Kategorie blog
W kręgu miłości
W kręgu miłości






















Powieść w obu częściach jest wybuchającym wulkanem miłości,
nigdy niegasnącym.
Gdy miłość pojawi się na horyzoncie Twojego życia,
nie zapominaj, że wymaga od Ciebie specjalnej pielęgnacji.






I



        Pierwsze promienie słońca skradały się przez kiście szkarłatnej jarzębiny i konary brunatnozłotych dębów, kładąc zabawne cienie na wąskiej drewnianej ławeczce.
        Joanna siedziała na ławce obok ciemnozielonych śnieguliczek, podpierając dłonią podbródek i tonąc przy tym w morzu myśli, przenosząc się co chwila w krainę marzeń, gdzie nie odlicza się czasu ani przestrzeni…
        Gruby tom książki leżał na jej chłodnych kolanach, które ledwie zakrywała granatowa minispódniczka.
        Spokój i cisza panowały o tej porze w parku obok Liceum Pedagogicznego, tylko wróble, gdzieś wysoko ponad wierzchołkami rozłożystych klonów, wydzwaniały swoje trele, by ją orzeźwić, lecz i te dźwięki były dla niej puste i takie wpadały do jej uszu.
        Chwile oczekiwania dłużyły jej się w nieskończoność.
        Dzień zapowiadał się pogodny. Na lazurowym niebie żadnej ciemnej chmurki, która mogłaby przyćmić jej marzenia.
        – Co czytasz? – zapytał ją jakby trochę zmieszany. – Myślę, że jest to dobry romans, gdyż nie zauważyłaś nawet mojej obecności.
        – Czytam Quo vadis Sienkiewicza i zastanawiam się, jak bardzo trudne były początki chrześcijaństwa.
        – Kocham cię nad życie, słodka ty moja chrześcijanko. Lidio, ty moja Lidio!
        Ujął jej dłoń, a drugą ręką bawił się jej długimi loczkami, co pewien czas w pośpiechu całując rozwichrzoną grzywkę.


7




        – Lubię cię czasem, zwłaszcza gdy mówisz cicho, spokojnie i gdy zatrzymujesz rozważnie swój wzrok na czymkolwiek. Twoje oczy mówią wtedy za ciebie – powiedziała cicho, wprost niedosłyszalnie.
        – Oj! Nie to chciałem usłyszeć! – Mrugnął zalotnie, uśmiechając się przy tym słodko.
        – Kocham cię, Henryku, nie mniej niż ty mnie, chociaż tak mało o tobie wiem.
        Westchnął głęboko, zajrzał czule w jej ciekawe źrenice i odparł bez namysłu:
        – Jestem francusko-polskim chłopcem, mam kochaną mamę, i tyle tymczasem. O mojej przeszłości dowiesz się potem.
        Akurat zadźwięczał szkolny dzwonek.
        Poderwała się z ławki z jego słowami i pobiegła na lekcję. „Francusko-polski” brzmiało w jej uszach. Jaki on delikatny – myślała. Nie słyszała, gdy wezwano ją do odpowiedzi.
        – Joanna! – powtórzył profesor.
        – Przepraszam, panie profesorze, nie słyszałam pytania – powiedziała zawstydzona.
        – Musisz, moje dziecko, zapomnieć o domu i o wszystkim, co cię otacza, a swoją uwagę skupić na lekcji języka polskiego!
        – Przepraszam. Bardzo mi przykro. Czy mógłby pan profesor powtórzyć pytanie?
        – Oczywiście! Pytanie brzmiało: Która z książek przeczytanych podczas wakacji najbardziej ci się podoba i dlaczego?
        – Nie przeczytałam żadnej, ale wpadł mi w ręce bardzo interesujący pamiętnik, który nie miał autora.
        – Jak to?


8




        – Po prostu, anonimowy autor. Rano znalazłam go na ławeczce w moim ogródku. Autor prosił, aby za dwa tygodnie zostawić go w tym samym miejscu.
        – No więc załóżmy, że pamiętnik to książka, autor anonimowy – rzekł profesor. – Co ci się w nim najbardziej podobało?
        – Wszystko, panie profesorze. Styl i szczere wyznanie winy oraz honor młodej kobiety – odrzekła bez namysłu. – A podoba mi się dlatego, że bohaterka opowiadania wykazała się wielką odwagą mimo ciężkich przeżyć na emigracji. Zdobyła się przy tym na bohaterski czyn w swoim dwudziestym roku życia.
        – Joanno! Czy możesz nam o niej opowiedzieć?
        – Tak, bardzo chętnie.
        Najchętniej opowiedziałabym o niej Henrykowi – pomyślała i rzuciła wzrokiem na ławeczkę, na której przed chwilą siedziała z książką.
        A potem zaczęła swą opowieść:
       
       
        Józia była piękną dziewczyną, która, jak wielu, wyemigrowała do Francji za chlebem do bardzo bogatych ludzi. Podjęła pracę jako pokojówka. Państwo Baudelaire’owie lubili miłą Józię, gdyż była cicha, skromna i nadzwyczaj inteligentna. Cokolwiek wykonywała, robiła to z wielką starannością. Nic więc dziwnego, że podbiła serce młodego panicza, który po pewnym czasie zakochał się w uroczej nastolatce. Nie czuła tego, gdyż jego błyskotliwa inteligencja nigdy nie zdradzała myśli, które krążyły w jego młodej głowie.
        Któregoś dnia chciała pójść na spacer. On chętnie się zgodził. Jednak jego uwagę odwróciła matka.


9




        Zadając synowi osobiste pytanie, zwróciła się do niego po francusku. Jej mina była groźna…
        Młody umysł Józi zareagował szybko. Zrozumiała, że pomysł pójścia z paniczem na spacer nie jest odpowiedni. Wróciła do swojego pokoiku i zaczęła rozmyślać: Czy kiedyś będę mogła żyć inaczej? Jak długo pozostanę służącą? Czy Francja będzie do końca życia moim krajem? – Te wszystkie myśli naraz cisnęły jej się do głowy. – Och! Gdybym tak miała rodziców, rodzeństwo, byłabym najszczęśliwszą osobą na świecie – myślała z goryczą. – Jestem biedna, więc nawet ubogie szczęście nie śmie się do mnie uśmiechnąć. Nigdy w życiu nie byłam kochana. Czy to nie smutne? – Z tą refleksją patrzyła na tory i na nadjeżdżający pociąg, który właśnie zdążał w kierunku, w którym biegły jej strapione myśli, skryte przed światem jak złodziejskie marzenia.
        – Dlaczego zrezygnowałaś ze spaceru? – padło pytanie Harry’ego, który zjawił się nie wiadomo skąd.
        – Chciałam pomarzyć o domu – odrzekła cicho, jakby się bała, żeby ktoś tego, co powiedziała, nie usłyszał.
        – Józiu, nasz dom jest również twoim domem. Jesteś w nim nieśmiała i pełna obaw o wszystko, co cię otacza. Jestem jedynakiem, a to powinno dla ciebie coś znaczyć.
        – Może masz rację? – Rumieniec pokrył jej lica, oczy błysnęły blaskiem, usta napełniły się miłością, flirtem i szczęściem odebranym zjego serca. Zaśmiała się głośno, ukazując białe zęby, co uczyniło ją jeszcze piękniejszą. I aby odbiec od tematu, rzuciła mu wymijające pytanie: – Harry! Czy twój ojciec jest pochodzenia polskiego?
        – Nie, on jest rodowitym Francuzem. Moja mama jest Polką. Ojciec stara się za wszelką cenę mówić poprawnie, lecz nie zawsze to wypada gładko.


10




Akcentuje czasem śmiesznie, ale że używamy polszczyzny na co dzień, to zasługa mamy. Dołączysz wkrótce do naszej rodziny, co oznacza, że język polski w tym domu się wzbogaci.
        Po chwili zastanowienia, z bojaźnią w głosie, zmusiła się do wypowiedzenia reszty drżących słów:
        – To, co usłyszałam, jest cudowne. To cień twoich marzeń. Wiesz, że ta idylla szybko zostałaby zniszczona.
        Nastało głuche milczenie. Duża mucha zabrzęczała obok, a potem nad nią, zagłuszając słowa rzucone w powietrze z jej malinowych ust. Rzucił jej głębokie spojrzenie, które było dla niej szalone i potężne… A potem szybko wybiegł.
        Patrzyła, jak się oddala, czując dzięki temu, co usłyszała, że świat rozjaśnił się trochę, lecz powróciwszy do swoich marzeń, znów zaczęła sobie zadawać pytania, doznając przy tym napadu przerażenia: Czy matka Harry’ego zaakceptuje mnie taką, jaką jestem? Chcę tego! Pragnę czuć się bezpieczną, potrzebną istotą na ziemi, chcę się dowartościować, chociażby sama dla siebie. Czy z perspektywy czasu nie zauważyłam szczęścia? – Spąsowiała, bo odpowiedzią było potwierdzenie. Tak!


#



        Była właśnie pogodna sobota. Szczególny, rozkoszny dla duszy spragnionej, dzień, który kochała jeszcze w dzieciństwie, w sierocińcu i od zarania wczesnych młodzieńczych lat. Czekała z wielkim utęsknieniem na te wolne od zajęć godziny, na chwilę swobody dla strapionych myśli, które nie dawały jej spokoju.


11




Miała ochotę pojechać do centrum Paryża, by popatrzeć na ludzki pośpiech, który panował już od rana do późnej nocy, a potem do brzasku dnia. I wrócić, by następnego dnia mieć ręce gotowe do pracy. Robiła zakupy, chodząc zaułkami znanych uliczek, jak spłoszony zając; obawiając się szerokich bulwarów, ogromnych szklanych wieżowców i tych nieprzyjemnych oparów wydzielających się spod kół samochodowych.
        Poprawiło jej to samopoczucie, minęła melancholia i nawet fatalny dzień, jakim bywał poniedziałek, stał się dla niej miłym dniem, który właśnie powitał ją słonecznym blaskiem już z samego rana, by napełnić ją nową siłą i promienną radością. Stanęła w oknie, wiodąc wzrokiem po opodal rosnącej, strzępiastej sośnie, wsłuchując się w cichy śpiew ptaków.
        Harry, przebiegając szybko, rzucił jej słodkie pozdrowienie. Odpowiedziała, przyłapując się na tym, że popełniła gafę. W obecności pani Baudelaire należało zwracać się do niego zgodnie z manierami – per „paniczu”. Z niewysłowionym westchnieniem uspokoiła swoje rozhuśtane głębszym rozważaniem serce i zeszła do maleńkiego ogródka różanego, by być choć chwilę blisko niego.
        Stanął i patrzył, patrzył na jej długie i zgrabne nogi, okrągłe piersi pod muślinową bluzeczką, to znów na lśniące włosy, rozwiane przez lekki, ciepły wiaterek. Czuła jego wzrok na całym ciele i w całej swej duszy, która zbuntowana wydała jej rozkaz, by wracać, aby nie narazić się jego chmurnej matce.
        W czwartek podawano ryby. Czekali na ten dzień i lubili go niemal wszyscy. Państwo Baudelaire’owie spędzali dość dużo czasu w mieście, zabierając ze sobą Harry’ego. Lubił ten dzień. Był dla niego prawdziwą rozrywką. Cieszył się do woli oglądaniem bajecznych wystaw, kupował ulubione płyty gramofonowe, książki i znaczki pocztowe różnych krajów.



12




        Tego dnia miał inne plany. Postanowił zdecydowanie pozostać w domu z całym zasobem nadzwyczajnych myśli. Co było powodem? Można się było jedynie domyślać.
        Ten dzień był również nadzwyczajnie radosny dla Józi. Przechodząc alejką, gdzie rosła sałata, znalazła piękny pierścionek. Z daleka bił od niego blask i nic dziwnego, że z radości uśmiechały się do niego jej oczy i usta. Kto mógłby go tu zgubić? Leżał w dobrze widocznym miejscu i był nowy – zastanawiała się z zapartym tchem. Postanowiła zapytać mamę Harry’ego, gdyż tylko ona nosiła tak drogie klejnoty, lecz coś powstrzymywało tę nagłą decyzję. W tym momencie pragnęła być jego właścicielką, posiadać również tego, kto kupuje tak cenne rzeczy. Intuicja jej nie zawiodła. Stało się nagle coś, co wyzwoliło ją z tych smutnych myśli, a napawało optymizmem, że jest młodą dziewczyną i wszystko może się wydarzyć. Może być mężatką, może mieć dzieci i wszystko, co wiąże się z rodziną. Wstąpiła w nią nadzieja, która długo jej nie opuszczała. Westchnęła głęboko i pomknęła do kuchni, trzymając lśniący złoty pierścionek, który swoim blaskiem oświecał ją całą. Położyła sałatę, nie wiedząc, co dalej z nią zrobić.
        Jest popołudnie, pomogę więc kucharce, a po kolacji będę do syta czytać, choć to idzie mi bardzo słabo, marzyć i zastanawiać się właśnie, co mogę zrobić w swoim życiu, by je odmienić, by ono stało się inne, lżejsze i weselsze – postanowiła.
        Harry przerwał jej tok myślenia, wyrwał ją z tej zadumy. Nucąc coś wesołego, zbliżył się ostrożnie, stanął blisko niej i zapytał poufale:


13




        – O czym tak rozmyśla ta miła i ładna dziewczyna?
        – O przeszłości!
        – O przeszłości czy przyszłości? Przyszłość masz w ręku, przeszłość poza tobą, to już historia – rzekł spokojnie. – Podoba ci się? – Wskazał na pierścionek.
        – Tak, ale…
        – Jest twój!
        – Dziękuję!
        – Położyłem go tam, by sprawić ci radość…
        – I też rozczarowanie – odpowiedziała z bojaźnią. – I niespodziankę – dopowiedziała po chwili.
        – Wiedziałem, że jesteś uważna i znajdziesz go. Sprawdziłem też, że w jadłospisie jest na dziś sałata, a ty po nią pójdziesz do ogrodu wyznaczonym szlakiem.
        Przygryzła wargi, zarumieniła się lekko zradości izarazem wzruszyła, a on, widząc to, przyciągnął jej dłoń, włożył jej pierścionek na palec, uniósł do swoich ust i musnął delikatnie, sprawiając jej przyjemność, jakiej dotąd nigdy nie zaznała.
        – Co to wszystko znaczy? – zapytała serdecznie.
        Harry nie dał jej więcej nic powiedzieć, tylko szybko powtarzał wyznanie miłości, jakby się bał, że ktoś za chwilę mu przerwie.
        – Kocham cię całym sercem od dawna, szukam cię stale wzrokiem, a ty zdajesz się tego nie zauważać.
        – I ja cię kocham! – powtórzyła za nim, lecz nie była pewna, dlaczego wypowiedziała te słowa właśnie teraz. Wyrwała się natychmiast zjego ramion. Czy to jest miłość? Prawdziwe uczucie? Czy akt woli? – rozmyślała, uwolniwszy się całkowicie od niego. Czuła, że to jest przeżycie swoistego gatunku, które ogarnia całego człowieka i w którym uczestniczy zarówno wola, jak i uczucie.


14




        – Miłość to zauroczenie, oczarowanie – powiedziała odważnie. – A teraz zostaw mnie z moimi marzeniami, bym mogła je uporządkować. Moje myśli kłębią się w sercu i chcą wołać, krzyczeć całemu światu, by ogłosić to szczęście, którego tak pragnę.
        – Nie mogę stąd odejść – rzekł z entuzjazmem. – Chcę zawsze i wszędzie być blisko ciebie. Teraz jest okazja. Kocham cię, bo widzę w tobie dobroć, szlachetność i pracowitość. Tylko takiego szczęścia pragnę. Czy wiesz, jakie przymioty ma miłość?
        – Nie, bo nigdy jej nie zaznałam – odpowiedziała. – Ale w moim sercu zaszły już zmiany.
        – Hm! Słuchaj, Józiu – zaczął Harry, nie szczędząc wyjaśnień. – Miłość to bycie do dyspozycji, gotowość poświęcenia się bez reszty, chęć zaopiekowania się osobą kochaną, bycia jej potrzebnym. To wszystko znajdziesz u mnie. Możesz na mnie liczyć zawsze i wszędzie.
        Była zaskoczona i dumna z tych słów, a on widział, jaka nastąpiła w niej metamorfoza. Dziś po raz pierwszy zauważył w niej młodą kobietę, z którą pragnął wiązać na dobre i złe własny los. Zbliżył się śmielej, przycisnął ją do mocno bijącego serca i wyszeptał jak można najczulej:
        – Ty albo nikt! Ty albo żadna! Przysięgam! I dotrzymam przysięgi aż do śmierci.
        Stali tak kilka minut w kuchni przy otwartym oknie, nie wiedząc, dokąd się stamtąd udać, a lipa sięgająca parapetu jakby się uśmiechała, kołysząc liśćmi, że jest świadkiem ich wspólnego szczęścia.


15




        Kolacja odbyła się o należytej porze, lecz Józia nie trąciła jej prawie wcale. Zjadła zaledwie maleńki kawałeczek koziego sera. Jej żołądek był zablokowany. Po raz pierwszy w życiu zauważyła, że dzieje się z nią coś dziwnego, a zarazem pięknego.
        Harry usiadł naprzeciw niej. Ona jako pokojówka mogła razem z państwem jadać posiłki w ich jadalni. Było to życzeniem pana domu. Pił gorącą czekoladę, co pewien czas ukradkiem spoglądając na nią.
        Ona dziś chciała siedzieć tu jak najdłużej. Chciała, by był blisko niej na zawsze. Około godziny dwudziestej drugiej położyła się spać. Zegar ścienny równiutko odmierzał czas, który najchętniej chciałaby cofnąć i zatrzymać na tych romantycznych wydarzeniach popołudnia, które zdały się zaledwie chwilką. Wydawało jej się, że te momenty ich wspólnego szczęścia mogą nigdy nie wrócić.
        Nie chciała przespać tej nocy; marzeniami i myślami o nim chciała przypieczętować resztę tego miłego dnia. Leżąc, przypomniała sobie swoje stanowisko, które jak zły sen ciągle ją prześladowało, lecz to, co się w niej działo, szybko rozpraszało niemiłe myśli. Zamknęła oczy i poddała się wyobraźni. Czuła jego oddech, widziała jego czarne kręcone włosy. Słyszała jego głos: „Kocham cię”. Otworzyła usta, by samej sobie te słowa powtórzyć, potwierdzić i… nagle nie wymówiła żadnego z nich. Stał obok niej, to on wypowiedział je za nią:
        – Boże! Jak ja cię kocham!
        Nie myśląc już o niczym, pragnęła, by choć raz ją pocałował, czego nikt dotąd nie uczynił, nawet w dzieciństwie. Pragnęła tego całym sercem i tą zbolałą sierocą duszą.


16




Otworzyła usta, a on bez cienia namysłu przyłożył do nich swoje. Poczuła dreszcz na całym ciele, a spazmatyczne skurcze targnęły nią w okolicach serca.
        Czy ja go naprawdę kocham, czy tylko pożądam? – zadała sobie wmyślach pytanie isama sobie odpowiedziała: Kocham…
        Było jej wszystko jedno, że ktoś mógł w tym czasie wejść do jej pokoju. Chciała tylko, by ją tulił i całował.
        – Nikt nigdy mnie nie całował – wyrwało jej się z uwolnionych przez niego ust.
        – Będę cię całował tak długo, jak tylko będziesz tego chciała. Spróbuję nadrobić to, czego ci Bóg poskąpił w twoim sierocym dzieciństwie. A w moim? – zastanowił się. – Mam wprawdzie kochających rodziców, ale jakże mało zaznałem od nich czułości! Właśnie tego: przytulenia, pogłaskania, uścisku brakuje mi do dziś. W zamian za to dawano mi ładne ubranka, których nie wolno mi było brudzić. Dano mi kochaną nianię, której nie wolno było mnie całować… To ja ją często całowałem, przepraszając, wynagradzając krzywdę, gdy za daleko od niej odbiegłem, a ona ostatkiem sił pędziła i krzyczała jak opętana, żebym wrócił. Zazdrościłem rówieśnikom tych pieszczot, dlatego lubiłem bajki niani, które kończyły się cudownie i w których były pocałunki.
        Pocałunkom więc i pieszczotom nie było końca. Jakiś żar wydobywał się z niego wraz ze słowami:
        – Kocham cię! Ty albo żadna!
        Wargi kryjące w sobie wszelką zmysłowość drżały jak rozkwitnięty kwiat, gdy spada na niego rosa. Gładziła jego poskręcane włosy, całowała ogniste oczy.
        Być biedną, ale szczęśliwą to już coś, to już przyjemność nadziemska – myślała. – Mogę z nim przecież gdzieś uciec, dokądś wyjechać, gdyż wiem, że jego rodzice zaprotestują.


17




Myśl o pani Baudelaire przyćmiła jej uczucia, ale tylko na chwilę. Przytuliła go mocniej, by się od niej nie oderwał, nie odłączył na zawsze…
        I… wyzwoliła z niego to, co stało się następstwem bólu, cierpienia, rozpaczy i świadomości o wiele spóźnionej. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami ani nad tym, co może przynieść rozmowa z jego rodzicami, chciała być razem z Harrym i posiadać go na własność. Całe swoje sieroce dzieciństwo zamieniła dziś w rozkosz i bezgraniczne szczęście. Nie miała już pretensji do Pana Boga, że wyznaczył jej szlak do Francji, gdzie jest biedną, stęsknioną duszyczką.
        Ten dzień uznała za nagrodę. On zastąpił jej nieobecną matkę, która może ją kochała, a może jej kamienne serce nigdy nie drgnęło? Może przez dwadzieścia lat wcale jej nie szukała, a może właśnie w ten dzień, tak wspaniały i radosny, potrzebowała jej pomocy? A może wiele łez wylała, nie mogąc się z nią spotkać? Ani Józia, ani nikt inny nie wiedział, co właściwie się stało. Zaledwie kilka godzin po urodzeniu znaleziono ją w lesie, w chłodny, dżdżysty dzień… Znalazła ją staruszka Józia i tak też ją nazwała. Harry zastąpił jej nie tylko matkę, lecz cały świat, kogoś, kto wręcza nagrody i dyplomy, kto obdarza swą mądrością.
        On uśmiechnięty, choć wystraszony, długo jeszcze wpatrywał się w jej długie, pachnące włosy i oczy tak piękne jak tęcza, które mówiły: Nadeszło szczęście! Nie jestem sama! Mam przyjaciela.


18




#


        Spotkali się całą rodziną jak zwykle przy śniadaniu.
        Józia z nabożną miną milczała, wpatrując się w radosne zachowanie Harry’ego, który znał powód jej milczenia.
        Przecież miłość nie potrzebuje słów – myślał.
        Pani Baudelaire uchwyciła ten moment i z całą przyziemną trzeźwością rozpoczęła obserwację.
        Pan Baudelaire wczuł się w sytuację Józi i podjął decyzję o ratowaniu praw syna.
        – Józia jest piękną dziewczyną, jak róża – powiedział, zwróciwszy wzrok w stronę żony, której twarz zaogniła się natychmiast.
        – To prawda – potwierdził Harry – lecz wszystko zależy od pielęgnacji tego szlachetnego kwiatka. Uważam, że ta róża znajdzie się w dobrych rękach i będzie dobrze pielęgnowana. Prawda, mamuś? – Czekał na potwierdzenie, wpatrując się w usta matki zaciśnięte w złości. Wtedy jakby chóry anielskie wtórowały jego słowom i myślom.
        Józię ogarnął bezgraniczny lęk. Wiedziała, że burza wisi w powietrzu iza chwilę nawałnica zacznie sypać gradem ognistych gromów. Strach był tak wielki, że przerodził się w niepewność jej rzeczywistości. W uszach czuła szum wiatru, na przemian z dziwnymi hałasami i stukotem kół wagonów pociągu. Uczucie to było dotąd jej nieznane. Wydawało jej się, że to, co słyszy, jest jakieś pozaziemskie, za głośne, że zbliża się koniec świata. Drżała na całym ciele, strach wciąż się nasilał i jej nie opuszczał. Nasilał się też stukot, który przemieniał się w hałaśliwy huk. To biło jej rozkołysane serce, które raz po raz wystukiwało głośno słowa: „Musisz być dzielna”.


19




        Nastąpiła ogólna cisza. Józia próbowała rozładować atmosferę, zmienić nastrój, załagodzić sytuację, o której wszyscy wiedzieli, ale brak im było odwagi, by zacząć rozmowę. Musiała się jednak pohamować, gdyż pani Baudelaire w tym czasie tak głośno westchnęła, że odebrała jej resztę pewności siebie i głos. Wszyscy zwrócili na nią oczy z wyczekiwaniem.
        Cisza jednak zalegała dalej. Słychać było jedynie tykanie zegara.
        – Nie! Nie, nie pozwolę! – jęknęła. – Mój syn i…
        – …służąca – dokończyła za nią Józia, sama jednak zbladła jak noc księżycowa. Siedziała tak przerażona tym widokiem, że zapomniała, gdzie się naprawdę znajduje. Wzrok swój skierowała na Harry’ego, szukając w nim pomocy i wsparcia ducha.
        On zrozumiał jej intencje oraz to, że naładowany pocisk musi wybuchnąć teraz, gdyż nie można go będzie nigdy odsunąć. Spokojnie zwrócił więc głowę w stronę zdenerwowanej matki i z szacunkiem, cicho i pełen odwagi powiedział:
        – Mamo! Ty jedna wiesz najlepiej, jak piękna jest miłość, gdy nikt nie stara się jej stargać. Uczyłaś mnie tej miłości tyle lat – miłości do bliźnich, do ciebie, a więc uwierz, że te słowa zamieszkały w moim dorosłym sercu. Zasiałaś tę miłość we mnie, choć przykro mi, że jej nie okazujesz, gdy naprawdę borykam się z trudnościami. Zawdzięczam ci wychowanie, mój zaszczytny zawód, od którego jestem o krok, a który dając szansę wielkiej przyszłości, odebrał mi część zdrowia. Ty jedna wiesz, że moje zdolności nie są zbyt duże. Przerastają je moje chęci. Bądź dumna! Osiągnęliśmy wspólnie cel. Ty zaspokoiłaś swoje aspiracje życiowe, bo marzenia twoje się spełniają: syn lekarz, chirurg. A moje?


21




Moje nie są mniejsze. Ciężka nauka i praca po nocach przyniosła owoce. To moja ogromna satysfakcja! A marzenie? Mam też swoje ukryte dotąd jak największy skarb. Chciałbym je dziś z radością ukazać przed tobą, lecz jak? Dopomóż mi, Boże! I ty, mamo, też!
       
        – Dziękuję, Joanno! Siadaj, proszę – powiedział profesor Estko, spojrzawszy na zegarek.
        W klasie zawrzało. Padły pytania dotyczące dalszego ciągu. Profesor przebiegł wzrokiem po zainteresowanych uczniach.
        – Jutro będziemy kontynuować.
        Wtedy Joanna wstała i zniżonym głosem rzekła:
        – Panie profesorze, o dalszych losach Józi i Harry’ego wolałabym nie mówić.
        – Hm! Dokończymy jutro. Opowiadanie uważam za ciekawe.
        Lekcja dobiegała końca. Profesor błyskawicznie zapytał jeszcze dwóch uczniów. Jeden z nich opowiedział fragment książki Dzieci Kapitana Granta. Ujął opowiadanie zwięźle, lecz Joanna nie była w stanie się skupić. Pragnęła jak najszybciej poznać bohaterów pamiętnika oraz jego autora. Była myślami przy Harrym i jego matce.
        Zadźwięczał dzwonek, Joanna wybiegła z klasy na skróconą przerwę. Henryk, jak zwykle, stał przy wyjściu.
        – Jesteś strasznie blada, Joanno! Czy coś się stało?
        – Nie, naprawdę nic!
        Henryk stał skupiony, słuchając dziewcząt, które mówiły wszystkie naraz o znanych mu bohaterach powieści.
        – Czy wiecie, jak zakończyła się powieść? – zapytał.


21




        – Nie! – odpowiedziały jednogłośnie. – Dowiemy się jutro na lekcji.
        Henryk spojrzał na nie, spoważniał, przygryzł wargi i rzekł:
        – A co wy na to, gdy powiem, że powieść się kończy, zaczynając?
        – Co to znaczy? – chciała wiedzieć Joanna.
        Nikt nie zwrócił na niego uwagi, dopiero gdy zadźwięczał dzwonek, podszedł do dziewczyny. Miał zaczerwienione i załzawione oczy, smutny wyraz twarzy, lecz nie powiedział ani słowa na temat książki. Wystarczyło spojrzenie, ale tylko dla niego…
        Rozbiegli się uczniowie do klas i rozbiegły się jego myśli, bo zaczęła się właśnie lekcja biologii. Był do niej świetnie przygotowany, wiedział, że będzie odpowiadał, jeżeli tylko któryś z uczniów nie będzie miał dostatecznych wiadomości. Tego dnia zaskoczył profesora Pestkę. Jego umysł działał na zwolnionych obrotach. Gdy odpowiadał na zadawane pytania, gubił się w odpowiedziach, zastanawiał się zbyt długo i bez rezultatu, a jeżeli coś powiedział i tak było nie na temat. Profesor, znając go dobrze, zorientował się, że dziś jest niedysponowany, i nie powinien go pytać. Nie zapytał też o żadną przyczynę.
        Lekcje skończyły się wcześniej. Joanna, idąc alejkami parku, poczuła się bardzo zmęczona. Wciąż rozmyślała o jutrzejszych lekcjach. Trema na środku klasy nigdy jej nie opuszczała, a właśnie jutro przypadała wizytacja dyrektora, co podwoiło jej nieśmiałość. Odpowiedzi przed klasą wypadały jej gorzej od prac pisemnych. Zauważyła nasilającą się tremę, ale też inne zmiany zachodzące w jej organizmie, że to, co było jej obojętne, nagle zaczyna być interesujące:


22




poezja, proza romantyczna, psychologia. To stało się jej pasją. Urok widziała nawet w kwiatku przydeptanym przez ludzi. Na cokolwiek patrzyła, było piękniejsze niż kiedykolwiek… I ptaszki ładniej ćwierkały, i drzewa głośniej szumiały, i wszystko, co ją otaczało, swe barwy zmieniało na wyrazistsze, i cały świat stał się kolorowy i romantyczny jakiś, a ona szczęśliwa obracała się w nim, nie widząc niczego złego. Ale zło czyhało obok i na nią, lecz jakże długo się zastanawiało, czy może jej dotknąć…
        I w tej zadumie ogromnej trwało aż kilka lat… A potem, zupełnie niepotrzebnie, zbliżyło się do niej!
        Wszystkie te wydarzenia świadczyły o tym, że młoda dziewczyna przeistoczyła się w dorosłą osobę. Zaczynała wkraczać w świat dorosłych, w krąg miłości, sytuacji, czasami przykrych i gorzkich, ale i cudownych.
        Wróciła do wydarzeń z pamiętnika. Na myśl, co się wydarzyło w końcowym etapie, mocniej zabiło jej serce. Dreszcz targnął jej ciałem, a po chwili ciepło rozlało się po jej młodziutkiej duszy.
        Była zmęczona szarością dnia i porą roku. Jak uśpione misie, jak trawy i polne kwiatki, jak skowronki, które pragnęły wracać i śpiewać tym najsmutniejszym ludziom, którym nie ma kto zanucić wesołej nutki, tak i ona gorąco pragnęła wiosny, choć w sercu dawno ją już przywitała.
        Otrząsnęła się z marzeń.
        Zaczęła układać powoli plan jutrzejszego opowiadania, grzęznąć w tym wszystkim. Świat jest piękny, lecz ani jego piękno, ani wdzięk, ani bogactwo, ani młodość ludziom nie wystarcza, górują aspiracje, znieczulica i odrętwienie.


23




        Historia ludzi z pamiętnika nie była jej obojętna, a osoby, choć dotąd nieznane, stały jej się bliskie.
        Tego dnia wstała wcześniej. Ubrała się bardzo starannie, świadoma, że będzie odpowiadać na środku klasy, a wszystkie oczy skierują się na nią, pełne komentarzy, uwag, a może nawet krytyki.
        Oby tylko wszystko wspaniale wypadło – myślała, uspokajając się nieco. Chciałaby najpierw opowiedzieć o tym Henrykowi, ale przypomniała sobie, że on nie jest zainteresowany. Zauważyła to przecież podczas wczorajszego spotkania. Ciekawe, jaki trapił go kłopot. Miał przecież bardzo czerwone oczy, widoczne były przez szkła okularów.
        – Joanno!
        – Tak, panie profesorze!
        – Proszę nam dokończyć swoje opowiadanie.
        Profesor Estko potarł dłonią brodę, zdjął okulary i badawczo obserwował Joannę. Zauważyła to, wychodząc na środek klasy – ta nieśmiała ciągle istota, która poruszała się jak w hipnozie. Uważała, że właśnie dziś jej opowiadanie jest konieczne, by zaspokoić ciekawość uczniów.
        – Joanno, czy jesteś przygotowana?
        – Tak, dostatecznie.
        – O! To trochę za mało.
        – Przecież mówił pan, profesorze, że czwórki i piątki są tylko dla nauczycieli.
        – Masz świetną pamięć, Joanno! – Profesor mrugnął porozumiewawczo.
        – Tak, akurat do tego!
        Cała klasa huknęła śmiechem, a ona speszona zapytała:
        – Czy mógłby mi ktoś przypomnieć, na czym skończyłam?


24




        – Na miłości – powiedział ktoś z kpiną.
        – Tak, to prawda – odpowiedziała mu Joanna. – Nie sądziłam, że miłość może być potężniejsza niż śmierć.
        – Prawda! Joanno, powiedziałaś to tak, jakby dotyczyło ciebie.
        Spojrzała w bok: kolega, który przed chwilą się odezwał, spuścił głowę i zamilkł.
        – Joanno, uwaga! Pozwól, że przywrócę ci myśli – powiedział głośno profesor. – Skończyłaś na tym, że podczas śniadania pani Baudelaire doznała ogromnego szoku. Harry, jej jedyny syn, zakochał się w pokojówce!
        – Prosimy i czekamy! – wołały niecierpliwe głosy.
        – Jestem gotowa! – odparła śmiało. – Czekamy – dodał ochoczo profesor Estko.
       
        Od śniadania państwo Baudelaire’owie odeszli w milczeniu. Harry pozostał jednak na kilka chwil w jadalni.
        – Pokojówka, proszę opuścić kuchnię! Mam tu przecież coś do roboty! – oświadczyła niesympatyczna kucharka, obrzucając Józię nieprzychylnym spojrzeniem.
        – Przepraszam, nie wiem, dlaczego właśnie teraz tu przyszłam. Po prostu zapomniałam, dokąd mam iść.
        – Z panienką coś nie tak! – wykrzyknęła kucharka, ocierając pot z czoła. – Z młodymi nigdy nic nie wiadomo, czy są zwariowani, czy zakochani, bo to jedno do drugiego bardzo podobne. Panicz też się tu ostatnio kręci, jakby go mrówki obstąpiły, jakby czegoś szukał. Patrzy w niebo, jakby gwiazd szukał czy je liczył? A nie wie, że jak znajdzie swoją, to ona spadnie, a on umrze.
        Józia zaśmiała się głośno. Wszyscy w domu wiedzieli, że kucharka wierzy w zabobony.


25




        – Czy naprawdę mnie, Elizo, nie potrzebujesz teraz?
        – A mówiłam to już Józi przecież. Sama zrobię szybciej i lepiej. Niech Józia idzie do pani Baudelaire, ona ma zawsze coś do roboty. Już ona Józię czymś zajmie!
        Zamknęła z trzaskiem drzwi kuchni, a biedna Józia została na korytarzu. Zmuszona była bocznymi drzwiami wejść do jadalni, gdzie ze spuszczonymi rękami stał Harry. Wodził mętnym wzrokiem dookoła przedmiotów, które się tam znajdowały, jakby szukał czegoś, czego tam nie zgubił.
        Józia stanęła obok niego jak wryta.
        – Witam cię znów w jadalni! Ty tutaj? Co tu robisz?
        – Czekam na ciebie. Słyszałem twoją rozmowę z kucharką. Ona – wskazał na kuchnię – to prawdziwa babcia „Gadaczowa”.
        – I „Słuchaczowa” też – dodała dziewczyna, by było śmieszniej. – Ale wiesz co, Harry? Ona ma niezłe to swoje zwariowane serce.
        – Przecież dobrze o tym wiem.
        Kucharka przeleciała jak burza z huraganem obok nich z nosem na kwintę i nie wiedzieli, co było powodem, że tam wpadła.
        Ogarnęło ich zdenerwowanie, gdyż nie chcieli, żeby ich razem widziała.
        – Harry, czy ona coś podejrzewa?
        – Możliwe, że tak…
        – Wiesz dokładnie, że ona ma wizję wszystkiego, co się dzieje w kręgu rodzinnym. Prześwietla wręcz sytuację na wskroś, lecz za chwilę wszystko to przepada w ciężkim mroku niepamięci. Uwierz w to, proszę!


26




        – Jestem na tyle dorosły, by kierować własnym życiem. – Objął oczami swoje biedne szczęście, pełne diamentowego światła.
        Eliza skierowała kroki ku drzwiom, lecz zatrzymały ją uwagi Harry’ego.
        – Józiu, musisz dziś trochę wypocząć, wyglądasz na zmęczoną.
        – Czy to ty wydajesz dziś polecenia?
        – Nie, ale czasem… mogę wydać za tę „Słuchaczową”!
        I zaśmiali się wspólnie oczami jak gorące węgle.
        Józia, okręciwszy się na pięcie, szybko pobiegła na górę, gdzie od dłuższej chwili czekała już chmurna pani Baudelaire.
        – Dziś zajmiemy się haftem, jutro cerowaniem skarpet, a w przyszłym tygodniu rozszywaniem prześcieradeł.
        – Dobrze! – odrzekła Józia pełna nadziei, że będzie to znakomita okazja do rozmowy, do zwierzeń z przeszłości, do odkrycia marzeń, dążeń i realizacji planów.
        Usiadła ta cicha i zdaje się „maluczka” dusza przy oknie szerokim jak pół świata, zasłoniętym ciężką kotarą, by nawet promienie te złote nie dojrzały bogactwa; by uciekło im to, co jest piękne, jak las, wiatr i woda, i tak cudowne jak miłość i miłosierdzie…
        Pani Baudelaire, siadając naprzeciwko Józi, postawiła pośrodku stoliczka dzielącego je od siebie koszyczek z kolorowymi nićmi i niesfornymi pytaniami.
        – Józiu! Czy ty właściwie jesteś w formie, by dzisiaj coś robić? Wyglądasz fatalnie, dziewczyno!
        – Jestem zdolna wykonywać każdą zleconą pracę. Późne pójście spać odbiło się zmęczeniem na mojej twarzy.
        – Miałaś gości?


27




        – Tak! – odpowiedziała drżącym głosem, który załamał się na chwilę, gdyż pytanie spadło z góry jak ptak, któremu podcięto skrzydła. Jej mózg pracował niczym precyzyjna maszyna.
        – Józiu! Czy ty kiedyś kogoś kochałaś? – padło ciężkie jak ołów pytanie.
        – Nie! Kiedyś nie! Ale dziś kocham, doświadczyłam tego.
        I zatrzymała się, by nabrać sił, by z całą swą trzeźwością wylać z serca słowa, które za chwilę staną się piołunem, jękiem i tragedią dla kobiety wynoszącej się z dumą ponad ziemskie rozkosze, której uśmiechy gasną jak świece.
        Józia spojrzała śmiało i odważnie w te oczy przygasłe jak gwiazdy w ciemnościach chmur i zaczęła mówić pewnie i płynnie:
        – Bez względu na to, co pani ze mną uczyni, wyznaję prawdę: całym sercem kocham pani syna. Wiem, że to, co piękne i wzniosłe, uzna pani za nieszczęście, ale prawdziwa miłość bez nieszczęścia nie ma wielkiego znaczenia.
        Pani Baudelaire słuchała wpatrzona w nią, nie wierząc, że w jej wnętrzu odbywa się jakieś przeistoczenie. Ta skromna dotychczas dziewczyna zdobyła się na karygodną odpowiedź. Zaszokowała ją swoimi słowami. Uważała ją dotąd za osobę godną politowania, bezradną, małomówną, taką, która płacze, a bronić się nie umie.
        – Kto ci dał prawo kochać mojego syna?! – odezwała się z jękiem w głosie, jak echo leśne.
        – Dało mi to prawo natury – odpowiedziała dziewczyna. – Tego prawa nikt mi nie odbierze! – dodała stanowczo.
        Na twarzy pani Baudelaire pojawiły się złość, uśmiech i ironia, lecz to nie przestraszyło Józi. Przeciwnie.


28




Wstąpiła w nią jeszcze większa odwaga. Gdy pani Baudelaire uspokoiła swoje napięte do reszty nerwy, zwróciła twarz w jej stronę i rzekła:
        – Miłość jest piękna, lecz okrutna.
        – Nie! – zaprotestowała Józia. – To ludzie są okrutni, nie cenią miłości. Cóż poradzę, że padłam jej ofiarą?
        – Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co czują rodzice, gdy wybór ich syna jest nieodpowiedni. Mam na myśli małżeństwo.
        – Rozumiem panią! Słuszne są pani wahania i obawy, ale skąd przypuszczenie, że wybór Harry’ego jest nieodpowiedni? Rozumiem panią doskonale, ale wiem, że człowiek jest takim dziwnym stworzeniem, które wszystko potrafi zepsuć, zniszczyć. Nawet największy dar, największą łaskę, jaką jest miłość, a to dlatego, że w człowieku jest po prostu egoizm, tkwi w nim chęć, by wciąż na wszystkim zyskiwać, zdobywać przewagę i ją umacniać, podwyższać aspiracje! Egoizm ten nawet pozoruje troskę o drugiego człowieka i serdeczność.
        Pani Baudelaire słuchała jej słów z wielkim zdziwieniem i niedowierzaniem, lecz i to nie wywołało w niej ani odrobiny skruchy.
        – A teraz ja zadam pani to samo pytanie: czy pani kochała i kocha kogoś? Uważam, że nigdy, bo ten, kto kocha, rozumie zakochanych. W tym domu nie mam żadnych praw, ale prawa do miłości nikt mi nie odbierze, a ten, kto zamierzałby to zrobić, musiałby mieć w sobie wypaczenie, niemoralność, zubożenie. Czy mogłaby pani zniszczyć naszą miłość, a zarazem swoją do Harry’ego, która jest najbardziej naturalną miłością, miłością między matką isynem? Wiem, że wykrzyknie pani, że jestem za mało wykształcona! Prawda! Jestem prosta, ale ludzie prości, tylko prości, mają bogatą, rozwiniętą inteligencję, która rozwija się u nich przez myślenie, logiczne myślenie…


29




Dodam jeszcze, że wcześniej mnie zaczęto kochać. Teraz dopiero kocham ja! I o to proszę zapytać syna. Od roku mnie adorował. Byłam świadoma następstw. Serce moje nie jest jednak sługą, żeby je posłać, gdzie i kiedy chcę. Jestem biedna, to fakt, lecz moje serce jest bogate w uczucia, jest czułe na każdy zły i dobry odruch człowieka. A pani? Wykształcona, bogata, mająca pustkę w sercu zimnym jak lód. Matka, która próbuje zniszczyć to, co jej syn uważa za szczęście! Spróbuję odejść od pani! Ale czy odejdzie od Harry’ego miłość? Zanim stąd odejdę, będę się starała porozmawiać z pani mężem, by się upewnić o jego poglądzie na tę sprawę, ważną dla mnie i dla Harry’ego.
        Pani Baudelaire gorączkowo kręciła rubinowy pierścień na palcu i czerwona jak jego oczko gotowa była skoczyć Józi na głowę. Ze złością czekała, kiedy ona skończy swój wywód. I choć w duchu przyznała jej rację – nie poddała się.
        Józia, widząc jej zachowanie, wyszła natychmiast. Wpadła z impetem do pokoju pana Baudelaire’a, a gdy minęła jej pierwsza złość, poprosiła go, żeby z nią poszedł i żeby był sędzią ich rozhukanych serc.
        – Proszę posłuchać – rzekła. – W tym domu, jak panu wiadomo, zrodziła się miłość, która już urosła do pewnych rozmiarów i której nie można ot tak zniszczyć, i to doprowadza pańską żonę, a matkę waszego syna do szoku. To jest powód dzisiejszej naszej awantury. Powiedziałam wszystko, co dotyczy mojej osoby. Teraz tu potrzebny jest Harry.
        Zjawił się niebawem, słysząc wrzaski i hałas.
        – Ten temat powinniśmy zakończyć dziś! – powiedział. – Wydaje mi się, że będziemy ciągle jednak do niego wracać, bo on jest nieśmiertelny. Nad czym tu dyskutować? Kończę studia, pokochałem dziewczynę, jestem dorosły. Nie widzę powodu do kłótni, kłopotów, problemów.


30




do góry

Wykonane przez Onisoft.pl

2017 Wszelkie prawa zastrzeżone oceanksiazek.pl

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl