SOBOTA
Piękny majowy dzień, w którym spełniają się marzenia, mnożą tajemnice, a w pobliskim lesie złe moce budzą się ze snu
ROZDZIAŁ 1
Wspinał się po stromych stopniach niebotycznej piramidy górującej nad ogromnym kwadratowym placem otoczonym murem z wizerunkami pierzastego węża. Chciał dotrzeć do wieńczącej szczyt niewielkiej rampy z tonącymi we mgle dwoma boskimi sanktuariami. Nagle z jednego z nich dobiegł zwielokrotniony echem odbitym od pobliskich gór przeraźliwy ludzki krzyk. Wzdrygnął się zdjęty strachem i potknąwszy się na stopniu, runął w dół. Zrobiło mu się „miękko”, czaszkę boleśnie przeszył wibrujący, niski dźwięk i otoczyła go ciemność…
Gdy chwilę później zlany potem otworzył oczy, odetchnął z ulgą. Leżał na „złotym runie”, jak żartobliwie, po lekturze Wyprawy Argonautów, nazywał rozłożony przy łóżku dywanik z owczej skóry. W ręce trzymał książkę o okrutnym indiańskim ludzie, którą w tajemnicy przed rodzicami czytał po raz kolejny przy świetle latarki do późnej nocy.
Roześmiał się. W tym wieku spaść z łóżka?! Żenada! Kompletny obciach!
Ale i tak było to lepsze niż trwanie nadal w upiornym śnie. Zerwał się i podbiegł do okna, domyślając się już źródła przykrego dźwięku, który szczęśliwie wyrwał go z sennego koszmaru. Rodzice, jak w każdą sobotę, wybierali się na zakupy do pobliskiego miasteczka i z podwórka dochodził warkot silnika
12 HCOR
samochodu. Tata zauważył go i zatrąbił klaksonem, machając ręką zza kierownicy. Mama również z uśmiechem posłała mu całuska i zamknąwszy garaż, zgrabnie wskoczyła do auta. Po chwili sterowana pilotem brama wjazdowa domknęła się cicho i samochód z rodzicami zniknął za zakrętem.
Roch uwielbiał sobotnie poranki. Na kilka godzin zostawał w domu sam i mógł dowolnie (w rozsądnych oczywiście granicach, jak przypominał za każdym razem tata) dysponować swoim czasem. Żałował tylko, że znów będzie musiał wymyślać zabawy wyłącznie dla siebie.
Był jedynakiem. Kiedy miał przyjść na świat, rodzice postanowili zamieszkać w niewielkim domu za miastem, z dala od zgiełku ulic i samochodowych spalin. Dom wymagał remontu, czasy świetności miał już dawno za sobą. Stał za to w uroczym, na wpół dzikim ogrodzie z rozłożystą starą lipą pośrodku. Za walącym się płotem rozciągała się łąka, którą właściciel zgodził się sprzedać wraz z domem za niewielką dopłatą.
Okolica była piękna i pod wieloma względami wyjątkowa. Szeroki pas bukowego lasu oddzielał łąkę od nadmorskich wydm, chroniąc skutecznie przed wichrami jesiennych i zimowych sztormów, a złocista plaża i szmaragdowe morze kusiły w letnie dni słońcem i orzeźwiającą kąpielą w chłodnej słonej wodzie.
W takim miejscu o nudzie nie mogło być mowy. Długie sobotnie spacery brzegiem morza wypełniane wypatrywaniem statków na horyzoncie, jesienią zbieraniem bursztynów, a zimą dokarmianiem zgłodniałych łabędzi stały się wkrótce rodzinnym rytuałem i Roch nie wyobrażał sobie bez nich
SOBOTA: ROZDZIAŁ 1 13
udanego weekendu. Zwłaszcza że niemal każdy niósł ze sobą jakąś nową niespodziankę. Jak choćby ten wrześniowy, sprzed kilku lat…
Było dość wietrznie i cała trójka miała właśnie opuścić plażę, gdy nagle z białej piany wzburzonego morza wynurzyła się mała foczka i człapiąc uroczo, podczołgała się do ich stóp.
– Jak Afrodyta zrodzona z morskiej piany! – śmiejąc się, wykrzyknął oczarowany jej urodą tata i tak ją wtedy ochrzczono. Wydając zabawne dźwięki, foczka z uporem wpatrywała się w nich czarnymi, figlarnymi oczkami. Zanim zrozumieli, że oczekuje jakiegoś poczęstunku, z niemym wyrzutem spojrzała po raz ostatni i zawróciła, znikając wkrótce wśród spienionych fal.
Afrodyta nie pojawiła się więcej. Za to pół roku później, w samym środku wyjątkowo mroźnej zimy, tata wrócił z pracy z sensacyjną wiadomością: rybacy wyłowili z morza ranną foczkę, która wydostała się wiosną z pobliskiego fokarium i zaginęła bez wieści. Jej opiekunowie nie posiadali się ponoć z radości. Prawdziwą bombę tata zostawił jednak na koniec. Foczka miała na imię… Afrodyta!
– Nie mogło być inaczej! – zawołała wzruszona mama. – Była taka piękna!
Odtąd odwiedzali ją przy każdej sposobności, utwierdzając się w przekonaniu, że poznaje ich i mimo wpadki na plaży okazuje im szczególne względy. Zwłaszcza Rochowi, na którego widok gramoliła się z radosnym piskiem na brzeg basenu, by – wcinając rybne przysmaki – pozować do robionych jej namiętnie fotek. Mama wymyśliła wtedy dla niej nowe imię – Słit Foćka, które natychmiast przyjęło się wśród gości fokarium, a wkrótce również wśród opiekunów Afrodyty.
14 HCOR
Ale i spacery po bukowym lesie na morskim klifie obfitowały w zapadające na długo w pamięć wydarzenia. Było wśród nich niepozbawione grozy spotkanie z malutkim dziczkiem, który odłączył się od stada. Brykał radośnie na ścieżce i niewiele większy od niego Roch koniecznie chciał go pogłaskać. Uparł się, że to niesforny braciszek Prosiaczka z Kubusia Puchatka, a paski na sweterku ma specjalnie w drugą stronę, żeby im się nie myliły przy ubieraniu. Na szczęście z oddali dobiegło karcące nawoływanie pani dzikowej i Prosiaczek bis pogalopował w tamtą stronę. Rodzice odetchnęli, a późniejsze spacery odbywały się już nie w bukowym, lecz w Stumilowym Lesie. Gdzie, jak nie w nim, można się było natknąć na kolejnego Prosiaczka, Królika czy Sowę, która niekoniecznie musiała być Przemądrzała. Reszta Puchatkowego towarzystwa mieszkała pewnie w jakimś innym Stumilowym Lesie, choć tata twierdził, że i tu mógł krążyć po ścieżkach niejeden mniejszy i większy Krzyś, zdołowany czymś smutas-Kłapouchy czy całkiem dorosły Kubuś „o bardzo małym rozumku”.
Jeśli dodać do tego wyczekiwane niecierpliwie przez wszystkich piątkowe wizyty u pana latarnika raczącego ich mrożącymi krew w żyłach morskimi opowieściami, należało uznać, że były to dla Rocha burzliwe, lecz zarazem prawdziwie sielskie czasy. Uzupełniane zabawami w domu i na łące sprawiły, że dzieciństwo upłynęło mu radośnie, beztrosko i… błyskawicznie.
I ani się obejrzał, a był już uczniem zwariowanej klasy czwartej „c” słynącej w szkole z wyjątkowego zgrania i poczucia humoru. Psikusom na przerwach nie było końca, a po
SOBOTA: ROZDZIAŁ 2 15
ostatnim dzwonku beztroska ferajna z miejsca przystępowała do planowania poobiednich spotkań na podwórkach i wzajemnych odwiedzin pod pretekstem wspólnego odrabiania lekcji.
Nic więc dziwnego, że wracając ze szkoły do domu za miastem, Roch coraz dotkliwiej odczuwał brak towarzystwa i dręczącą go nieznośną samotność. I choć jak większość jedynaków potrafił bawić się sam, od dłuższego czasu na jawie i we śnie rozpaczliwie o czymś marzył. Rodzice domyślali się, czego mu brak. Coraz częściej zapraszali do siebie znajomych z dziećmi. Biegał wówczas z nimi po łące, z satysfakcją wymyślając zabawy, o jakich dzieciakom w mieście nawet się nie śniło. Żadne z nich jednak nie zasłużyło jeszcze na miano przyjaciela godnego dostąpić zaszczytu wyższego wtajemniczenia w sekrety łąki.
P r a w d z i w y P r z y j a c i e l.
To było największe, wciąż niespełnione marzenie Rocha...
ROZDZIAŁ 2
Tego sobotniego ranka, po pośpiesznej toalecie i równie szybkim śniadaniu na stojaka (przy rodzicach ten numer na pewno by nie przeszedł!), Roch postanowił znów wybrać się na łąkę, przez którą z ogrodu krętą dróżką dochodziło się do lasu. Bywał tam, ilekroć pogoda pozwalała, a odrobione lekcje dawały poczucie spokoju i beztroski.
16 HCOR
To była jego Łąka. Znał każdy jej zakątek, każdy krzaczek i każdy kamień. Pokochał ją, a ona w zamian odkrywała przed nim wciąż nowe tajemnice. Wiedział, że nie jest o nie zazdrosna, ale wolał nie zdradzać nikomu jej sekretów. A znał ich już tak wiele!
Rozkwitała wiosna, wokół pachniało bzem i wilgotną ziemią. Roch stanął na trawie połyskującej rosą. W dali, na skraju lasu, pojawiły się dwie małe sarenki z mamą. Widział je już nieraz, dziś jednak wydawały się dziwnie niespokojne. Strzygły uszkami, przystając co chwilę i nasłuchując, jakby wyczuwały w powietrzu coś nieznanego i niepokojącego.
Rozejrzał się. Ciekawe – on też odniósł wrażenie, że coś jest nie tak. Skowronki, zazwyczaj śpiewające pięknie o tej porze, milczały jak zaklęte. Wiatr ucichł i Stumilowy Las znieruchomiał. Wyglądał groźnie i jeszcze bardziej tajemniczo.
Co u licha…? – pomyślał, czując, że ręce włożone w kieszenie szortów lekko drżą i zaczynają się pocić. Bywał tu tak często, że najmniejsza zmiana w otoczeniu wyostrzała natychmiast jego zmysły.
Poczuł się nieswojo. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wrócić do domu. Pozbyłby się tego przykrego uczucia ściskania w dołku. Ale ciekawość była silniejsza. Zresztą, chciał wreszcie udowodnić sobie, że w wieku dziesięciu lat (skończył je właśnie przed tygodniem) potrafi w każdej sytuacji zapanować nad strachem. W klasie uchodził za najodważniejszego z chłopaków, lecz taka próba pozwoliłaby mu jeszcze bardziej uwierzyć w siebie. Zostanę, zostanę, choćby nie wiem co! – powtarzał w myślach i przez zmrużone oczy uważnie lustrował okolicę. Coś najwyraźniej wisiało w powietrzu.
SOBOTA: ROZDZIAŁ 2 17
Nagle sarenki czmychnęły wraz z mamą, znikając wśród zarośli. Gdzieś z góry dobiegł ni to szum, ni to świst, drzewa w lesie i trawy na Łące rozkołysały się gwałtownie i zanim chłopiec zdążył całkiem się przestraszyć, tuż przy nim…
Roch poczuł dziwny zawrót głowy. Zamknął oczy z nadzieją, że kiedy je otworzy, wszystko będzie jak dawniej. Ale... nie było! Uszczypnął się, spojrzał znowu… i zachwiał się, tracąc z wrażenia równowagę. I pewnie padłby na ziemię jak długi, gdyby ktoś szybko nie podał mu ręki! Serce biło mu jak szalone. – To niemożliwe! Przecież… nie może być nas dwóch! – wyszeptał, próbując zmierzyć się z tym, co zobaczył.
Przed nim stał chłopiec. Wyglądał dokładnie jak on. A właściwie jak ten, którego niezmiennie, czy chciał, czy nie, spotykał w lustrze. Dziesięciolatek z ciemnymi włosami, brązowymi oczami i okrągłą roześmianą buzią. Znali się od lat, pewnie nawet od urodzenia, choć początków tej znajomości nie pamiętał. Miał ksywkę Zgrywek i Roch nieraz zżymał się, widząc, jak zadziorny typek po drugiej stronie przedrzeźnia go, gdy myje zęby, jak stroi głupie miny, pokazuje złośliwie język lub, co gorsza, robiąc paskudnego zeza, gra mu na nosie rękami zazwyczaj nieźle upapranymi atramentem. Choć musiał przyznać, że równie często sympatycznie się do niego uśmiechał.
Te zabawy z odbiciem w lustrze Roch wymyślił już w dzieciństwie. Wciąż jednak lubił wyobrażać sobie, że tam, po drugiej stronie, jest jakiś wesoły i całkiem miły chłopak, który uwielbia się z nim przekomarzać i z którym – czuł to od dawna w głębi serca – mógłby się zaprzyjaźnić. Tak na śmierć i życie!
18 HCOR
Minęła chwila trwająca całą wieczność. Uczucie strachu powoli ustępowało. Chłopcy patrzyli na siebie z niedowierzaniem i zakłopotaniem. Roch był jeszcze trochę blady, za to na zarumienionej twarzy przybysza zagościł raptem figlarny uśmiech.
– Cześć, Roch! Myślałem, że nigdy się nie spotkamy, a tu masz – taka niespodzianka!
– Cze… cześć – wymamrotał Roch zduszonym głosem. – Kim jesteś i jak masz na imię? I skąd się tu wziąłeś?! – wykrztusił.
– Hcor – odpowiedział chłopiec i natychmiast się roześmiał. – Mam na imię Hcor. Powinieneś to wiedzieć. Po tamtej stronie wszystko jest na opak.
Zamyślił się, przeczesując palcami włosy, po czym uśmiechnął się znów i dodał:
– Wiesz, kiedy byliśmy młodsi, nie przepadałem za tobą. Te komedie przy myciu zębów, fochy na widok grzebienia… A mycie głowy... – szkoda gadać! Czasem miałem ochotę tak po prostu, po koleżeńsku, ci przyłożyć. Żebyś się opamiętał, to było takie żałosne... Na szczęście wyrosłeś z tego i zrobiłeś się całkiem do rzeczy. Zacząłem cię nawet lubić. A którejś bezsennej nocy odkryłem nagle, że nie znoszę, gdy na dłużej znikasz z lustra. I zacząłem marzyć, żebyś mógł zostać kiedyś moim kumplem. Takim prawdziwym, od serca. I na całe życie!
Po chwili, patrząc na niezbyt mądrą minę Rocha, dodał z rozbawieniem:
– Nie pytaj, jak się tu znalazłem! Lata ćwiczeń i wyrzeczeń. Myślałem, kombinowałem, próbowałem… Nieważne, udało się i… oto jestem… tadaaam…
SOBOTA: ROZDZIAŁ 3 19
ROZDZIAŁ 3
Roch powoli dochodził do siebie. Nadal niewiele rozumiał. Chłopiec z lustra?! Tutaj?! Mniej by się zdziwił, gdyby z nieba naprawdę zaczęło rzucać żabami – od dawna wiedział, że takie zjawisko dałoby się racjonalnie wytłumaczyć. Ale to, co teraz fundowała mu rzeczywistość?... Kim on właściwie jest? Jak się tu znalazł? I po co? I o co w tym wszystkim chodzi?!... Dziesiątki pytań rozsadzały mu głowę.
Tymczasem chłopiec z lustra, jak gdyby nigdy nic, rozglądał się po Łące.
– Z tamtej strony wyglądała na mniejszą – powiedział z przekonaniem.
– Kto?
– No… ona, Łąka. Nie masz pojęcia, jak ci jej zazdrościłem! Marzyłem, że biegam po niej, a ty mnie gonisz i wołasz: „Zaraz cię złapię, mój Zgrywku!”.
Roch przyjrzał mu się zdumiony. Oczy przybysza wyrażały zachwyt. Po chwili przygasły i Hcor posmutniał. Roch jeszcze nigdy nie widział go w lustrze w takim stanie.
– Co ci jest? – zaniepokoił się, odzyskując wreszcie dawną pewność siebie. Nierealność sytuacji raptem zeszła na drugi plan. Teraz miał przed sobą jedynie zagubionego rówieśnika, który – nie wiedzieć czemu – wydał mu się bardzo bliski.
20 HCOR
– Nic o mnie nie wiesz – odparł cicho Hcor. – Nie pytaj… Może kiedyś... jak się bardziej zaprzyjaźnimy. Ale teraz powiedz, czy mógłbym tu zostać? Tak na trochę, na dzień, dwa? Proszę, bardzo proszę…
Rochowi zrobiło się żal tego „chłopca z kosmosu”. Jeśli pozwoli mu zostać, prędzej czy później będzie musiał podzielić się z nim wszystkimi tak skrzętnie skrywanymi sekretami Łąki. Ciągła samotność doskwierała mu jednak tak bardzo, że niewiele myśląc, postanowił zaryzykować. Nie mógł jednak nie spytać j e j o zdanie. Zawsze wspólnie podejmowali decyzje o tym, co miało się wydarzyć.
– Hcor, zaczekaj tu na mnie. Muszę coś załatwić. Wrócę niedługo i dam ci odpowiedź. Zrobię wszystko, by spełnić twoją prośbę, ale niczego nie gwarantuję.
– Wiem. Rozumiem, to zależy od niej. Nie będę się gniewał. Ale spróbuj ją jakoś przekonać...
Roch ruszył w stronę pagórka porośniętego dzikim winem i trawą, wśród której bieliły się stokrotki i złociły kaczeńce. Kiedyś Łąka opowiedziała mu, że w zamierzchłych czasach zbudowano tu kurhan będący mogiłą pradawnych ludzi. Wiele stuleci później – było to ponoć wiosną – pochowano w nim młodą kobietę. Tego samego dnia ktoś ukrył tam jeszcze tajemniczą skrzynię. Co dziwne – grobowiec był już wtedy pusty, kobieta zniknęła! Rabusie wielokrotnie w ciągu wieków plądrowali kurhan w poszukiwaniu ukrytych w nim rzekomo skarbów, upływający czas też zrobił swoje i z prastarej budowli zostało jedynie niewielkie, otoczone młodymi brzózkami wzniesienie.
SOBOTA: ROZDZIAŁ 3 21
Ale Roch uwielbiał tu przesiadywać. Miał niejasne przeczucie, że kurhan wciąż kryje w sobie jakiś skarb. I że Łące bardzo na nim zależy. Nie śmiał pytać, lecz któregoś dnia sama poprosiła, żeby spróbował go odnaleźć. Nie powiedziała dlaczego, czuł jednak, że jest dla niej niezmiernie ważny.
Nie mógł jej zawieść! Kiedy kolejne samotne próby dostania się do wnętrza kurhanu spełzły na niczym, poprosił raz i drugi o pomoc dorosłych, przekonując, że ukrycie skarbu w takim miejscu to „oczywista oczywistość”. Reakcja zawsze była taka sama – nudny wykład na temat wybujałej wyobraźni, z którą się nie walczy, bo na szczęście prędzej czy później po prostu się z niej wyrasta – bla, bla, bla…
Gdyby miał prawdziwego przyjaciela potrafiącego dochować tajemnicy, mogliby razem spróbować odnaleźć to „coś”. Teraz, kiedy na Łące pojawił się Hcor, Roch nie miał wątpliwości, że te marzenia mogą się wreszcie spełnić. Lecz bez jej zgody nie chciał podejmować decyzji.
Zbliżając się do kurhanu, poznał, że czeka na niego. Jej srebrzysty śpiew, którego nikt poza nim nie słyszał, wibrował dźwięcznie pośród traw, zmieniając kropelki rosy w rozedrgane kryształowe dzwoneczki.
– Wiem, z czym przychodzisz – wyszeptała, gdy usiadł na kamieniu nie bez trudu wtaszczonym niedawno na szczyt pagórka.
– I co o tym sądzisz? Możemy spełnić jego prośbę? – zapytał z nadzieją.
Nie odpowiedziała od razu. Zamyśliła się, a on już wiedział, że coś jest nie tak, że coś nagle zburzyło jej spokój.
22 HCOR
– Widzisz, to nie jest takie proste. On nie znalazł się tu przypadkiem. Przybył, by wypełniło się to, o czym nawet nie śni. Przed nim mnóstwo przykrych chwil. I bardzo łatwo go skrzywdzić.
– Dlaczego mówisz tak dziwnie? Przypuszczasz, że mógłbym go skrzywdzić? Chcę być dla niego najlepszym przyjacielem – odparł z goryczą, dotknięty jej słowami.
– Nie obrażaj się na mnie! Źle mnie zrozumiałeś. Twoja przyjaźń jest mu bardzo potrzebna. Lecz musisz wiedzieć, że, jeśli zostanie, w twoim życiu nic już nie będzie jak dawniej. Bo przyjaźń, Roszku, to wielkie wyzwanie, które wymaga poświęceń, a oprócz radości, przynosi czasem smutek. Jeśli obdarzysz nią Hcora, będziesz musiał ponieść wszystkie konsekwencje tej decyzji. Czy masz pewność, że jesteś na to gotowy? – spytała cichym, nieswoim głosem.
Rocha zaniepokoiły jej słowa. Zabrzmiały jakoś... złowróżbnie. Lecz nie zamierzał tchórzyć. Podniósł się i bez wahania odpowiedział z dumą:
– Znasz mnie, wiesz, że nigdy nie uciekam od problemów. Jeżeli mi ufasz, zgódź się. Tak bardzo go polubiłem...
W mgnieniu oka nad Łąką rozbrzmiała cichutka pieśń tysięcy rosikowych dzwoneczków. A to znaczyło, że wygrał!
Kiedy wrócił, chłopiec z lustra przyjrzał mu się uważnie. Mina Rocha nie wróżyła nic dobrego.
– Nie zgodziła się, prawda? Wiedziałem, że tak będzie. – Ukradkiem otarł spływającą po policzku łzę, próbując ze wszystkich sił zachować obojętny wyraz twarzy.
Roch jeszcze chwilę trzymał go w napięciu.
SOBOTA: ROZDZIAŁ 3 23
– Ale się dałeś nabrać! Pewnie, że się zgodziła! – zawołał ze śmiechem, rzucając się Hcorowi na szyję. W szalonym tańcu wspartym dzikimi okrzykami chłopcy dali upust przepełniającej ich radości, aż wreszcie wyczerpani padli na trawę. Obaj czuli, że przypieczętowali w ten sposób prawdziwą, dozgonną przyjaźń, której nic nie będzie w stanie zniszczyć.
Leżeli, obserwując przesuwające się leniwie po niebie białe baranki. Emocje trochę opadły i Rocha zaczęło nurtować pytanie, w jaki sposób Hcor mógł się dowiedzieć o Łące? Widywali się przecież tylko w domu. Czasem jeszcze w teatrze i w operze. I w filharmonii. No i niemal codziennie w samochodzie – jadąc do szkoły, zawsze sprawdzał w lusterku, czy z fryzurą wszystko w porządku. Ale na Łące?...
Nie chciał dręczyć Hcora wspomnieniami, lecz ten, jakby czytając w jego myślach, sam zagadnął:
– Zastanawiasz się pewnie, skąd tyle o niej wiem? Widziałem ją. Tylko raz. Patrzyłeś na mnie, a za tobą była ona – cudowna Łąka z moich snów... Zieleń, ptaki, motyle, tajemniczy las... Istrumyk wśród traw… To było niesamowite! Odtąd wciąż o niej myślałem. Wydawała mi się taka znajoma. I taka mi bliska...
Rocha zamurowało. Wymienił tyle szczegółów?... Więc jednak musiał ją widzieć! Ale gdzie?! I kiedy?! To było wręcz niemożliwe!
I nagle doznał olśnienia...
Oczywiście! Tenochtitlan! Jego tajna skrytka i okrągłe lusterko wyproszone kiedyś u mamy. Miało rzeźbioną rączkę i tył z masy perłowej. I świetnie nadawało się do puszczania zajączków w słoneczne dni. Uwielbiał się nim bawić.
To w nim Hcor musiał przypadkiem ujrzeć kiedyś Łąkę.
24 HCOR
ROZDZIAŁ 4
– Hcor, czy po tamtej stronie masz przyjaciół? – Roch postanowił jak najwięcej dowiedzieć się o chłopcu, którego sam uważał już za przyjaciela.
– Skąd! Tam nikt się z nikim nie przyjaźni. Jest szaro i nudno. Oni, Reprinci – tak się nazywają – nie mają przyjaciół. Nie potrzebują ich. Nie kochają, nie tęsknią, nie marzą. Nie muszą nawet jeść! Żyją wyłącznie po to, żeby naśladować, a dążenie do mistrzostwa w tym zajęciu to jedyny cel ich smutnej egzystencji.
– Żartujesz?! Jesteś przecież jednym z nich, a jak mało kto potrafisz się śmiać, smucić, złościć… A niekiedy nawet całkiem nieźle głupkować!
– Masz rację, Roch. Oni też to robią. Lecz dla nich to tylko gra. Zwykła codzienna gra, którą usiłują opanować do perfekcji. Gdy wy po tej stronie odchodzicie od lustra, ćwiczą zawzięcie wasze ruchy, miny i gesty, by wrócić do was w jeszcze lepszej formie. Ale nie przejmuj się, tacy już są. Nic nie czują. Więc również nie cierpią! – dodał szybko, widząc, że przyjaciel zasępił się na myśl o tych dziwnych istotach.
– A ty? Co z tobą, Hcor?
– Ja… nic. Chyba jestem z jakiejś innej planety! – Roześmiał się na samą myśl o takiej niedorzeczności, ale zaraz spoważniał. – Właściwie to ja faktycznie do nich nie pasuję.
SOBOTA: ROZDZIAŁ 4 25
Lubię spotkania w lustrze, ale czuję, że coś jest ze mną nie tak. Kiedy znikasz wieczorem, ja też kładę się spać. Śnią mi się wtedy niezwykłe rzeczy. Widzę wielkie kolorowe przestrzenie, słyszę dźwięki, czuję zapachy. I tęsknię za czymś, czego nawet nie potrafię nazwać...
Roch odniósł wrażenie, że wspomnienia sprawiają Hcorowi przykrość. Postanowił chwilowo zmienić temat.
– Wstajemy, kolego! – powiedział wesoło, podnosząc się i podając mu rękę. – Dość tego leniuchowania! Chciałbym ci coś pokazać. Mam nadzieję, że potrafisz dochować tajemnicy.
Ruszyli w stronę dorodnego kaktusa, którego nie powstydziłby się nawet ogród botaniczny. Stał dumnie na Łące, sprawiając, że wyglądała nieco egzotycznie. Pewnego ciepłego wiosennego ranka mama wyniosła go z salonu i ustawiła na kupce kamieni sterczącej wśród traw. Nieopodal wił się majestatycznie niewielki strumyczek. Płynąc to Łąką, to wzdłuż dróżki, znikał gdzieś w leśnych ostępach, by w końcu przecinając ukrytą za lasem plażę, wpaść w objęcia morza. Przekonana, że w słoneczne dni roślinie będzie tu lepiej niż w salonie, mama z zadowoloną miną wróciła do domu. A Roch odetchnął – widział tę scenę z daleka i drżał, że zauważy jego skrytkę. Nic by się oczywiście nie stało, ale sekret to sekret…
Bo mama nie miała pojęcia, że w tym właśnie miejscu Roch odkrył niedawno wygrzebaną w ziemi sporą jamę. Przypuszczał, że zamieszkiwała ją lisia rodzinka, która z jakiegoś powodu wyniosła się do Stumilowego Lasu.
To było idealne miejsce na jego tajną skrytkę! Postanowił ukryć je pod kupką kamieni ułożonych na starym ruszcie z grilla. Wypatrzył go kiedyś wśród stosu zbędnych rzeczy przeznaczonych
26 HCOR
przez tatę do wyrzucenia po ostatnich porządkach w garażu. Już wtedy uznał, że może mu się do czegoś przydać.
Z satysfakcją przyglądał się teraz przemyślnej konstrukcji. Idealnie strzegła wnętrza. Pozostawało już tylko zamaskować otwór pod rusztem i wymyślić dla skrytki jakąś intrygującą nazwę. Nic sensownego nie przychodziło mu jednak do głowy. Aż do czasu historii z kaktusem…
Roch dużo czytał. Na ostatnią Gwiazdkę dostał od babci Ali książkę o dawnym imperium Azteków. Był pod wrażeniem historii niewielkiego plemienia dzielnych ludzi, którzy w zamierzchłych czasach wyruszyli z mitycznej krainy Aztlan w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogliby osiąść na stałe. Po wiekach tułaczki ich potomkowie dotarli do jednej z wysepek na jeziorze Texcoco w Meksyku i trafili na skałę, spod której wypływał strumień. U jego źródeł wyrastał kaktus, na czubku którego orzeł pożerał właśnie jadowitego węża. Kapłani azteccy uznali zgodnie, że jest to długo oczekiwany znak od boga Huitzilopochtli, którego kamienna głowa towarzyszyła im od początku wędrówki, i założyli tam miasto zwane Tenochtitlan – Kaktusowa Skała.
Spoglądając na kamienny kopczyk z kaktusem i szemrzący w pobliżu strumyk, Roch nie miał wątpliwości, jak powinna brzmieć nazwa jego skrytki.
Zanim chłopiec z lustra pojawił się na Łące, w Tenochtitlan było już mnóstwo skarbów. Rochowi, jak większości jego rówieśników, wszystko mogło się przydać: sznurki, blaszki, muszelki, kawałki drutu, szklane kulki, karty z piłkarzami, kolorowe gogosy, gumki recepturki…
SOBOTA: ROZDZIAŁ 4 27
Wśród tych zdobyczy było też niewielkie pudełeczko z przeźroczystym wieczkiem, w którym Roch przechowywał szmaragdowy kamień w złote cętki. Dostał go od dziadka Cześka, kiedy po raz kolejny wybrali się razem na wystawę minerałów (podobny, szafirowy, Roch podarował „na szczęście” Eju. Cieszył się, słysząc, że babcia nigdy się z nim nie rozstaje i że kamień „działa”. W ogóle odnosił wrażenie, że obydwa kamienie są jakieś… magiczne). Obok leżało jeszcze srebrne lusterko z rzeźbioną rączką, składany scyzoryk w skórzanym etui – prezent od wuja Rafała – i kilka innych bezcennych drobiazgów niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia.
Kiedy chłopcy podeszli do sterty kamieni pod kaktusową donicą, Roch ostrożnie wyjął spod rusztu zamaskowaną szyszkami i kawałkami kory miodową szybkę. Broniła wejścia do skrytki, chroniąc ją przed wścibskimi mieszkańcami Łąki. Teraz wnętrze Tenochtitlan stało otworem, ukazując zgromadzone w nim skarby.
Hcor z niekłamanym uznaniem lustrował jego zawartość. Zaintrygowany sięgnął po złotego gogosa i Roch musiał obszernie wyjaśniać mu przeznaczenie tej i kilku innych kolorowych plastikowych figurek. Z zaciekawieniem obejrzał też scyzoryk z ruchomymi ostrzami i śliczną żółtą muszlę z Morza Egejskiego przywiezioną przez mamę Rocha ze studenckiej wyprawy do Turcji.
W końcu jego uwagę przykuło okrągłe pudełeczko z niedużym szmaragdowym kamieniem połyskującym złociście. Wyjął go ostrożnie i położył na dłoni, chcąc mu się dokładniej przyjrzeć. Słońce stało wysoko i w jego promieniach z kamienia ni stąd, ni zowąd zaczęły wydobywać się dziwne,
28 HCOR
nieregularne błyski. Zaaferowani chłopcy obserwowali je w napięciu – błyski nie mogły być przypadkowe! „Magiczny” kamień najwyraźniej usiłował przekazać im jakąś wiadomość...
Roch nie miał wątpliwości – to musiał być szyfr! Z zapartym tchem śledził powtarzającą się świetlną serię. Znał dobrze alfabet Morse’a i kilka innych kodów, którymi posługiwał się w szkole z kolegami. Lecz do sygnałów wysyłanych przez kamień nic nie pasowało. Nagle z wypiekami na twarzy wykrzyknął:
– Już wiem! On nadaje alfabetem Morse’a! Ale na opak! W zwierciadlanym odbiciu!... To da się wytłumaczyć tylko w jeden sposób... To jest wiadomość dla nas obu, Hcor!
– Przecież ja nie znam żadnego alfabetu morsa czy jakiejś innej foki! Nie mam pojęcia, o czym do mnie mówisz!
Roch zaaferowany tajemniczym komunikatem nie odpowiedział. Odwracając w myślach nadawane sygnały, odczytał bez trudu: błyski układały się w wyraz KURHAN. Kiedy powtórzył go Hcorowi, ten spojrzał na niego zaskoczony.
– Gdzieś już słyszałem to słowo... ale... nie pamiętam… Możesz mi wytłumaczyć, co oznacza?
Roch otworzył usta, by wyjaśnić koledze, o co chodzi, gdy tajemnicze błyski pojawiły się znowu. Jak zahipnotyzowany odczytywał głośno kolejne wyrazy komunikatu:
KOPAĆ – DYSK – ŁZA – OCALENIE
Wtem słońce zakryła niegroźna chmurka i kamień przygasł. Chłopcy odczekali jeszcze chwilę, lecz nic już się nie wydarzyło.