Spis treści
Rozdział I.............................................................................................7
Rozdział II...........................................................................................54
Rozdział III .........................................................................................89
Rozdział IV..........................................................................................149
Rozdział V...........................................................................................224
Rozdział VI..........................................................................................302
Rozdział VII ........................................................................................358
Rozdział VIII........................................................................................429
Rozdział IX..........................................................................................490
Miłość cię obejmie, zaprowadzi w ciemne aleje
i tam poznasz jej prawa.
I
Nasze przyjęcie weselne odbywało się w mieszkaniu Oli, w czteropiętrowym bloku. Nie było ono duże, składało się tylko z dwóch pokoi, z których jeden, ten mniejszy, z góry przeznaczono do tańca. Usunięto z niego wszystkie zbędne sprzęty, aby mógł tę rolę spełniać. Zostało w nim tylko małe łóżko – wersalka, teraz złożone i przykryte cienką narzutą w tureckie wzory, na którym można było dosyć wygodnie usiąść, bo było z oparciem na plecy. Nad nim były dwie półki, górna z książkami, które ułożone były w dość chaotyczny sposób i całkowicie ją wypełniały. W większości dominowała w nich klasyka w rodzaju Noce i dnie, Lalka, Krzyżacy, a także słowniki: polsko-rosyjski i angielski, małe i duże, i wiele jeszcze innych książek ułożonych raczej przypadkowo. Na dolnej półce natomiast leżał uporządkowany stos zeszytów i jakieś maskotki, miś, kotek, figurki lalek. Całość sprawiała wrażenie, że w pokoju tym mieszka osoba ucząca się. Ja wiedziałem, że był to pokój Oli.
A w kącie przy oknie naprzeciwko wejścia do pokoju leżał na krześle magnetofon. Teraz był już włączony i przyciszonym tonem odtwarzał muzykę taneczną, jakby przypominał obecnym, że tu czeka, aby być użytecznym. Grane walce Straussa, delikatnie dochodzące do uszu, dodawały nastroju weselnego. Jednak mało kto zwracał uwagę na dźwięczne takty tej muzyki. Goście siedzieli przy stole w sąsiednim pokoju i ani myśleli tańczyć. Byli tu moi rodzice siedzący w milczeniu obok siebie. Mój dobiegający sześćdziesiątki ojciec,
8 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości
średniego wzrostu, wciąż czerstwo wyglądający mężczyzna z małym brzuszkiem i niewielką łysiną z przodu głowy, z wesołym i szczerym wyrazem twarzy, który nadawały jej ufne, śmiejące się oczy. Właśnie słuchał dowcipu opowiadanego przez Dziuńka, brata nieżyjącego ojca Oli, który usiłował rozruszać całe to wciąż sztywne weselne towarzystwo. Był to wysoki, szczupły mężczyzna w sile wieku, sprawiający wrażenie, jakby górował nad gośćmi i przy tym starający się trzymać fason przy siedzącej obok niego znacznie młodszej, drugiej już żonie, wpatrzonej w niego i uśmiechającej się przy każdym jego odezwaniu się. Dziuniek mówił sporo, ale jej ani razu nie usłyszałem podczas całego przyjęcia. Teraz, wodząc swoim wzrokiem po obecnych, Dziuniek mówił głośno i wyraźnie z lekkim uśmiechem, wtrącając w swoją zwięzłą mowę, jak było w jego zwyczaju, jakiś dowcip.
– Pacjent po zbadaniu i wypisaniu recepty przez lekarza chce mu się odwdzięczyć i na koniec kładzie na stół pięćdziesiąt złotych. Lekarz patrzy na banknot i z dezaprobatą mówi: „Lepiej niech pan to zabierze i przyniesie następnym razem. Niech u pana poleży i dojrzeje”. – Banknoty pięćdziesięciozłotowe były zielone, a stuzłotowe czerwone. Dziuniek kończy i wodzi wzrokiem po obecnych, czeka na efekt swojego dowcipu.
Niektórzy tylko cicho się uśmiechają, a jedynie mój ojciec wybucha szczerym, beztroskim śmiechem i wtedy robi mi się wstyd, że taki głupi w moim mniemaniu kawał może wywołać u niego taki aplauz wesołości, przecież to świadczy o jego prymitywności. Ale cóż, przecież teraz nie będę zwracał ojcu uwagi. Nie darzyłem Dziuńka sympatią, bo dla obecnej tu drugiej żony zostawił pierwszą z dzieckiem.
Moja matka natomiast, siedząc sztywno, powoli lustrowała siedzących, nie wiedząc jeszcze, z kim dziś będzie miała do czynienia, starała się oceniać ich po wyglądzie i zachowaniu, sprawiała wrażenie jakby była z czegoś niezadowolona.
Była tu jeszcze moja ciotka, kobieta lat około pięćdziesięciu pięciu z ostrym makijażem i nazbyt sztywnymi, tlenionymi włosami, patrzyła
Rozdział I 9
sympatycznym wzrokiem wokół, ale też jakby z jakimś zdziwieniem czy raczej ciekawością, że to wszystko się dzieje.
Ze strony mojej rodziny byli tu jeszcze mój starszy o trzy lata brat Władek z żoną Staszką. Oboje byli zajęci jakąś rozmową, w której Władek żywo coś jej tłumaczył, a ona go słuchała, nie przerywając.
Siedziałem obok Oli w środku stołu z wyprostowanym tułowiem, emanując siłą z każdej części ciała swojej postaci, czułem się wspaniale i wiedziałem, że gdybym dobrze naprężył mięśnie, to szwy i guziki by popękały zamknięte w dobrze dopasowanym, ciemnogranatowym garniturze. Chętnie bym rozluźnił krawat, ale nie byłem pewny, czy już teraz, dopiero co po usadowieniu się przy stole, wypada to zrobić? Rozluźniłem więc tylko guziki marynarki i na razie pozostałem w tej wymuszonej pozie, opierając jedynie łokcie o stół. Najchętniej bym przytulił Olę, bo lubiłem, gdy była tak bardzo blisko, że wyraźnie czułem jej ciało. Siedziała ona obok mnie w białej, ślubnej sukni, obcisłej w pasie i w górze tułowia, która jeszcze dodatkowo podkreślała jej zgrabną szczupłość i małe piersi. Czułem, że wyglądamy na szczęśliwych i teraz naprawdę tak było.
Ze strony Oli, oprócz stryja z żoną Ireną, było jeszcze małżeństwo o dumnym nazwisku Baron. Mężczyzna był przed śmiercią ojca Oli jego przyjacielem, razem długo pracowali, a teraz wciąż podtrzymywali kontakty towarzyskie z jej mamą, odwiedzając się wzajemnie od czasu do czasu. Mama Oli postanowiła zaprosić ich na ślub, mając cichą nadzieję, że Baron (tylko tak o nim mówili), pracujący na kierowniczym stanowisku w spółdzielni mieszkaniowej, budującej bloki, pomoże w szybkim uzyskaniu mieszkania dla Oli i Rafała.
Baron często podnosił mały kieliszek (tylko takie tu były) z wódką i wodząc wzrokiem po obecnych, mówił głośno:
– Za zdrowie młodych!
– Za zdrowie – wtórowali mu wszyscy i wychylali do pełna.
Jedynie Baron i Dziuniek zachowywali się swobodnie w tym towarzystwie, widać, że byli to ludzie obyci z różnymi przyjęciami
10 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości
i rozmowami przy stole. Odróżniali się oni wyraźnie od rodziny Rafała, będącej wciąż skrępowaną i niepewną w zetknięciu z nimi.
Ślub odbywał się zaledwie niecałe sześć miesięcy po poznaniu się Oli z Rafałem. Ona od razu bardzo mu się spodobała, zakochał się w niej po uszy. Była to prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia. Ola była bardzo ładna, niezwykle delikatna i subtelna. Całkowite jego przeciwieństwo – pewnego siebie i porywczego siłacza, jakim był. Ona jakby potrzebowała wtedy takiego mocnego oparcia, które straciła po nagłej śmierci ojca, a które odczuła u Rafała. I te dwa przeciwieństwa, subtelna, jakby jeszcze niedojrzała dziewczęcość Oli i zawadiacka pewność siebie mocno zbudowanego Rafała, bardzo się przyciągały. Miała takie słodkie, niewinne usta, jakby była wciąż małą dziewczynką, i on ciągle, i ciągle chciał je całować. Gdy tylko poznał Olę, od razu wiedział, że to jest ta, z którą chce spędzić całe życie. I zgodnie ze swoją porywczością od samego początku dążył do małżeństwa, nawet jeszcze znacznie wcześniej przed tym, jak doszło pomiędzy nimi do pierwszego zbliżenia. Ola tak działała na niego, że pragnął być z nią zawsze i bardzo blisko, słowem była dla niego jak mocno przyciągający magnes. I on się temu jej urokowi z przyjemnością poddawał. Najlepiej się czuł, gdy Olę przytulał, a Ola z kolei, gdy on mocno ją obejmował. Nieraz do późnego wieczora siedzieli na ławce w parku, długo się całując i przytulając, i nie mogąc się ze sobą rozstać. Podobał mu się jej łagodny głos, którym mówiła, jak się nieraz lekko zacinała, jak często na maleńką chwilę przerywała po słowie „że” lub „i”, aby się zastanowić i mówić dalej. I Rafałowi tak się to podobało, że nieraz po tych jej słowach też powtarzał za nią, mówiąc: że lub i. A ona wtedy trochę się denerwowała, bo myślała, że on ją przedrzeźnia, a przecież to była nieprawda. Podobał mu się jej sposób chodzenia, jak stawiała swoje stopy na ziemi podczas spacerów, jak w trakcie żywej rozmowy gestykulowała prawą rączką. Lubił, jak w parku na ławce, gdy chwilę siedzieli zamyśleni, ona kładła swoją główkę na jego ramieniu i tak ze sobą trwali w krótkim milczeniu. Właściwie wszystko w niej było dla niego piękne.
Rozdział I 11
Siedział teraz przy stole i przez chwilę przemknęła mu przez myśl tamta chwila, kiedy zawarli swój pierwszy ślub, który, jak zawsze uważał – był najważniejszy. Tak, to przecież wtedy w namiocie odbyło się ich prawdziwe ślubowanie, którego słowa zapisali na brzozowej korze. Było to zaledwie dwa tygodnie po ich przypadkowym spotkaniu się, w maju, na basenie. On był wtedy na nim ratownikiem, a ona przyszła zdawać na tę funkcję egzamin. Od razu wpadła mu w oko, zanim jeszcze weszła do wody. Przez dłuższą chwilę, przed wejściem do basenu, stała oparta plecami o ścianę, rozmawiając z dwoma koleżankami. Była w jednoczęściowym, niebieskim kostiumie, który idealnie podkreślał jej wspaniałą, szczupłą figurę, długie nogi i kształtną pupę. Wydała mu się niezwykle piękna i seksowna z tymi swoimi długimi nogami i rozpuszczonymi, blond włosami. Pamiętał te jej niewinne, lekko otwarte słodkie usta, które aż prosiły się o pocałunek.
Niedługo później okazało się, że ona próbując zdawać egzamin z holowania topielca, nie może tego zrobić z braku chętnego do udawania denata, i wtedy on się zgłosił. I tak się to wszystko zaczęło. Jego pierwsze słowa wypowiedziane do niej brzmiały:
– A może mnie poholujesz?
I ona się zgodziła. Rafał położył się plecami na wodzie, a ona włożyła prawą rękę pomiędzy jego zgięte z tyłu łokcie i w ten sposób płynęła, odpychając wodę lewą ręką. Później mu powiedziała, że było jej ciężko, bo miał zbyt szerokie plecy.
Spędzili później wiele cudownych chwil. Razem jeździli na wycieczki nad jezioro we Czchowie, a w wakacje pojechali do Bułgarii. Ona była dla niego tą pierwszą, a on pierwszym dla niej. Pamięta, jak oni wtedy to niezgrabnie robili, to pierwsze to nawet było nieudane, Ola była dziewicą i Rafał męczył się, aby przerwać jej błonę, chyba ją nawet bolało. Dopiero te późniejsze zbliżenia dały im pełną rozkosz i już bez nich nie mogli się obyć. Rafał był wtedy na trzecim roku studiów na AGH, a Ola na drugim na Politechnice Krakowskiej, spotykali się u niego w domu, ale najczęściej u niej w mieszkaniu i było im razem wspaniale. Studiowali, spotykali się, prowadzili ze sobą długie
12 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości
rozmowy o sprawach bardzo drobnych i wielkich, chodzili popływać na basen, do kina i do teatru. Rafał lubił słuchać jej miłego głosu, trzymając ją za szczupłą, delikatną rączkę. Fascynował się jej niezwykle wciąż mocno działającym na niego dziewczęcym ciałem. A ona tylko, gdy ją przytulał, czasem mówiła:
– Rafałku, nie tak mocno, bo mnie zgnieciesz.
Gdy ją całował, to kręciło mu się w głowie i nieraz myślał, że bardziej szczęśliwym nie można już być. To wtedy przeżywał największe chwile szczęścia. Jeszcze nie pojawiły się u niego te niepokoje, obawy, urojone i rzeczywiste stany zazdrości, trwożne myśli o ich niepewną przyszłość i co będzie dalej. Tego wszystkiego jeszcze nie było, miało przyjść później. A teraz było tylko zakochanie, które go olśniewało bez najmniejszego niepokoju i zatrwożenia o przyszłe kształty. Szczęście polegało na tym, że czuł się Olą zaczarowany i takim chciał pozostać. Nieraz opuszczał zajęcia na uczelni, chcąc przedłużyć pobyt z Olą. Dopiero gdy koledzy powiedzieli mu, że profesor Kuciński, ten od seminariów ze stalownictwa, zapowiedział, że jeśli nie zacznie uczęszczać na zajęcia, będzie miał spore kłopoty, Rafał zreflektował się i zaczął na nie chodzić.
I właściwie nie wiadomo, dlaczego w pewnym momencie coś się zaczęło psuć pomiędzy nimi. Pamiętał dokładnie, jak zachęcał Olę, aby wybrała ślubne obrączki, a ona jakby z tym zaczęła zwlekać.
Powiedziała wtedy:
– Wiesz, poczekajmy z tym.
To był pierwszy sygnał, który go zaniepokoił i dał mu dużo do myślenia, zaczął być o nich obojga trochę niepewny i postanowił przyśpieszyć datę ślubu. Może nawet bał się, że Ola może się rozmyślić? To by była dla niego katastrofa, przecież ona dla niego od chwili poznania stała się wszystkim. Wiązał z nią tak wiele nadziei. Do tej pory nie znał tak pięknej, delikatnej jak młoda, dopiero co rozwijająca się biała lilijka, dziewczyny, do której w myślach porównywał Olę. Podobała mu się u niej ta jasność białych, zwykle lekko bladych policzków.
I dziś był tego wszystkiego finał. Wreszcie mógł się cieszyć i być spokojnym, Ola została przecież jego żoną. Na samą myśl tego słowa
Rozdział I 13
robiło mu się błogo, Ola, którą kochał nad wszystko i uwielbiał, stała się jego prawdziwą żoną. To było aż nieprawdopodobne, a jednak przecież stało się, bo ta dzisiejsza uroczystość jest ich przyjęciem weselnym. Wszystkie papiery podpisane, w kościele wypowiedzieli słowa przysięgi podyktowane przez księdza, nałożyli sobie wzajemnie obrączki, jego kolega zagrał im marsza Mendelsona i w ogóle wszystko odbyło się, jak należy. Nawet zdjęcia zostały zrobione, bo Dziuniek prowadził zakład fotograficzny i wykonał je za darmo w prezencie ślubnym. A teraz nareszcie było przyjęcie weselne.
Jeszcze dziś rano teściowa powiedziała im, że tak ładnie oboje wyglądają. Było to wtedy, gdy Rafał przyszed do niej po wizycie u fryzjera, podczas której przyciął sobie trochę przydługie włosy i przy okazji zabrał – zamówiony kilka dni wcześniej w kwiaciarni – ślubny bukiecik dla Olusi. Ten bukiecik wydał mu się ładniejszy, niż sobie wyobrażał, był mały, ale niezwykle kolorowy, składający się z wielu różnych kwiatów, gerber, goździków i innych, których nawet nazwy nie znał. Ale czy to ważne? Najważniejsze, że gdy Ola go wzięła do rąk, bardzo się ucieszyła. Zdobił on Olę i ożywiał jej biel, i wszystkie ich zdjęcia z tego dnia bardzo upiększał. Później długo go jeszcze miała w wazoniku na swoim stoliku, który z powrotem wstawiła do pokoiku, teraz czekającym na tańce. Wręczając ten bukiecik Oli, Rafał, widząc jej uradowaną twarz i wesoły nastrój bijący z całej postaci, doszedł do wniosku, że to dobry moment, aby ją poprosić o coś, co go nurtowało od kilku dni, a może nawet tygodni. Otóż nie chciał i bardzo mu na tym zależało, aby Ola nie tańczyła z Markiem, jeśli on przyjdzie na to wesele.
Dobrze wiedział, jaki jest Marek – umiał ładnie mówić, to znaczy tak bałamucić dziewczyny, że one mu wierzyły, a Ola była zbyt prostolinijną i uczciwą dziewczyną, żeby go podejrzewać o złe zamiary. Na takiego podrywacza jak Marek trzeba by było doświadczonej dziewczyny, która się zna na podobnych sztuczkach, jakie on stosuje. I Rafał doskonale zdawał sobie z tego sprawę i nie chciał ryzykować, przynajmniej nie dziś, w dniu ich wielkiego święta. Bo czyż ich dzisiejszy ślub nie jest ich wspólnym wielkim świętem? Niby zadawał sobie to
14 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości
pytanie, ale doskonale wiedział, że tak jest. I z góry zaplanował sobie, że zrobi wszystko, aby ten dzień był miły i żeby oboje zapamiętali go na zawsze jako najszczęśliwszy w ich życiu. Niektórzy nawet mówią, że jaki ślub, takie życie. A inni jeszcze idą z tym dalej, mówiąc: „W jaki sposób młodzi zachowują się względem siebie na ślubie, można wnioskować, jak będą się zachowywali w przyszłym pożyciu”.
I dlatego przed ślubem, gdy przyniósł jej kwiaty z kwiaciarni, poprosił Olę, aby nie tańczyła z Markiem. Może tańczyć, z kim chce, byle tylko nie z nim. Rafał wiedział, że Ola znała się z nim wcześniej, razem bywali w katolickiej oazie, on grał na gitarze i nawet uczył ją grać na tym instrumencie, a przy tym dobrze tańczył. Dla pewności wolał więc, aby Ola nie wchodziła już z nim w bliskie kontakty, a takim był przecież taniec. Bo czy chłopak z dziewczyną nie trzymają się wtedy za ręce? I często dotykają się całym swoim ciałem, piersiami, nogami, co musi na nich oddziaływać, chyba że byliby z drewna. Nieraz chodził potańczyć do klubów studenckich i wiedział, jak to wtedy jest z dziewczynami, szczególnie gdy puszczali wolne, nastrojowe kawałki. Pary poruszały się wtedy powoli na parkiecie przytulone do siebie, stanowiąc jakby jedną całość, i widać było, że jest im z tym niezwykle dobrze. I kto wie, jak by się to wszystko kończyło, gdyby nie fakt, że odbywało się to w klubie. A ileż razy pary, nie zważając na nic, całowały się w zapamiętaniu na oczach wszystkich. I Rafał też nieraz to robił z innymi dziewczynami. Wciąż pamiętał jedną Niemkę, że jak tylko zaczęli tańczyć coś wolnego, zaraz się całowali. A później ją odprowadził do hotelu i tak skończyła się ich ta krótka znajomość.
I gdy Ola mu to szybko obiecała, on widząc, że zrobiła to tak łatwo, poprosił ją jeszcze, chcąc mieć całkowitą pewność, żeby mu na to dała swoje słowo honoru. Teraz dopiero Ola się zastanowiła, popatrzyła uważnie na niego i zrozumiała, że dla Rafała jest to naprawdę bardzo ważne, i po krótkiej chwili zastanowienia powiedziała:
– Dobrze, daję ci na to moje słowo honoru. I Rafał teraz już był pewny – Ola nie będzie tańczyła z Markiem.
Rozdział I 15
Przy stole większość stanowili starsi i ich rozmowy byłyby nudne dla tej garstki młodych, którzy jeszcze przybyli na to wesele. Nieco później przyszła tu Iza, a chwilę za nią także Marek. Źle by się czuli pośród rodzin pary młodej i dlatego Ola poprosiła ich od razu do małego pokoju – tanecznego. Siedzieli na wersalce – jedynym sprzęcie nadającym się tu do siedzenia – i zaczęli miło gawędzić. Iza, miła brunetka i koleżanka Oli ze studiów, mówiła właśnie, że to Ave, Maria, grane w czasie mszy w kościele, bardzo się jej podobało, a u tego, który śpiewał, można było poznać, że miał szkolony głos i to na pewno prawdziwy artysta.
– To był kolega mojego kolegi, tego, który grał na organach w czasie mszy – powiedział Rafał. – Znamy się od dziecka, chodziliśmy do tej samej szkoły podstawowej, byliśmy na paru obozach zuchowych, razem jeździliśmy zimą na łyżwach, czepiając się rękami przejeżdżających samochodów, teraz rzadko się spotykamy, ale wciąż podtrzymujemy znajomość, on studiuje na Akademii Muzycznej, grając na fortepianie i skrzypcach. To mój dobry kumpel – wyjaśnił Rafał. – I dobrze, że przyszedł z „wokalistą”.
– No tak – dodała Iza – muzyk przyprowadził śpiewaka, znają się, bo razem studiują.
Mówiła tak i spoglądała na Marka, który stał przy magnetofonie obrócony tyłem. Coś przy nim manipulował, bo słychać było głośne przekręcanie pokrętła do przewijania taśmy. Po chwili krótko ją przepuszczał i przy ściszonym dźwięku przesłuchiwał, czy to jest to, czego szuka. Zdążył już zdjąć marynarkę, którą zostawił w przedpokoju, i stał w samej koszuli. Był wysokim, przystojnym brunetem w okularach, a gdy stał tak w lekkim rozkroku, można było zauważyć jego szczupłą, nawet wątłą budowę, którą podkreślał opinający go w pasie pasek jego spodni. I nagle rozległa się głośniejsza muzyka, widać znalazł to, czego szukał, bo odwrócił się przodem do wszystkich i powiedział jakby uroczyście:
– No to co, zatańczymy?
Teraz już wyraźnie można było rozpoznać skrzypcowy, jakby uroczysty walc Straussa, cyk, cyk, uuuu, uuuu, cyk, cyk, aaaa, aaaa, aaaaaa… aaaaaa… cyk, cyk, aaaaaaaaaaaaa.
16 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości
Siedziałem wciąż na kanapie oparty o jej tył i z niespokojnie bijącym sercem zastanawiałem się, co mam robić? Nie umiałem tańczyć walca i dlatego nie wstałem, aby poprosić Olę na parkiet. Gdybym wiedział, jak dalej potoczą się sprawy, na pewno bym to zrobił. Dlaczego tego nie zrobiłem? Może naiwnie uważałem, że skoro nie umiem tańczyć, to nie wypada mi tego robić, może Ola mnie poprosi? Ostatecznie jednak mogłem to uczynić, jakoś bym się poruszał w tym małym pomieszczeniu, które nie pozwalało na zamaszyste ruchy i jakiś szał na parkiecie. Mogłem też poddać się prowadzeniu partnerce, wszystko byłoby lepsze od bezczynności i poddaniu się losowi. Tymczasem Marek podszedł do Oli (muszę przyznać, że zrobił to ładnie), schylił lekko głowę, jednocześnie wyciągając do niej prawą rękę i zdecydowanym głosem powiedział:
– Ola, zapraszam do walca.
A Ola wstała – widziałem, że była zaskoczona – podała mu jedną rękę, drugą położyła mu na ramieniu i gdy już mieli zatańczyć, nagle wysunęła się z jego objęć i powiedziała:
– Dziękuję, ale dziś pierwszy taniec należy się mojemu mężowi. I zostawiając go całkowicie oszołomionego, podeszła do mnie, mówiąc:
– Chodź, Rafał, zatańczymy.
I gdy wstałem trochę niepewnie, szepnęła mi do ucha:
– Nie przejmuj się, ja poprowadzę.
I rzeczywiście poprowadziła, bo ja całkowicie zdałem się na nią. Na początku nogi miałem całkowicie sztywne, ale po krótkiej chwili, widząc, że nie patrzą na nas zajęci sobą – Marek zaczął tańczył z Izą – nabrałem większej odwagi, wyczuwałem ruchy ciała Oli i starałem się do nich dopasować, nie było najgorzej, jakoś dawałem sobie radę. Tym bardziej że wujek Oli (ten od kawałów) dołączył do tańczących ze swoją znacznie młodszą od siebie żoną i zrobiło się na tyle ciasno, że o prawidłowym tańcu nie było nawet mowy – można się było jedynie kręcić w kółko na swojej małej powierzchni. I tak też robiłem. Po chwili całkiem się rozluźniłem i zaczęliśmy z Olą wesoło rozmawiać, byłem jej wdzięczny za odmówienie tańca Markowi, choć o tym jej nie
Rozdział I 17
powiedziałem – uważałem to za normalne, przecież dała mi na to swoje słowo honoru.
Muzyka jeszcze grała, a my poszliśmy do pokoju z gośćmi i usiedliśmy w środku stołu na swoich miejscach. Goście już wyraźnie się rozochocili, trochę bezładnie rozmawiali, ale czuli się swojsko, było gwarno i wesoło, rozmawiali z bliskimi sąsiadami, a także głośniej z siedzącymi po przeciwnej stronie stołu. Właściwie to nikt nie zwracał na nas uwagi, alkohol – choć był tu w małych ilościach – też zrobił swoje i wielu dodał odwagi. Po chwili z pokoju tańców wyszedł wujek Oli z żoną, zobaczył nas siedzących trochę zapomnianych i krzyknął:
– Zdrowie młodych!
I zaczął nalewać przyrządzoną przez mojego ojca przepalankę do stojących przed każdym pustych kieliszków. Ojciec był specjalistą w robieniu takiego alkoholu, który składał się z przepalonego (stopionego w garnku na ogniu) cukru, odpowiednio dobranych proporcji spirytusu i wody. Była to lekko słodka wódka, właściwa na podobne okazje, nie za mocna i dobra zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Piło się ją dobrze i na drugi dzień człowiek czuł się po niej normalnie, bez jakiegoś przykrego kaca czy bólu głowy.
A gdy już wszyscy mieli pełne kieliszki, moja ciotka, teraz niby już ośmielona, ale jednak trochę wahającym głosem, powiedziała:
– Za zdrowie młodych, oby byli szczęśliwi!
Wszyscy podnieśli napełnione kieliszki i ktoś zakrzyknął:
– Gorzko! Gorzko! Gorzko!… – Po czym reszta podchwyciła, krzycząc: – Gorzko, gorzko, gorzko!…
I ja wtedy objąłem trochę zawstydzoną Olę i pocałowałem te jej słodkie, teraz umalowane czerwoną szminką, uśmiechnięte i rozchylone usta.
Och, jak lubiłem ją całować. Wydawało mi się, że mógłbym być z nią gdziekolwiek i wciąż całować te jej cudowne usta. Nigdy mi ich nie było dosyć i robiłem to niezwykle często i wszędzie, gdy byliśmy sami i także przy ludziach. Być może było tak też dlatego, bo Ola z wzajemnością je przyjmowała – nigdy nie dała mi odczuć, że jestem jej niemiły, zawsze gotowa była mi je dawać.
18 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości
Tymczasem moja mama z pomocą teściowej zaczęły wnosić na talerzach dymiące gołąbki polane sosem grzybowym. Jak przystało na nasze wesele, nam pierwszym dostała się pokaźna ich porcja. Mama wiedziała, że lubię to danie i nałożyła mi ich sporo. Zaczęliśmy jeść razem z Olą z apetytem, podczas gdy inni dopiero je otrzymywali. Nikt nie czekał, aż wszyscy będą mieli pełne talerze. Każdy zabierał się do jedzenia zaraz po tym, jak się przed nim pojawiały. Po chwili wszyscy jedli i tylko czasem ktoś rzucił jakieś zdanie, jakie są smaczne i duże, wyraźnie się jednak uciszyło.
Tylko Dziuniek na chwilę odłożył sztućce, bo przypomniał mu się jakiś żart o jedzeniu, i zaczął:
– W restauracji gość po zjedzeniu obiadu mówi, że mu bardzo nie smakowało, danie było zimne, mięso twarde, sałatka nieświeża, prosi więc kierownika, aby mu złożyć swoje zażalenie: „Nie ma go – odpowiada kelner – poszedł zjeść obiad do innej restauracji”.
A gdy nikt tym razem się nie śmieje, Dziuniek dalej mówi:
– W restauracji gość zamawia obiad, pokazując, że chce takie samo danie, jak jedzą przy sąsiednim stoliku. Gdy kelner przynosi, gość pyta, dlaczego tego jest tak mało, przecież tamci mają dużo. „No, wie pan, oni siedzą przy oknie, to jest nasza reklama”.
I tak trwało to przyjęcie, było całkiem spokojnie i miło, dużo rozmawiano przy stole, po dłuższych przerwach mama Oli grała na pianinie jakąś melodię, której jednak goście raczej z grzeczności słuchali, bo nikt z obecnych tutaj nie znał się na muzyce poważnej. Był to przecież jakiś miły przerywnik i ubarwiał całość. A ona może to wyczuwała, że gra dla „głuchych” na taką muzykę i dlatego nie grała długo.
٭
Była już północ, muzyka w małym pokoju do tańca wciąż monotonnie przypominała, że można tu tańczyć, ale jakoś nikt się do tego nie kwapił. Gościom dobrze się siedziało, piło i rozmawiało, tym bardziej że po dłuższej przerwie w podawaniu potraw właśnie
Rozdział I 19
wnoszono małe krokiety z barszczykiem. Ja też lubiłem tę potrawę, wiedziałem, że zrobiła ją moja mama zgodnie z moim smakiem, więc z przyjemnością zająłem się swoją porcją. Krokiety były tylko lekko pikantne, z małą ilością pieprzu i ziela angielskiego, lekko posolone. Smakowały wspaniale z przepijanym, dobrze ciepłym, kiszonym barszczykiem. I gdy ja się nimi zajadałem, Ola na chwilę wyszła, jak sądziłem, do toalety. Trzeba było mieć ją na uwadze, bo wciąż była zajęta, a ja chciałem, aby była przy mnie i przy gościach. Gdy opróżniłem swój talerz, Oli wciąż jeszcze nie było. Czyżby zapomniała o swojej porcji? Krokiety i barszczyk smakują tylko wtedy, gdy są ciepłe – pomyślałem. Posiedziałem jeszcze chwilę, a gdy nie wracała, doszedłem do wniosku, że pewnie zapomniała o jedzeniu, co nieraz się jej zdarzało, bo nie bardzo o nie dbała. Wstałem więc i postanowiłem jej poszukać. W łazience nikogo nie było, w małym pokoju siedziała Iza, która też nie wiedziała, gdzie jest Ola. Otworzyłem więc drzwi do kuchni i nagle zaparło mi oddech w piersiach. Zobaczyłem w niej Marka obejmującego i całującego Olę. Pamiętam dokładnie, Ola stała oparta tyłem o kuchenkę gazową i jej dłonie także na niej spoczywały. Nie obejmowała Marka, ale też nie odrzucała jego objęć, raczej biernie przyzwalała na to, co się działo. Gdy otworzyłem drzwi, Marek przestał ją całować. Zobaczyłem jeszcze, że Ola była wyraźnie zmieszana, teraz dopiero wysunęła się z objęć Marka i chciała wyjść z kuchni. Ja jednak nie zważając na to, próbowałem z powrotem zamknąć za sobą drzwi, które ona od razu otworzyła. Byłem w szoku i tak też działałem, nie wiedząc, co naprawdę robić, poszedłem do przedpokoju. Czułem, że świat mi się zawalił, nie chciałem być tu ani chwili dłużej. Ola podeszła do mnie i chciała coś powiedzieć. Wyprzedziłem ją w tym jednak, mówiąc do niej z tłumionym gniewem:
– Dziwka! Jak mogłaś?! Na naszym ślubie?
A ona odpowiedziała:
– Rafał, wybacz. Ja… ja go nie całowałam, to on mnie pocałował.
– Dobra, dobra – odparłem. – Jesteś podła, wychodzę.
– Rafał, proszę cię, zostań, wszystko ci wyjaśnię.
20 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości
– Nie potrzebuję żadnych twoich wyjaśnień, wszystko widziałem.
I wciąż nie wiedząc, co robię – wcześniej miałem zamiar włożyć kurtkę (był listopad), ale byłem tak roztrzęsiony sytuacją, że w końcu otworzyłem drzwi wyjściowe – wyszedłem na korytarz w marynarce i szybko zbiegłem po schodach.
Kto wie, co by było, gdyby Ola natychmiast wyszła za mną? Przecież kochałem ją, była w moim typie i bardzo mi się podobała. Jednak w moim rozumowaniu ona mnie wtedy zdradziła. Pozwalając się całować drugiemu mężczyźnie, stała się wiarołomna, bo łączyła swoje ciało z innym, a więc jakby i duszę. Przecież czuła wtedy, wiedziała, że pocałunek oznacza oddanie swojej części ciała i uczuć komuś, komu już tego nie wolno dawać, bo to należy wyłącznie do tego, komu się ślubowało.
Tak jak się wtedy poczułem, nie czułem się już nigdy w życiu. I pewnie gdyby nie rodzice, których mi było żal, zapewne popełniłbym samobójstwo. Przychodziło mi na przykład do głowy, aby skoczyć z jakiegoś mostu do Wisły (nie wiem, czemu akurat taki sposób wybrałem), albo coś podobnego. Jedno jest pewne, życie z myślą o tym, co zobaczyłem, było dla mnie zbyt straszne. Obraz Oli, którą obejmuje Marek, wciąż przewijał się w moich myślach i nie chciał zniknąć. Widziałem dokładnie, jak Ola stoi oparta o kuchenkę gazową z głową zwróconą do góry. Marek był od niej znacznie wyższy – i pozwala mu się całować. Głupia – myślałem – przecież wiedziała, że w każdej chwili może ktoś wejść. Czyżby razem nie zdawali sobie z tego sprawy, że jeśli nie ja, to ktoś z gości może ich zobaczyć? Przecież mogliby mi powiedzieć o tym. A może to miało trwać tylko kilka sekund i dlatego zaryzykowali? – zastanawiałem się. No, to mieli wielkiego pecha, bo akurat trafili na mnie.
Teraz już wcześniejsze odmówienie tańca Markowi nie miało żadnego znaczenia. Och! Wolałbym już, żeby razem tańczyli. To też byłoby złamanie przysięgi, ale jednak pocałunek to jakiś wyższy poziom zdrady. I do tego na moim weselu. Nie, nie mogłem się nadziwić, jak ona mogła do tego dopuścić?!
W późniejszym życiu miałem jeszcze nieraz wiele smutnych, a nawet bolesnych chwil, na przykład spowodowanych śmiercią moich
Rozdział I 21
bliskich, ale ta była dla mnie najtragiczniejsza – w jednej chwili runęła cała moja wiara w Olę i jej uczciwość. Wydawało mi się, że straciłem wszystko, co było mi najdroższe. Sytuację potęgował fakt, że stało się to na moim ślubie i że Ola zdawała sobie sprawę, nawet dała mi swoje słowo honoru, że nie będzie tańczyć z Markiem, a więc doskonale wiedziała, jak bardzo mi zależy, aby on jej nie dotykał.
Nie bardzo wiedziałem, co mam ze sobą zrobić, ale jednak, nie mając dokąd pójść, kierowałem się w stronę domu. Było zbyt zimno, a ja nie miałem ciepłego ubrania i do tego było dobrze po północy. Długo czekałem o tej porze na nocny autobus, a gdy przyjechał, wcale się z tego nie cieszyłem. W czerwonym jelczu było kilka osób, usiadłem na pojedynczym siedzeniu, jechał szybko, a ja marzyłem, aby jechał jak najdłużej. Patrzyłem w szybę niewidzącymi oczami i wciąż zamyślony przejechałem przystanek, na którym powinienem wysiąść. W końcu dotarłem do domu, rozebrałem się i bez umycia poszedłem prosto do łóżka. Nie spałem jednak, serce tłukło mi się w piersiach tak, że je słyszałem, oddech to ustawał, to wyrywał się z ciężkim westchnieniem, obraz Marka obejmującego Olę ciągle uparcie powracał. Wreszcie nad ranem na krótko zasnąłem złym, nerwowym snem, z którego obudziłem się bardzo niezadowolony i nieszczęśliwy, bo wolałem spać, nie wracać do bolesnej rzeczywistości i nie czuć bólu.
Tego dnia nie mogłem nic jeść, szybko wyszedłem z domu, aby nikt mnie nie pytał o wczorajsze zdarzenie. Byłem pewny, że rodzice zapytają, co się stało? Miałem nawet na to gotową odpowiedź. Otóż postanowiłem powiedzieć, że nagle bardzo źle się poczułem, nie chciałem przerywać zabawy innym i dlatego wyszedłem, a gdyby mi nie uwierzyli, to trudno, zamierzałem się tego trzymać. Było mi też wstyd z powodu całej tej sytuacji i nie chciałem o tym z nikim rozmawiać. Odczuwałem wdzięczność do rodziców, że o nic nie pytali.
Po pewnym czasie pomimo wszystko zacząłem logiczniej rozumować i zadawać sobie pytania. Co dalej? Jak teraz będzie ze mną i z Olą? Przecież jesteśmy małżeństwem. I bez względu na wszystko jesteśmy mężem i żoną. No tak, ale przecież nie wiedziałem, że ona może tak
22 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości
postąpić. Zostawiłem rozwiązanie tego problemu na później, na razie zbyt cierpiałem. Czułem, że to wszystko jest niesprawiedliwe, że nie zasłużyłem na to i jestem bardzo krzywdzony, niewielu o tym wie i nikt się tym nie przejmuje. Wtedy nie wiedziałem, że przeżywam prawdziwą traumę, jestem w głębokiej depresji i pilnie potrzebuję psychologa. O takich rzeczach dowiedziałem się znacznie później, teraz byłem skazany na długotrwałe, samotne przeżywanie bólu. Byłem prawie pewny, że Ola zechce się ze mną skontaktować, aby wyjaśnić zaistniałą sytuację. Jakże się myliłem. Ani teraz, ani później nic takiego nie nastąpiło. Mijały dni i tygodnie, a ona milczała, nie spotykaliśmy się. Słowem, zapadło pomiędzy nami głuche milczenie.
Wciąż jednak czułem, że stała mi się straszna krzywda, ugodzono mnie w samo serce i ono krwawiło. Ola była przecież dla mnie wszystkim, a przy tym tak bardzo mi się podobała. Gdy byłem blisko niej, czułem potrzebę bycia jeszcze bliżej, chciałem ją przytulać, chociaż trzymać jej ręce. Miała taką zgrabną kibić, że nieprzerwanie jej pragnąłem. Nawet gdy byłem sam, wystarczyło, że o niej pomyślałem, a już zjawiała się w wyobraźni jej niezwykle zgrabna kibić i byłem gotowy do kochania się z nią. Ta jej pupa działała na moją wyobraźnię wyjątkowo, była niezwykle kształtna zarówno w spódnicy, jak i w spodniach.
Pamiętam, jak pewnego razu byliśmy na basenie. Był letni, słoneczny dzień i tak się złożyło, że tego dnia poszliśmy wyjątkowo wcześnie. Rozebraliśmy się w szatni i trzymając w rękach zdjęte ubrania, szliśmy wokół murawy basenu na drugą jego stronę. Przechodziliśmy obok słupków, z których można skakać do wody. Była tu spora grupa młodych mężczyzn w strojach kąpielowych, jak się później okazało po ich ubraniu się w mundury, jakichś wojskowych przygotowujących się na zawody pływackie. Jeden ze starszych mężczyzn rozebrany do pasa, siedzący na krześle, najwyraźniej ich przełożony, mówił do nich głośno, co czasem brzmiało jak wydawanie komend, jakby ich ćwiczył.
I gdy my w strojach kąpielowych przechodziliśmy obok nich, widziałem, że oni wszyscy patrzą na Olę. Nie było może w tym nic dziwnego, bo mężczyzn było wielu, a ona – dziewczyna jedna i do
Rozdział I 23
tego w obcisłym kostiumie. Miała na sobie ten sam niebieski kostium, w którym spotkałem ją po raz pierwszy, na nogach miała lekkie sandały na podwyższonym obcasie, które dodatkowo wydłużały jej długie nogi. Szła tak pewna siebie z rozpuszczonymi blond włosami zupełnie nieświadoma, jakie wywiera wrażenie na mężczyznach ta jej zgrabna kibić. Jednak gdy już ich minęliśmy i znajdowaliśmy się około czterech, może pięciu metrów za nimi, odwróciłem dyskretnie i lekko głowę za siebie. I zobaczyłem, że wszystkie głowy, a właściwie oczy były skierowane na tę wyjątkowo ponętną pupę Oli. Nie słyszałem żadnej komendy ze strony przełożonego tych wojaków, wykonali ten manewr tak, jakby się umówili i zrobili to całkowicie spontanicznie. Jestem przekonany, że każdy z nich zazdrościł mi takiej dziewczyny i takiej pupy. Musiało to zabawnie wyglądać, gdyż po ich minięciu nagle odwracają się głowy kilkunastu mężczyzn, którzy śledzą wzrokiem idącą dziewczynę. Już wcześniej wiedziałem, że ona ma taką figurę, że się podoba, ale teraz miałem tego jednoznaczne potwierdzenie – ona podoba się wszystkim mężczyznom, którym nie są obojętne kobiety. (O tych wojakach wodzących za nią łakomym wzrokiem nigdy jej nie powiedziałem. Jeszcze czego – myślałem. Ale byłaby dumna).
A pewnego dnia, ale to już było znacznie później, Ola sprawiła sobie długie, granatowe spodnie. Wyglądała w nich po prostu wspaniale, były doskonale dopasowane, dokładnie podkreślały jej idealny kształt bioder i tę seksowną, lekko wypiętą pupę. Nie mogłem się na to napatrzeć, tak kusząco w nich wyglądała. Zastanawiałem się, co zrobić, aby w nich nie chodziła, aby inni nie mogli na nią patrzyć, przecież wiadomo, o czym będą wtedy myśleć. Ale co jej powiedzieć? Gdybym jej powiedział, że zbyt ładnie wygląda, pewnie jak każda kobieta jeszcze częściej by je wkładała. No i nie było innego wyjścia, a w każdym razie ja go nie znalazłem – poskrobałem je z tyłu (dla niepoznaki) metalową szczotką. I w ten sposób trwale je uszkodziłem. Ola, gdy to zobaczyła, dziwiła się, skąd na nich takie paskudne rysy, ale były one z tyłu, więc z pewną niewiarą pomyślała, że musiała się o coś otrzeć. Nawet przez
24 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości
myśl jej nie przyszło, że to ja zrobiłem. Ja oczywiście udawałem, że nic a nic o tym nie wiem. A zrobiłem to w taki sposób, że nie dało się tego naprawić, otarcia były zbyt szerokie i głębokie. Trzeba by było chyba wstawić jakąś dużą łatę, ale to wyglądałoby już nieładnie. I dopiero po tym byłem spokojny, już nikomu nie będzie się pokazywać w tak ponętnie dopasowanych spodniach.
Nie tylko jej talia taka była, cała wydawała mi się ładna i niezwykle apetyczna – miała taką urodę, że jak się z nią rozmawiało, to chciało się ją kochać. A jeszcze dodatkowo te jej niezwykle cudowne usta. Gdy ją całowałem, zapominałem o całym świecie, kręciło mi się w głowie i nie mogłem logicznie myśleć. W ogóle gdy trwaliśmy w głębokim pocałunku i ona wkładała mi do ust swój milutki języczek, wtedy nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Wirowało mi w głowie, nie potrafiłem zupełnie logicznie rozumować, świat przestawał dla mnie istnieć poza jej ustami i było mi niezwykle błogo, tak, że można byłoby ze mną w tym czasie zrobić wszystko, a ja bym tak tkwił w jej objęciach. Byłem całkowicie zahipnotyzowany. Tak właśnie działały na mnie jej pocałunki.
I czy można się dziwić, że inni też pragnęli poczuć te usta? A jednak nie mogłem się z tym pogodzić. A może właśnie dlatego, że była taka piękna, chciałem ją mieć tylko dla siebie.
Tak czy inaczej, nie czułem do niej złości, raczej żal i tęsknotę. Niezmierną tęsknotę za nią, za rozmową z nią, za jej subtelnością, za jej zniewalającym śmiechem i za jej ciałem. Przecież miałem dopiero dwadzieścia trzy lata, ciało dopominało się miłości i nic nie mogłem na to poradzić, biologia i serce miały swoje prawa. Ola działała na mnie w sposób nieprawdopodobnie mocny. Gdy zaczynaliśmy się kochać, wiedziałem od razu, że pierwszy raz będzie bardzo krótko, nie byłem w stanie być w niej długo, odczuwałem to już, gdy ledwie zacząłem ją dotykać. Nie miałem wyjścia i poddawałem się temu, i dopiero za drugim razem mógł być normalny stosunek, to znaczy na tyle długi, że mogliśmy razem dłuższy czas czerpać z tego przyjemność. Jednak nawet wtedy było to jeszcze na tyle silne, że musiałem starać się myśleć
Rozdział I 25
o czymś innym, aby wytrzymać dłużej. A wszystko po to, aby Ola też była zadowolona i usatysfakcjonowana. Dopiero przy trzecim razie mogłem się nią całą spokojnie delektować z przekonaniem, że będzie tak, jak trzeba, to znaczy, że jestem w stanie zachować nad tym kontrolę. I wtedy nawet mogliśmy przy tym rozmawiać, całować się, leżeć obok siebie i znowu kochać się długo.
A jak było wtedy w sadzie u księży? Wtedy gdy byliśmy na spotkaniu z katolicką grupą młodzieży zwaną „Oazą”. Było to na początku naszej znajomości. Słabo to pamiętam, jak się to odbywało, wiem tylko, że najpierw były jakieś luźne i miłe rozmowy z księdzem prowadzącym to spotkanie, później tańczyliśmy przy magnetofonie, a wieczorem, gdy atmosfera całkiem się poluzowała, potworzyły się małe grupki chłopców i dziewcząt, i my też z Olą wyszliśmy zaczerpnąć świeżego powietrza na zewnątrz. Dalej już dokładnie wszystko pamiętam – wyszliśmy, trochę się przechadzaliśmy i w końcu usiedliśmy na jakimś pniu leżącym w sadzie u księży.
Miałem ze sobą małą piersiówkę soplicy. Wypiliśmy po łyku, rozmawialiśmy, przytulaliśmy się, całowaliśmy się bardzo namiętnie, znów wypiliśmy i postanowiliśmy się przejść między drzewami. Muszę dodać, że absolutnie nie byliśmy wstawieni, ot, trochę alkoholu dobrze nam zrobiło, ale nie było nawet mowy, aby nam szumiało w głowie. Ola miała krótką czerwoną spódniczkę, spod której widziałem jej cudowne, długie nogi. Nie mogłem się im oprzeć, wywierały na mnie tak wielkie wrażenie, że wciąż na nie patrzyłem. Bardzo jej pragnąłem, ale nie było warunków, aby tu się kochać. W pewnym momencie Ola powiedziała, że chce się jej siusiu. Poszła nieopodal za drzewo, a ja stałem jakby na straży, aby nikt jej nie przeszkadzał. Jednak w pewnej chwili się odwróciłem, nie żeby ją podglądać, raczej, aby stwierdzić, czy już skończyła. Zobaczyłem tylko w słabym świetle księżyca, że Ola, kucając, odsłoniła całe swoje białe uda i kawałek pupy. Nie mogłem oderwać wzroku od tych jej długich, umięśnionych, białych ud, takie były kuszące. Gdy wróciła, powiedziałem jej otwarcie:
– Ola, bardzo cię pragnę.
26 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości
Zacząłem ją mocno całować opartą o drzewo, naciskałem ją całym swoim ciałem. Byłem gotów choćby położyć się na trawie i kochać się tu z nią, a co mi tam, niech nas nawet ktoś zobaczy, pragnienie jej było silniejsze od wszystkiego. Ola pozwalała mi na wiele, ale opanowywała się, do niczego poważnego nie dopuściła, chociaż czułem, że ona także jest podniecona. Jednak pamiętam, że wtedy bardzo walczyłem z moim ciałem, aby nie pozwolić mu na to, czego usilnie się domagało. Może jednak pomimo wszystko alkohol trochę zdążył już zadziałać? Wycałowaliśmy się, wyściskaliśmy i wróciliśmy do salki. W tańcu znów ją całowałem. I tak było zawsze, każde spotkanie szybko przeradzało się w pieszczoty. A gdy były do tego warunki, kochaliśmy się namiętnie i bez ograniczeń.
Czy więc mogłem to wszystko zapomnieć? Ona działała na mnie zbyt mocno, aby tak się stało. Była blondynką całkowicie w moim typie, podobała mi się i żadne moje próby zapomnienia o niej nie skutkowały. Jej usta i ciało wciąż nachodziły mnie o każdej porze dnia i nocy, męczyłem się bez niej bardzo.
Cała więc moja zawziętość przeszła na Marka, pałałem odwetem do niego. Przecież wiedział, że to mój ślub i że to mój dzień. Gdyby to się wydarzyło w innym dniu, też bym miał do niego pretensje, ale to by było zupełnie co innego. I zapewne inaczej bym zareagował, może nawet bym go pobił? Byłem przecież silnym mężczyzną i zapewne łatwo dałbym mu radę. Kilka porządnych ciosów w szczękę i na poprawę w żołądek, tak, aby solidnie poczuł, sądzę, że by wystarczyło. Przecież jak trzeba było, ale tylko gdy na to zasługiwali, to z niejednym już się tak obszedłem. Tak było na przykład z jednym dryblasem, którego zupełnie niechcący potrąciłem w klubie studenckim „Pod przewiązką”. On wtedy tańczył z jakąś dziewczyną, a ja przechodziłem pomiędzy tańczącymi na drugą stronę sali, powiedziałem nawet przepraszam, ale muzyka głośno grała i on chyba tego nie słyszał. Szarpnął mnie mocno za ramię, mówiąc pewnym głosem:
– Uważaj, niezdaro, jak chodzisz.
Czy chciał w ten sposób zaimponować swojej dziewczynie? Jeśli tak, to źle trafił. Szybkim ciosem uderzyłem go mocno w żołądek i gdy
Rozdział I 27
on się schylił, wtedy jeszcze silniej poprawiłem pięścią w jego podbródek. No i padł dryblas – był ode mnie znacznie wyższy – na podłogę, zapewne dobrze uderzyłem go poniżej pasa, nie spodziewał się, nie nabrał powietrza i zatkało go. Widziałem, jak go znieśli na bok sali. Później podszedł jeszcze do mnie, bezładnie odgrażał się, mówił coś o przeproszeniu jego dziewczyny, ale wszystko skończyło się dla niego zawstydzająco, niepotrzebnie mnie zaczepiał. Z Markiem mogłem postąpić podobnie i oczywiście wyrzuciłbym go kopniakiem z mieszkania. Może Oli też bym przyłożył? A niech pamięta, że tak się ze mną nie postępuje. Byłaby pewnie spora awantura o to wszystko, ale na tym by się skończyło. Po jakimś czasie wyjaśnilibyśmy sobie całe zajście i zapewne przy dobrej woli obojga sprawy wróciłyby na dawne tory. Jednak to się stało na moim weselu, a to znaczyło zupełnie co innego. Uważałem, że byłem w tym dniu jakąś szczególną osobą, z którą wszyscy goście powinni się liczyć, traktować mnie jako ważnego, a może nawet najważniejszego (oczywiście obok Oli), a w każdym razie jako kogoś wyjątkowego, aby ten dzień był dla mnie miły, żebym go zapamiętał na całe życie. I co za ironia – naprawdę zapamiętałem go na zawsze – tylko z zupełnie innego powodu.
Nie chciałem usprawiedliwiać Marka, że się zapomniał, że to tylko pocałunek, czy że to tak jakoś wyszło i inne pokrętne tłumaczenia – zresztą on tego nie robił. Uważałem, że był dorosłym i jeśli coś zrobił, to powinien za to ponieść konsekwencje. I musi je ponieść – dodawałem w duszy.
Wyrzucałem sobie w myślach, że to ja go zaprosiłem na ten ślub. Wiedziałem, że jeszcze do niedawna coś było pomiędzy nim i Olą, ale byłem przekonany, że to całkowicie skończone. Może gdyby nie to nasze pożegnanie się z „Oazą”, na którym nam tak ładnie śpiewali Sto lat przy akompaniamencie gitary, nie zaprosiłbym paru osób na nasze wesele. Zrobiłem to wtedy jakoś z wdzięczności za taką miłą dla nas uroczystość, później nawet trochę żałowałem, bo nie pomyślałem, że przecież nie ma miejsca w mieszkaniu Oli. Wreszcie doszedłem do wniosku, że sprawa sama się rozwiąże, bo pewnie nikt nie przyjdzie. Jednak Marek o zaproszeniu pamiętał i przyszedł. Już wtedy musiał
mieć nieczyste zamiary, bo w przeciwnym wypadku przyszedłby ze swoją nową dziewczyną Ewą, którą też znałem, a tymczasem przyszedł sam.
28 Potrójny układ, czyli ciemne aleje miłości