyny, za mną! – Zabrzmiało jak hasło do ataku. Witek zdecydowanym krokiem ruszył prosto w trzciny.
        – I ja mam tam wejść? O Boże! Nogi mi się zapadają! – Basia trochę spanikowała.
        – Spokojnie. Wyszukuj twarde punkty i stawiaj nogi dokładnie tam, gdzie ja.
        – Przecież to robię. Czy tu nie ma mułu? Nie wciągnie nas? – dopytywała, posłusznie idąc za mężem i z obawą rozglądając się dookoła.
        – To nie są bagna. Zaraz będzie stabilniej. Trzymajcie się linii trzciny i nie przekraczajcie jej, bo dalej jest głęboko.
        – Witek, tutaj jeszcze nie łowiłam. Nigdy mnie tu nie przywiozłeś. – Gosia udawała lekko obrażoną.
        – Bo ty ciągle pracowałaś. Nie da się zabrać kogoś, kto jest niedyspozycyjny.
        – Zaraz niedyspozycyjny… Uch… Zwolnijcie… Zasapałam się.
        – Już? Podciąganie odpada. Przecież jesteś młodsza ode mnie. Dawaj i nie marudź. – Witek parł do przodu. Odsuwał trzciny na bok, torując lepiej widoczne przejście.
        – Mam wodę po tyłek! O rety! Chyba wlała mi się do środka! – krzyknęła Barbara.
        – Jak ci się wlała? Przecież te wodery są całe – nie dowierzał Witold.
        – Chyba były! Kurczę! Z tyłu mam dziurę jak moja pięść!
        – Nie żartuj. A to dobre! – Tym razem Gośka miała ubaw.
        – Co mam żartować? Ale mi dałeś wybrakowane spodnie z oknem nie wiem na co!
        – Nie wiedziałem, że są dziurawe. Przysięgam! Kochanie, nie wchodź głębiej i stawaj tak, żebyś miała wodę powyżej kolan.
        – Dobrze ci mówić. Tyłek też jest powyżej kolan. Zaserwowałeś mi dwa w jednym: ćwiczenia z odświeżaniem. A jeśli coś więcej niż tylko woda wpadnie mi do spodni, to co wtedy?


20



do góry

Wykonane przez Onisoft.pl

2017 Wszelkie prawa zastrzeżone oceanksiazek.pl

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl