Kategorie blog
Najpiękniejsze miejsce
Najpiękniejsze miejsce

 


















SPIS TREŚCI



SŁOWO OD AUTORKI ....................................................................................5 PROLOG.......................................................................................................15
ROZDZIAŁ I. A ANIELA MA CHOĆ JEST? ........................................................17
ROZDZIAŁ II. STALIM JAK STALIN POD MOSKWĄ
     DWA DNI................................................................................................49
ROZDZIAŁ III. O TYCH, CO IM DAWNO
     ZABRAKŁO SZACUNKU ............................................................................59
ROZDZIAŁ IV. DROGA KU NIEWSPÓŁCZESNOŚCI........................................... 71
ROZDZIAŁ V. W POSZUKIWANIU ................................................................. 81
ROZDZIAŁ VI. MĘSKOŚĆ ............................................................................ 101
ROZDZIAŁ VII. KOBIECOŚĆ......................................................................... 109
ROZDZIAŁ VIII. PO DRUGIEJ STRONIE........................................................ 121
ROZDZIAŁ XIX............................................................................................ 125







SŁOWO OD AUTORKI


        Przeminął czas oczekiwania i trwania w formie zwątpienia. Jeżeli nie doczytałeś na okładce, drogi Czytelniku, nazywam się Teresa Juźko. To moja druga powieść. Pierwsza nosi tytuł „Ślad białego wojownika” i wydana została pod szyldem wydawnictwa Poligraf. Druga również od niego wyszła. Zachęcam zatem do zapoznania się z jej treścią. Najlepiej poprzez oswajanie się. Jeżeli tylko masz odrobinę wolnego czasu, chęci oraz nieprzymuszonej woli, myślę, że warto.
        Wiem, że lubisz kurować się na brak poczucia przyziemności. Zapewnić powinna Ci to ta lektura. Zapewne – podczas chłonięcia kolejnych zdań – wiele razy usłyszysz, że poświęcanie czasu na przypadłości winylowo-książkowe jest marnotrawieniem go, bo lepiej skupić się na codzienności wypełnionej bólem, tajemniczo naliczanymi opłatami, pogonią za promocją oraz snuciem się gdzieś pomiędzy love and hate.
        Chciałabym Ci powiedzieć, że jutro nie masz po co wstawać, jeżeli nie przyswoisz tej treści trzewiowo-nasercowej, którą powoli i z mozołem wyrzucałam z siebie w ambiwalentnym poczuciu wewnętrznej alienacji graniczącej z przyżyciowym osaczeniem i poczuciem bycia wiecznie obserwowaną. Ważenie każdego ze słów, czynów oraz dbałość o logikę wypowiedzi odebrało mi moją normalniejszą połowę. Dalsza interpretacja jak zwykle pozostaje po stronie zainteresowanego. Niech się znów zlecą kraczące za plecami wroniska



6                                                                              NAJPIĘKNIEJSZE MIEJSCE




oraz dziobiące po głowie pawiopodobne koguciska. Niech znowu nieboskłon przesłoni chmura radioaktywnych interpretacji i ropopochodnej substancji zarzecznej. Co mi tam. I tak nie zmieni się nic. To tylko kolejny pozbawiony ważniejszej treści pomnik, którego nie wspomni nikt, a mnie znów podstawią pod gardło nóż lub przepiszą na receptę amputacja rączek. Obu.
        Hop, hop, jedna literka. Hop, hop, jedna cyferka. Hop, hop, parka cyferki z literką. Hop, hop, upadek człowieczeństwa, bo cyferka z literką jakoś tak niekorzystnie prezentują się razem. Razem? Zabronione słowo! Strach, niepewność, niedowierzanie i porwanie w nierodzinne pielesze. Ni słowa! Ni podpowiedzi! Ja sama, samiusieńka i moje egotyczne pragnienia bycia prawidłowo zrozumianą. W pojedynkę przyszło mi zmierzyć się z wygłodniałym stadem kłótnio-rozmowy, bo dyktować nikt mi nie będzie, co odnotowywać mam trzęsącą się dłonią i wylewającym wiecznopisem w skoroszycie swym, różem i brokatem się mieniącym, tudzież laptopie o bardzo wolnym złączu synaps oraz niewielkiej pojemności ładowaryjnej. Hop, hop, ratunku. Wykonywać polecenia i słuchać mam każdego, tylko nie siebie. Chwiejnym krokiem, ciśnieniem śródczaszkowym wypełnionym uporczywymi myślami doprowadzam się do stanu zawieszenia, ponieważ po dwóch latach od debiutu okazuje się, że nie zmieniło się prawie nic. „Zaopiekujcie się mną!”, rozkazuję, gdy dogorywam przedstawieniem pod moimi powiekami odgrywanym co noc, a każdy i wszystko brzydko zaczyna mi z nagła szwindlem cuchnąć, a jeszcze gorzej to wygląda zza rogu ulicznego. Hop, hop, wzruszać się nauczyłam tak silnie, że aż do siności ust. Czytać i wiercić mi dziurę w brzuchogłowie dalej polecam. A jakże! Hop, hop, pamiętam wszystko i każdego,



SŁOWO OD AUTORKI                                                                                    7




o czym i o kim zapomnieć się usilnie staram. Słowo honoru mojego warte. Palce nie tak małe u rąk obu zaplatam na znak Weltzschmertz uznania jaśniepańskiego ludu czytelniczego, który lepiej udźwignął debiut, niż się spodziewałam. Ponownie więc wysyłam w eter Jedno Wielkie Przywłaszczenie, co cierpliwe jest, łaskawe, nie zazdrości, nie szuka poklasku i sławy a koła nad truchłem kochankowym krążąc, to bardziej w ośmiokąty zapętla i na zdezelowanej sofie cielskiem umęczonym zalega.
        Źle mi było i nieswojo przez ten czas cały tworzenia czegoś z braku kogoś. Tak źle, tak nieswojo i tak aj-waj-waj-jowo, że aż wiersze pisać poczęłam. Ich skromną część znajdziecie na kolejnych stronach, jeżeli już tak bardzo chcecie myśleć przyszłościowo. Ja to tak ni w prawo, prosto, lewo, na ukos jakby. Ten proces uzewnętrzniania się bez umiejętności wyjaśniania zawsze abstrakcyjny jakiś mi się jawił. Jakiego rodzaju wiersze? Zapewne złe i głupie. Zapewne puste i miałkie. Zapewne życiowym gejem pośród heteroseksualnych bogów zajebistości się poczułam, co za rękę wykręcony prowadzony być musi, bo inaczej prosto pod tira wciągnięty przyciąganiem ziemskim uda się na podwozia zwiedzanie. Zabawne to wydawać się może. Żenujące jeszcze mocniej. Bawić się w piaskownicy życia odumiałam, a relaks zarówno przez „ks”, jak i „x” końcówce przychodził mi z bólem pupy witkacowo-zakacowej. Oderwanie tarczy zegarowej od łańcuszka w wewnętrznej połaci garnituru pod nazwą Wszelkie Słowa i Gesty Zostały Wyczerpane zafiglowało mi codziennym krzesaniem iskierki nadziei, że coś, co robić chcemy mocniej, niż myśleć, ma jeszcze sens, a wszystkiego w naszej historii póki co nie zaprezentowaliśmy na rzutnikach rodem z nie-wiem-skąd czy smartpalmtopach wybiórczo sklejanych gdzieś w północno-wschodnim



8                                                                              NAJPIĘKNIEJSZE MIEJSCE




Tajwanie, Iranie tudzież Ciechocinku. Bo w ostępach stworzonej dla was mieściny raczej nie.
        Rojenia moje okrzepnąć musiały, nabierając formy pulpastyczno-wypieczonej, by żaden z sięgających po „Najpiękniejsze Miejsce” wątpliwości nie miał, że sam sobie w nim jest i pozostanie.
        W tym żadnej słodyczy nie ma, gdy śmiechem zbywam próby zakucia mnie w łańcuch ball and a chain na prawicy mojej i kaftan bezpieczeństwa z lewej atakujący rottweilerowo-aspołecznie. Ja po prostu słowem pisanym siać jak baba makiem zalubiłam, a każdego od wydania debiutu mojego witam w klimacie rodem z cichosfery dziwnie-mało-wielko -miasteczkowo-odlegle-starając-się-coby-jako-science–fiction-nie-zostać-zaszufladkowaną. Nie ma telefonów. Nie ma odwiedzin. Nie ma młodości. Są tylko fałszywe tropy i miraże z cudzych zasłyszeń i ust. W dźwięk głosów woli ludu się zasłuchałam i trop prosty zgubiłam, za firanką stercząc w obawie, że pomylona przez miłego chłopca naprzeciwko z lampą oświetleniową zostanę. Ten pięknie szlafrokowy czas medytacji kończyć się nie musi, choć może.
        Zastukując gdzieś pomiędzy enterem myśli naszej powszedniej goryczy a przymusem niknięcia w samotność wspólną, starałam się okrzepnąć, jednak konieczność ujęcia rzeczywistości zastanej wpłynęła na wielodzielność torów mojego rozumowania… Stuk, stuk. Puk, puk. Kocham, szanuję, lubię, mam Cię mniej za to w dupie – za to, że jesteś i to czytasz, bo sobą to gardzę, że akurat takie hobby wybrać musiałam sobie za garb, który starannie namaszczam treścią pełni chwytającej i ku padołowi codzienności ściągającej. I nie mam na myśli infekcji, którą zwalczyć można syropem łatwo–uzależniającym, tabletką szybkorozpuszczalną lub spojrzeniem



SŁOWO OD AUTORKI                                                                                    9




upierdliwie gdaczącym. Dobrnij do rozdziału pierwszego. Tam już normalniej i bardziej przejrzyście będzie, bo ze słowem od autorki tekstu to zawsze problemy i konsekwencje muszą być. Jakie? Różnorodne. Wyrazić mi się potwornie przydechowo, kolkowo i cienkozaściankowo jest. Zbieram pioruny, wybuchy i ciosy. Osadzam się kurzem, popiołem i solą. Sypka i podatna na przemiany jestem.
        PS Oglądałeś może „Króla rozrywki” w reżyserii Michaela Gracey’ego i „Widziadło” z 1983? Dodaj do tego uwielbienie do „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa oraz okrojony budżet rodem z wnętrz „Cześć, Tereska” o zapachu schabowego smażonego na palniku gazowym, a z otwartym umysłem wkroczysz do sączenia treści głównej „Jancusia Pietaszoka w domu, czyli zbioru nie-wy-powiedzianych słów”, bo taki roboczy tytuł nadałam „Najpiękniejszemu Miejscu”. Mam nadzieję, że nie pogubisz się w swoich wyobrażeniach na tematy przeobrażeniowe.
        Odpłyń, jeżeli potrafisz utrzymywać się na powierzchni oczekiwań wobec kolejnej powieści tworzonej strumieniem świadomości z elementami niedopowieści, a potem podejdź do mnie na ulicy i zaproś do rozmowy, ponieważ mam nieodparte wrażenie, że początki mojej zabawy z pisaniem jakoś zbiegły się w czasie z obniżeniem poziomu rajcowatości na temat pojęcia relacji międzyludzkich. Zapraszam. Bonne nuit.






W TYM MIEJSCU PRZYSTĘPUJEMY DO PRZYZIEMNYCH DYWAGACJI NA TEMATY ZWIĄZANE Z TWORZENIEM WIELGACHNEGO ARCYDZIEŁA. AUTOR ZAŚ OCHOCZO ZAPADA SIĘ W  FOTELU I  OBSERWUJE, JAK RZECZYWISTOŚĆ CHYLI SIĘ KU ROZKŁADOWI, DO KTÓREGO NIE MA OCHOTY ANI SIĘ PRZYŁĄCZYĆ, ANI KTÓREGO NIE ŚPIESZY ZATAMOWAĆ, NICZYM KRWOTOKU Z  OBRZMIAŁEJ TĘTNICY GŁÓWNEJ


        LOKALIZACJA: Zaspadkogród
       
        MIEJSCE GŁÓWNEJ AKCJI: Hotel Samotnych Serc, zwany rzadziej Najpiękniejszym Miejscem




12                                                                            NAJPIĘKNIEJSZE MIEJSCE




        BOHATEROWIE:

        – Jancuś Pietaszok – nieszczęśliwie zakochany diabeł nacechowany upadłością artysty dekadenta, o zapachu bardziej kuszącym niż plaster rozpuszczonego miodu i chodzie szybszym niż powiew wschodniego wiatru. Szlachetniejszy niż świeżo ukręcony u podnóżka borowik. Smutniejszy niż szczeniak z nosówką. Lubi tamburyny, sportowe auta i maseczki regenerujące o zapachu ogórka. Uważa, że świat to imaginacja. Jego jest świat i jego jest imaginacja. Bliższe są mu porywy niż zrywy. W pogoni za ogonem. Przybiera wiele form kuszeniowych;

        – Madame Saint Coquelicot – otyła włoska mamma o sercu otwartym, szczerym, a przede wszystkim smakowicie wypełnionym animuszem. Niezastąpiona w swej kolorowartości i rozpoznawalności. Nawet z dalekich rejonów zaocznych;

        – Wlasny – szeroki w barach i wąski w biodrach pielęgniarz o twarzy upstrzonej liczną gromadą piegów zmieniających swą barwę w zależności od padania światła dzienno- -nocnego;

        – Mirung Pąk – niepoprawnie szybki optymista;
       
        – Maleńka/Sanesa – cudnie uperfumowana młoda dama, która nie bez powodu posądzana będzie o trudnienie się najstarszym zawodem świata. Uzależniona od dobrej zabawy oraz ekologicznego jogurtu marki Blues. Upadła, ale rajstop sobie nie zdarła. Sama jest sobie moherem oraz jedwabiem. Opatulać woli się w tkaniny niesyntetyczne, odporne na nijakość, dzięki czemu czuje się i jest wyjątkowa;



SŁOWO OD AUTORKI                                                                                   13


  

        – Gertrudka i Miłosna – rywalizujące ze sobą w sposób nazbyt śmiały i zadziorny leciwe rezydentki, których ani wiek, ani stan zdrowia nie ogranicza w sposobach na wzajemne dopiekanie sobie. Tak jak Gertrudka trzyma się słów o wzajemnym konszachtach z siłami nieczystymi, tak Miłosna czyni im potwarz. Bardzo rozczulające. Obie i każda z osobna;
       
        – Gruba Jusia – otyła pannica o umiejętnościach wszędobylsko-przedostańczych-na-drugą-stronę. Pomiędzy murami Najpiękniejszego Miejsca czuje się jak ryba w dobrze osolonej wodzie, a jej szurająco-trący chód spodkapciowy słychać bardzo wyraźnie. Nawet z dalekich odległości metrowych. Tylko żeby się z Madame nie skojarzyło, jeżeli o tuszy rozprawia szanowny Czytelnik;
       
        – Rumpir Wiegajło – uliczny opryszek handlujący bibelotami, spośród których największym wzięciem cieszą się grube wełnione skarpeciory. Octowe w zapaszku. Przepełniony mesjańskimi cechami nauczyciela objawiciela. O życiu wie więcej niż powinien. O śmierci za to mniej niż musi. Nikt za to nie jest pewien, czy jest bezdomną byłą gwiazdą rocka, czy tylko lekko zidiociałym hipsterem. Podaje się za marynarza. Postarzały typ w kożuchu i bez brzytwy przy twarzy przez tydzień. Mydło w ręce trzyma tylko po to, by pożreć je za oklaski i wiwat tłumu. Pieniądze również są mu mile widziane. Najlepiej te wkładane prosto w zęby. Nieco już ubogie pod względem liczebności. Upodlenie to jego drugie imię – lubi tak mawiać;
       
        – Aniela Wołga – nieśmiała studentka antropologii. Często wzdycha, drży i gardzi ludźmi w stopniu umiarkowanie



14                                                                            NAJPIĘKNIEJSZE MIEJSCE




niezobowiązującym. Bardzo oldskulowa, nieco filigranowa, nieco kolumbryniasta. Lilia wśród stokrotek. Doświadcza paraliżów przysennych i szczyci się umiejętnością słyszenia myśli innych ludzi. Reprezentowana może być przez jakąkolwiek przedstawicielkę rodu ładnych młodych dam o jasnych cerach i ciemnych włosach. Wyzwolić się pragnie poprzez spokój i harmonię, której doświadczyć potrafi najpełniej w krochmalonych pieleszach.
       
        – Finko, Flanko i Blady – chór trójgłowych młodzieńców o zapatrzeniach wierszokledczo-raperskich;
       
        – Małgosia – małomówna sąsiadka z pokoju Jadźki;
       
        – Jadwiga Werner – znana już z mojego debiutanckiego „Śladu białego wojownika”, długonoga ślicznotka, która w tej powieści traci odrobinę na morale, a zyskuje na możliwości pierwszoosobowej wypowiedzi niewszechwiedzącej.





PROLOG


        Wszyscy piękni i jakby w samej wodzie skąpani. Prócz cieni w koralowcach Pana i kolorach swych łatwodryfujących, oderwani są od pieniących się Innych. Jakby własnym językiem uczeni władać. Jakby osobiście zapominający terminów, miejsc i osób. Niepotrzebnych. Tylko wyjścia na zmianach wpław szukający, gdy pośród nich ja skapana w kolorze złota łuski paznokciowej i szarości odzienia staram się ująć w słowa opowieść.
        Opowieść o Najpiękniejszym Miejscu Świata. Bo, bo i tak je nazywają. Szpitale. Psychiatryczne.
       
        Książkę tę dedykuję wszystkim ostałym w miejscu zerowym posiadaczom serca. Szczególnie tego w kolorze szarości.






ROZDZIAŁ I


A ANIELA MA CHOĆ JEST?


        – Śliczna moja landryneczko, pani jest wysoce leniwa – wysapał Pietaszok, śliniąc się wprost na mahoniową ladę.
        Nagi w swej desperacji, zionął odorem sfermentowanego mleka i ciepłej wódki. Przyodział kulasy w najlepsze sztyblety z cielęcej skóry, a wciąż czuł się samotny. Tej nocy musiał pozwolić sobie na odrobinę spleenu. Miał już po wierzchołki różek swojego nudnego miasta z tysiącem jednakowo brzmiących ulic i zimnych kobiet. Hotel Samotnych Serc był ostatnią szansą, by nadać sens poszukaniu szczęścia o imieniu Maleńkiej. Gdzie się teraz podziewa? Z kim chadza za rękę? Do kogo tęskni? Myśli o nim, oczyma swymi niezgłębionymi sprawiając, że księżyc się rozpływa? A niech czerń ich pierun po kroćset strzeli! Tu miłościwości potrzeba!
        Madame Saint Coquelicot przywykła do podobnych uszczypliwości, odkąd porzuciła marzenia o fachu gimnastyczki cyrkowej na rzecz czekoladowych muffinek marki Diabete. Gdyby tylko nie odsunięto zydla. Gdyby tylko podwójny fikołek uwieńczony został owacją na stojąco, a nie przerwaniem rdzenia kręgowego, z pewnością dzierżyłaby teraz pióropusz z ogona flaminga i rozdawała autografy gdzieś w pałacach Sankt Petersburga. Miała szyk, styl i to coś. Oj, miała. Wszyscy chłopcy zachwycali się jej tatarskimi rysami, a dziewczęta zazdrościły wykrojenia łuku Kupidyna.



18                                                                           NAJPIĘKNIEJSZE MIEJSCE 




To perfekcyjnie skrojone załamanie przywodziło na myśl królewskie faworyty, które bez jednego drżenia wydawały na rzeź przeludnione wioski. Dzięki arystokratycznemu sznytowi, wykonując makijaż pokazowy, nie siliła się nawet na konturowanie. Wedle kloacznych wymagań cyrku, zwanego życiem, wystarczyło wielowarstwowe pudrowanie twarzy, szyi i dekoltu, by ukryć ślady pąsowienia na widok podpalanych obręczy. Ogień rozbudzał w Madame pierwotny lęk szczutego obławą zwierzęcia, czego najoczywistszym wyrazem były rumiane wybroczyny na policzkach oraz w miejscu dołka nadobojczykowego. Od najmłodszych lat nie ceniła w sobie skłonności do wzruszeń, a Sasza – trener fok afrykańskich rodem z Białorusi – tylko utwierdzał ją w przekonaniu o wyższości przygotowań nad emocjonalnością. Pokrycie ciała pancerzem w proszku stało się ich obustronnym zobowiązaniem. Dzięki temu prostemu zabiegowi bladła słodko-gorzką reakcją bielidła ołowianego. Bliznowaciejący naskórek błagał o litość. O ile tlenione blond loki z namaszczeniem opłukiwała wodą różaną wzbogaconą szafranem, kurkumą i rabarbarem, a dłonie balsamowała w oleju migdałowym, o tyle twarz traktowała z pewnym niedopieszczeniem, które Nadwyrazowcy pomylić mogliby z pogardą. Zwykła przeglądać się w ludziach, a nie w lusterkach. Zabiegi pielęgnacyjne stanowiły jej nieodzowną część przygotowań. Na rytuał składało się nie tylko odpowiednie rozciągnięcie mięśni miednicy, pokrycie wnętrza dłoni skrobią ziemniaczaną – notabene potwornie przyziemsko brylącą się w kontakcie z potem – ale i właśnie upudrowanie czubka zadartego noska, który oddalony był od zagłębienia łuku Kupidyna dokładnie o dwa calutkie cale.




do góry

Wykonane przez Onisoft.pl

2017 Wszelkie prawa zastrzeżone oceanksiazek.pl

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl